Front matter
Wydawnictwo Tow. Oświaty na Śląsku imienia św. Jacka.
Ks. NORBERT BONCZYK
Życiorys
całość
Wydawnictwo Tow. Oświaty na Śląsku
imienia św. Jacka.
Ks. Norbert Bonczyk
Życiorys
w 25-letnią rocznicę zgonu jego.
'
Drukiem K. Miarki Sp. z ogr. por. w Mikołowie.
Wydawnictwo Tow. Oświaty na Śląsku imienia św. Jacka.
Ks. NORBERT BONCZYK
Życiorys
W 25-letnią rocznicę zgonu jego.
8
Drukiem K. Miarki Sp. z ogr. por. w Mikołowie.
TREŚĆ:
'
Ks. Norbert Bonczyk, ś. p. proboszcz bytomski, zasługuje na wdzięczną pamięć wszystkich Górnoślązaków. Był to obok ks. Damrotha największy nasz poeta. Znany był na całym Górnym Śląsku i daleko poza Śląska granicami, gdzie tylko lud polski żyje. A i nadal epopeje „Stary Kościół Miechowski“ i „Góra Chełmska“ imię jego sławić a serca górnośląskie krzepić będą. Wielce się też zasłużył pisaniem różnych dziełek ludowych, przeważnie religijnych. Oprócz tego był sławnym kaznodzieją, a jeżeli na Górnym Śląsku nie rozszerzyła się sekta starokatolicka, to przeważnie jego i ks. Lubeckiego zasługa. W tak zwanej walce kulturnej słowem i pismem bronił kościół Boży i powagę papieża. Lud polski na Górnym Śląsku kochał całem sercem i w poezjach swoich pochwalne śpiewał mu hymny. Był osobistością wybitną i powszechną cieszył się powagą. „Nie było sprawy ważniejszej, lud katolicki obchodzącej, w którejby nie wziął udziału i którejby doświadczoną radą swoją nie poparł“. (Katolik 1893, nr. 22). Dla Bytomia był okrom tego najgorliwszym duszpasterzem i na grobie jego wdzięczni parafjanie i teraz jeszcze wieńce składają. Zdaniem pewnego wiarusa rozbarskiega „o ks. Bonczyku choćby wszyscy mówili, to jeszcze wszystkiego nie wypowiedzą“. Należy on do „mężów chwalebnych“, o których mędrzec starego zakonu mówi, że „ciała ich są w pokoju pogrzebione, a sława ich żyje na pokolenie i pokolenie“. (Eccli. 44, 14).
I.
'
Ks. Norbert Bonczyk urodził się dnia 6 czerwca 1837 roku w Miechowicach w powiecie bytomskim. Rodzicami jego byli Walenty, „stary gwardzista“, urzędnik na kopalni „Marji“ i trzecia żona tegoż Hanka z Łukaszczyków. Musiało to być nader szczęśliwe małżeństwo, gdyż „stary Boncyk“ nie mógł odżałować straty swej Hanki i nad jej grobem wciąż przypominał sobie „dzień ów błogi, — gdy ją pojął za żonę, a domek, ubogi — dotąd w szczęście małżeńskie (albowiem z pierwszego i drugiego małżeństwa nie było żyjącego potomstwa) rozkwitnął radośnie, — jak pień goły, gdy słońce zagrzeje go w wiośnie“. Pod troskliwą opieką pobożnych rodziców „Nolbuś“ przepędził lata dziecięce, najszczęśliwsze swego życia; później nieraz tęsknił za niemi. Świadczą o tem pierwsze wiersze „Starego Kościoła Miechowskiego“:
Lat dziecinnych szczęśliwych przebłogie wspomnienia, Zanieście ducha mego do owych drzew cienia, W których cichej świątyni był mi światem całym Dom rodzinny drzewiany z dachem podstarzałym! … Widzę raj mej młodości, śliczne Miechowice, Ozdobione zielenią, jak wiankiem dziewice: Tam na górce kościółek z białemi murami, Otoczony stąd stawem, z owąd ogrodami; Tam zamek, tam plebanja, tam szkoła z Rektorem!
Obok rodziców największą czcią otaczał proboszcza miechowskiego ks. Preuss'a, któremu sześć lat do Mszy św. służył, i nauczyciela swego Bienka. Obu uwiecznił w „Starym Kościele Miechowskim“. Niestety Nolbusiowi nie zabrakło też smutnych doświadczeń. Jako chłopiec dziesięcioletni przeżył rok 1847, co „pół świata trapił głodem, z którym w ścisłym związku mór się srogi rozgościł w naszym Górnym Śląsku“. Ten rok mu na zawsze został „w pamięć wryty“, gdyż stracił wtedy matkę ukochaną i dwie siostrzyczki. Pisze o tem:
Rok czterdziesty i siódmy jest mi w pamięć wryty, Tedy nie byłem chleba, ale płaczu syty!
Tatuś się rozniemogli, mieli złą chorobę; A za nimi mamusia; w tak nieszczęsną dobę Dzieci stadko nie miało słusznej opatrzności. … …Ja zaś nieodmiennie Rano szedłem do miasta, a to z pańskim groszem, Nosząc leki w pudełkach, szklankach całym koszem, Bo i matka leżeli, Rózia i Kostusia, I Antońka, Jan, Ewa i mała Lorusia. Najprzód zasnęli matka! W dzień świętej Łucyi Nióśliśmy ich do grobu w smutnej procesyi. Potem umarła Rózia, a po długich mękach Zgasła siostra Kostusia na ojcowskich rękach. Uciekł doktor Meizlibach, ludzie nas mijali, Zdala tylko za płotem stojąc mnie pytali, Czyli jeszcze żyjemy. Jam codziennie nosił Z zamku obiad, drugiegom lekarza wyprosił; Zaczął Heer nas odwiedzać, a jego biegłości Zawdzięczamy dziś życie, oraz Jegomości.
Po śmierci matki całą miłość przelał na ojca swego, którego mu Pan Bóg długo przy życiu zachował. „Stary Bonczyk“ umarł krótko przed swoim synem jako staruszek dziewięćdziesięcioletni. Już jako chłopiec mawiał Norbert, że będzie księdzem. Na wieży miechowskiej miał z starym Draszczykiem, kopidołem i kościelnego zegara naciągaczem, ciekawą pod tym względem rozmowę. Pytany, skąd ma takie myśli, odpowiedział:
Jużci sługuję do Mszy niemal szóste lato, Znam już ministranturę, wiem jak dawać śluby, A reszty się douczę, mówił Golec z gruby“.
Z pewnością zląkł się trochę, gdy mu kopidół zaczął tłumaczyć, co wszystko potrzebne, by dopiąć tego celu.
Ty się reszty douczysz? a cóż to masz w głowie? Pytaj no Karczmarczyka, on kościelny, powie Co to znaczy być księdzem! On wie, co mówili Nasz Jegomość Ksiądz Proboszcz, ile się uczyli. Patrz no, jaki ich korpus, persona i głowa, A jednak sami mówią, iż ani połowa Wszech nauk świata nie jest jeszcze w ich pamięci, A co kosztów, co czasu, o tem się nie święci W twoim łbie, mój Nolbusiu! Lat dwadzieścia pono Po szkołach miast rozlicznych proboszcza męczono, Lat dwadzieścia! pomyśl no! Każdy rok kosztował Sto talarów, prócz chleba z masłem! Czyś zmądrował Co to znaczy? Sto twardych! Czyś już widział tyle? Talary nie piętaki! Pewnie się nie mylę, Że nie znasz ani miejsca, gdzie ich sto liczono“.
(„Stary Kościół Miechowski“ str. 38).
Chociaż ojcowski majątek rzeczywiście nie był wielki, chociaż szydzono z Nolbusia: „Ty masz płótno w kieszeni, a chcesz iść na księdza?“ poszedł do szkół, najprzód do miejskiej szkoły w Bytomiu, gdzie go pewien nauczyciel też w łacinie poduczył, a potem, mając lat 14, do Gliwic na gimnazjum. Przyjęto go do kwinty (30 września 1851). Właściciel Miechowic Winkler, bardzo ludzki pan, obiecał go wspierać, lecz umarł niebawem. Ponieważ Norbert posiadał niepoślednie zdolności przyrodzone, a ku temu był zawsze pilnym chłopczyną, dobre robił postępy i świetne zyskiwał świadectwa. Aby sam na się coś zarobić i ulżyć kieszeni ojcowskiej, udzielał młodszym od siebie uczniom lekcji. Wolne chwile zapełniał czytaniem lub przechadzką albo na ulubionych skrzypcach wygrywał. Zamiłowanie do muzyki i śpiewu odziedziczył po matce, która bardzo lubiła pieśni. Albowiem:
Śród ubóstwa i pracy wiek dziecinny zżyła, Z owych lasów i z ojca ducha pieśni wzięła. Wszak jej ojciec, mój dziadek, na cymbałach grywał Przy weselach lub chrzcinach, a do tego śpiewał To wesoło, to rzewnie, jak się stosowało; Bez cymbalisty z Osin gościn nie bywało.
(Stary Kościół Miechowski str. 34). W Gliwicach Norbert zawsze należał do najlepszych uczni a odchodząc w roku 1858 po złożonym egzaminie dojrzałości z gimnazjum miał świetną mowę pożegnalną w języku francuskim. Udał się teraz do Wrocławia na studja teologiczne. Z zapałem wchłaniał wiedzę, której podwoje na wszechnicy na oścież stoją otwarte. Obok teologji oddawał się przedewszystkiem studjom językowym i póki żył, uchodził za uczonego i słynął szczególnie jako mistrzowski łacinnik. Lubił też bardzo poezję i sam ćwiczył się we wierszowaniu nie przeczuwając, że kiedyś na parnasie górnośląskim prawie najpierwsze zajmie miejsce. Z czasów wrocławskich prawdopodobnie pochodzą jego „Tłomaczenia z niemieckiego, wszystkie według metrum oryginału“. Przez całe trzy lata swych studjów (1858—61) był młody Bonczyk czynnym członkiem „Towarzystwa literacko-słowiańskiego przy uniwersytecie wrocławskim“.
II.
Pierwsze lata kapłaństwa.
Lata akademickie szybko przeminęły; przeleciały też błogie miesiące ostatecznego przygotowania w alumnacie i nadszedł dzień 4 lipca 1862 roku, w którym to Norbert otrzymał święcenia kapłańskie. Dnia 13 lipca odprawił w Miechowicach po pierwszy raz Ofiarę Mszy św. i udzielił krewnym i całej parafji błogosławieństwa kapłańskiego. Do najpierwszych chorych, których zaopatrzył, należała jedna z sióstr jego, która wówczas śmiertelnie zaniemogła. Dnia 12 listopada otrzymał dekret powołujący go do Piekar. Tu przeszło dwa lata był wiernym i dzielnym pomocnikiem ks. dziekana Purkopa, godnego następcy zmarłego niedawno (18 lutego 1862) ks. kanonika Ficka. W Piekarach czuł się młody ks. Bonczyk szczęśliwym. Dlatego gdy dnia 14 lutego 1865 wysyłano go do wielkiej parafji bytomskiej, skromnie lecz bezskutecznie prosił o cofnięcie dekretu. Musiał się przenieść do Bytomia, gdzie już aż do śmierci miał pozostać. Proboszczem bytomskim był ks. Józef Szafranek, powszechnie znany jako pierwszy języka polskiego w sejmie pruskim. Mąż ten oryginalny, kapłan gorliwy, jędrny mówca, wielki miłośnik ludu i nieustraszony rzecznik prawa i sprawiedliwości, bez wątpienia niemały wywarł wpływ na spokojnego, lecz podobnymi ideałami przejętego kapelana. Ks. Norbert stał się wkrótce ulubieńcem całej parafji. Jego gorliwość olśniona głęboką pokorą zniewalała mu wszystkie serca. Zaraz w roku 1865 złożył egzamin proboszczowski, aby tem swobodniej móc pracować. Życie religijne kwitło w Bytomiu. A było potrzebnem, by duchowieństwo było na swym posterunku, bo mnóstwo błędnych nauk co dopiero (1864) przez Piusa IX w sławnym sylabusie szczegółowo potępionych zagrażało czystości wiary. By lud i poza kościołem ostrzegać przed niebezpieczeństwem, ks. komisarz Purkop w roku 1868 założył w Piekarach „Zwiastuna Górnośląskiego“ obejmując zarazem jego redakcję; wydawcą był Teodor Heneczek. Nowa gazeta zapowiadała, że „jako drugi Dawid powstaje przeciw Goliatowi niedowiarstwa, którego najprzód prostym ale ostrym kamieniem jędrnej mowy polskiej o ziemię powali a w końcu mieczem wiary żywej głowę mu utnie i tym sposobem Śląsko katolickie od Filistynów rozmaitych sekciarzy uwolni“. Ks. Bonczyk z radością witał powstanie „Zwiastuna“, pierwszej znów po długiej przerwie gazety polskiej na Śląsku, i chętnie zasilał go wierszami, artykułami i korespondencjami. Na Wielkanoc 1868 piękny wierszyk „Wielki Piątek“. W tym samym roku przesłał bez podpisu "Odezwę do Szan. Panów Nauczycieli przy górnośląskich szkołach" (nr. 45 nn.) wzywając do pilnowania czystości polskiej mowy wykładowej i polecając książki, z którychby nauczyciele mogli nabyć ogłady językowej. W rozprawie zaś „Kościół i szkoła“ (nr. 48 nn.) wykazuje, że te dwie instytucje należą do siebie jak matka i córka. „Zdaje się niejednemu, — pisze tam — że pod dozorem duchownym żyje jakby w Egipcie pod uciemiężeniem ze strony Faraona; więc wzdycha mocno za ziemią obiecaną, mlekiem i miodem opływającą. Przyjdzie im może do wyprowadzenia się z pod „ucisku egipskiego“ przez czerwone morze buntu i rokoszu, w którym dla nich na zawsze zginą „uciemiężyciele“ ich; lecz poza niem, gdzie się spodziewali znaleźć Palestynę, dostaną się na puszczę ogromną. Tu wprawdzie są wolni od tychże, ale staną się służalcami bałwochwalców, złotego cielca, pogaństwa nowomodnego i stronnictwa buntu i obalenia, ubiegającego się za oddaleniem sług Kościoła św. ze szkół, aby potem łatwiej też religję z nich oddalić“. Po odłączeniu szkoły od kościoła niejednemu co teraz takiej emancypacji pragnie, może się zdarzyć, że „na owej puszczy za czerwonem morzem zginie mu chleb duszy i zabraknie czystej wody słowa Bożego. Znajdzie się może w miejsce „chleba i wody“ pokarm tłusty, mięsny (może nawet i w dni postne) a to przepiórki szczebiocące bez końca o wolności i szczęściu, o raju na ziemi; lecz potrawą tą nadto tłustą a niestrawną popsujesz sobie żołądek w taki sposób, iż wraz z tysiącami innych nieumiarkowanych padniesz śmiercią duchową; bo „ziemia (tobie) obiecana“ pożera własne dzieci swoje“. — „Urojenie trwa krótko, żal zaś długo! a niejednemu, który z kościoła się wyprowadził, otworzą się oczy i ze żalem — lecz może za późno — będzie mówił: „Obyśmy byli zostali w Egipcie, gdyśmy siedzieli nad garncami mięsa i jedli chleb w sytości! Czemuście nas wywiedli na tę puszczę, abyście nas głodem (duchowym) umorzyli!“ — „W tej puszczy będziesz tułaczem może przez całe życie, a prędzej z niej się nie wydostaniesz, dopóki ci Pan Bóg jak Mojżeszowi z góry nie pokaże ziemi obiecanej, leżącej „ultra montes” (za górami), ziemi, której stolicą jest miasto na siedmiu pagórkach położone, odwieczny Rzym, prawdziwy obraz „miasta na górze“ w Ewangelji, to jest Kościoła św., ojczyzny naszej duchowej na ziemi, z której się przejdzie do niebieskiej“. Gdy w roku 1869 nadchodził złoty jubileusz kapłaństwa Piusa IX (11 kwietnia) i cały świat katolicki podpisywał adres jubileuszowy, składając Ojcu św. swe hołdy, w parafji bytomskiej zebrano 2800 podpisów i przeszło 566 talarów jałmużny a ks. Bonczyk ułożył wtedy dla „Zwiastuna“ wierszyk „Ty co władasz z Watykanu“.
III.
Walka kulturna.
Te prace ks. Norberta były tylko ostrzeniem broni do dalszej walki, na jaką się zanosiło. Zewsząd bowiem na burzę się zbierało. We Włoszech na gruzach państwa kościelnego dokonywało się właśnie zjednoczenie narodu pod dynastją sabaudzką, a ogłoszenie przez sobór watykański (1870) dogmatu nieomylności papieskiej do wściekłości przyprowadziło wszystkich wrogów kościoła. W Niemczech wyłoniła się z oporu sekta starokatolicka, której głównym szermierzem na Górnym Śląsku był osławiony ks. Paweł Kamiński w Katowicach. Boleśnie zadrgało serce ks. Bonczyka, gdy dnia 20 września 1870 roku wojska Garibaldi'ego zdobyły Rzym i uwielbiany papież-król Pius IX stał się więźniem watykańskim. Uczucia swoje wynurzył we wierszu „Opoka Piotrowa“:
Patrz świecie chrześcijański, twój Ojciec związany Nie żelazne — piekielne już dźwiga kajdany! Czy Bóg z nieba nie widzi, co się w świecie dzieje? Czy opoka Piotrowa na starość się chwieje?
Ale Kościół Boży, który ma obietnicę, że „bramy piekielne nie zwyciężą go“ (Mat. XVI, 18) spokojnie może patrzeć w przyszłość:
Błoga łodzi Piotrowa, już burze i wały Nie raz się o twe ściany z łoskotem łamały; Mocną ręką prowadził przez gęste ciemności Sternik bieg twój ku brzegom ojczystym wieczności! Gdy i teraz potopu szumiące bałwany Bezdenne i bez granic jak ocean zlany Rozdzierają paszczękę, i berła, korony, Stolice pożerają — jęczy świat strwożony Jak gdyby się łamały biegu jego osi: Nad wodami spokojnie Kościół się unosi. Łódź Piotrowa jak korab nowego zakonu Płynie — ręką wszechmocną broniona od zgonu, Płynie, wiedząc, że znów się niebo rozpogodzi! Wnet da znak gołębica, że już gwałt powodzi Umilkł! Korab na górze ocalony stanie, A Rzym znowu obejmie świata panowanie!
Ale już nie tylko wierszami miał ks. Bonczyk bronić powagę papiestwa. Wkrótce powołano go do czynu. — W roku 1871 wyklęty z kościoła ks. Kamiński w Katowicach, kupiwszy podstępem stojący jeszcze po wybudowaniu nowej świątyni drewniany kościółek tymczasowy, pod protekcją rządu zaczął szerzyć sektę starokatolicką. Był to znakomity kaznodzieja i ślicznie mówił po polsku, podczas gdy tamtejszy kuratus ks. Schmidt bardzo niedostatecznie władał językiem polskim. Kamiński świadomie tę słabość swego przeciwnika wskazując w kazaniach na lekceważenie ludu, któremu śmie się posyłać księży koszlawiących jego mowę. Z dnia na dzień przybywało mu zwolenników, dla których nawet osobną wydawał gazetę „Prawdę“, pieniężnie przez liberałów zasilaną. Aby ratować Katowice dla wiary prawdziwej, wysłał tam urząd biskupi na trzy miesiące ks. Bonczyka, ufając, że gorliwością, uczonością a przedewszystkiem biegłością swoją w języku polskim i wymową złamie wpływ Kamińskiego i nawróci odszczepieńców. Nader trudnem było zadanie; jednakowoż z wielkim zapałem podjął go się kapelan bytomski. Wszak powaga papiestwa to jego temat ulubiony! Z łagodnością, która „trzciny nadłamanej nie dołamie a lnianego, co dymi, knota nie dogasi“ (Mat. XII, 20) zapraszał rzesze do powrotu, ale też z powagą największą przypominał zatwardziałym sekciarzom słowo Pańskie: „Jeśliby kto kościoła nie usłuchał, niech ci będzie jako poganin i celnik". (Mat. XVIII, 17). Podawał przytem obrok duchowny czystego Słowa Bożego na złotej szali czystej polszczyzny i trafił słuchaczom do serca. Przejrzał teraz lud katowicki, olśniony dotąd szumną wymową Kamińskiego i poznał, że to była tylko „miedź brząkająca” i „cymbał brzmiący“ (1 Kor. XIII). Wielu ze żalem wracało tam, gdzie jedna owczarnia i jeden pasterz. Za trzy miesiące (23 października) z wielkiem uznaniem i szczerą podzięką ks. Norbertowi wrócić do Bytomia, bo Katowice w osobie ks. Lubeckiego otrzymały również dzielnego kaznodzieję, uwielbianego wszędzie przez lud górnośląski. Był on zdolen prowadzić dalej dzieło przez ks. Bonczyka tak świetnie rozpoczęte. Po kilkoletniej walce Kamiński musiał ustąpić z Katowic i opuścił Górny Śląsk. Spór z Kamińskim był wstępem do wielkiej walki kulturnej, w której Bismarck kościół gwałtem chciał państwu podporządkować. Trwała ona kilkanaście lat. Chociaż w tym czasie sypały się kary pieniężne, chociaż zesadzano bezprawnie i więziono biskupów i kapłanów, nie złamano jednak oporu duchowieństwa wiernie i wytrwale popieranego przez lud katolicki. Na Górnym Śląsku ks. Bonczyk między pierwszymi stanął do walki. Zaraz w roku 1872 przełożył na polskie powiastkę Bolanden'a „Der alte Gott“ — „Stary Bóg żyje“, w której autor przedstawia niezwyciężoność papiestwa. Nie zwyciężył kościoła Napoleon I, nie zwyciężył Napoleon III, nie zwycięży też rząd niemiecki, to treść książeczki. Już w lipcu (1872) skonfiskowano dziełko, które wyszło w Bytomiu nakładem księgarni T. B. Garus, a ks. Bonczyk za tłumaczenie musiał dwa miesiące przesiedzieć we więzieniu bytomskim. „Podczas więzienia odprawiłem rekolekcje“ mawiał zwykle, gdy mu później ktoś te czasy przypomniał. We więzieniu napisał śliczny „Wykład Godzinek o niepokalanem N. M. P.“ który wyszedł w następnym roku (1873) nakładem Fr. Goerlicha we Wrocławiu; są to rozmyślania nie tylko dla ludu nader pożyteczne, ale też dla księży bardzo polecenia godne ze względu na piękny styl i oryginalne porównania. Dnia 4 maja 1874 roku umarł ks. Szafranek, ojcowski przyjaciel ks. Norberta. Odtąd ks. Bonczyk jako najstarszy z kapelanów musiał zawiadować parafją rozległą. Jakże się zadziwił, gdy wszelkie korespondencje „do urzędu parafjalnego w Bytomiu“ odstawiano landratowi, który je czasem otworzone (!) onemu przesyłał. Daremnie protestował; dopiero w październiku (1874) zlecono poczcie, żeby podobne listy zaraz onemu wręczała. Nowego proboszcza biskup na razie nie mógł posłać, gdyż właśnie obsadzanie posad duchownych stanowiło jeden z punktów najbardziej spornych pomiędzy Rzymem a Berlinem. A właśnie wtedy walka dochodziła do stopnia najwyższego. W roku 1875 arcybiskupi koloński i poznański, biskupi monasterski, paderbornski, trewirski i sufragani poznański i gnieźnieński za mężną obronę kościoła odsiadywali kary po fortecach i więzieniach, a biskupi limburski i wrocławski żyli chlebem wygnańców. Wrocławskiego księcia-biskupa Henryka Foerster'a w tym samym roku 1875, w którym w kwietniu święcił swój złoty jubileusz kapłaństwa, sądy pruskie w październiku zesadziły z urzędu, tak że do austrjackiej części djecezji musiał uciekać, gdzie pozostał aż do śmierci (1881). I na naszym Górnym Śląsku było wtenczas spustoszenie niemałe. Wiele parafji bowiem było bez pasterza, a zakony z kraju wydalone.
Z Bytomia, z Mikołowa i z Królewskiej Huty Szkolne Siostry wygnano, a łańcuch ukuty Czeka na ofiar więcej; Jezuici w Rudzie Już się z domem rozstali, darmo płaczą ludzie.
(Góra Chełmska str. 80). W tym samym roku (1875) zamknięto też klasztor OO. Franciszkanów na Górze św. Anny. Ostatni odpust na św. Krzyż ks. Bonczyk uwiecznił w epopeji „Góra Chełmska“. Przez całe dwanaście lat ks. Norbert zarządzał tak parafją bytomską, z tego przeszło trzy lata w biedzie i niedostatku. Albowiem stałych dochodów proboszczowskich nie pobierał, a dochody przypadkowe nie starczyły na prowadzenie domu, tem mniej że w roku 1875 duchowieństwu zatrzymano wszelkie pensje. Coprawda landrat v. Wittken ofiarował zapomogę księżom bytomskim — byli to księża Bonczyk, Schirmeisen, Klein i Mattern — lecz z tej strony niczego nie przyjęli. Pięknie powiedział wtedy ks. Bonczyk landratowi: „Ten co kruki karmi, i nas „czarnych“ będzie umiał wyżywić“. Raz ks. komisarz Purkop pożyczył 300 twardych, inny raz znowu parafjanie darowali 100 talarów. Nareszcie zarząd kościelny w grudniu 1877 roku uchwalił rocznie 1500 marek na utrzymanie księży. Podczas całej walki kulturnej ks. Bonczyk stał na stanowisku: Skoroście „popom“ prawa odebrali, nie żądajcie od nich obowiązków! Chociaż więc proszono go o to, nie ogłaszał w kościele spraw szkolnych, bo szkoła od roku 1872 zupełnie była upaństwowiona. W podobny sposób odmówił zarządowi kościelnemu, tj. generalnej dyrekcji szafgoczowej, wspomnienia podatków kościelnych na ambonie, „gdyż duchowieństwo nie jest wykonawczym organem uchwał zarządu“. Ówczesną korespondencję z władzami świeckiemi złączył w zeszyt pod oznaką „lwie skóry z walki kulturnej“. Czasem i przy kazaniu napomknął o zakusach państwa, ale bardzo ostrożnie „bo się już znał z kozą“. Powiedział n. p.: „Klucze św. Piotra dzisiaj wielu zdają się być za wielkie i ociężałe; chcą je oszlifować, aby do nowomodnych zamków lepiej pasowały“. Na pierwszym wiecu polskim w Leśnicy (1881) mówił o walce kulturnej. Ale zarzucano mu potem, iż zanadto krył się w porównaniach. Z smutnej rzeczywistości ks. Norbert uciekał się do światłych wyżyn poezji, szukając i znajdując tam pociechę i ukojenie. W r. 1879 wydał epopeję „Stary Kościół Miechowski“ (2 wydanie 1883), w której złożył „lat dziecinnych szczęśliwych przebłogie wspomnienia“. O tym poemacie pisał Ignacy Kraszewski w jednem z ilustrowanych czasopism warszawskich, że zasługuje na to, aby dostąpił szerszego rozgłosu. Pierwszem zaczątkiem do „Starego Kościoła Miechowskiego“ były „Pamiętniki Szkolarza Miechowskiego odczytane na uroczystości pięćdziesięcioletniego jubileuszu nauczycielskiego Pana Rektora P. Bienek, odbytej dnia 20-go sierpnia 1872 roku w Miechowicach“. — Kilka lat później bawiąc na kuracji u wód napisał dosyć pospiesznie nowe dzieło „Góra Chełmska“ (1886), czyli wspomnienia z r. 1875. Sam uważał to za „rzecz mniejszej wartości“; jednakowoż idea przewodnia tego utworu, obfitującego zresztą w śliczne ustępy, jest wzniosła. Jest to poniekąd poetyczna apologja pobożnego ludu górnośląskiego.
Ojcze! oby nasz Berlin widział zgromadzenie, Porzuciłby o polskim ludu uprzedzenie. Czyż ten lud jego wrogiem? tegoż mu się lękać? O, kto się nie oduczył w Boga wierząc klękać, Nie podniesie zbrodniczej prawicy na króla! Król od Boga, więc jego stać się musi wola. Ten lud kraju nieszczęściem? — To kamień węgielny! Kto go czerni przed królem, ten kłamie bezczelny!
(Góra Chełmska str. 109). Główne te poezje ks. Bonczyka są pierwszą a dotąd jedyną próbą przedstawienia w formie epicznej całokształtu życia ludu polskiego na Śląsku. Dlatego Ks. Św., omawiając „Stary Kościół Miechowski“ w „Katoliku“ (1879, nr.7), nazywa autora Homerem górnośląskim. Nareszcie fale wzburzone zaczęły się uspakajać. Bismarck przekonawszy się, że kościoła nie zwycięży, szukał porozumienia z Rzymem i od roku 1880 znosił powoli ustawy niesprawiedliwe. Teraz dopiero można było pomyśleć o uporządkowaniu stosunków duszpasterskich. Ks. Bonczyk dnia 5 czerwca 1886 r., w przededniu urodzin swoich wreszcie stał się proboszczem, zaledwie rok przed srebrnym jubileuszem swego kapłaństwa. Było to kilka dni przed uroczystem poświęceniem nowego kościoła św. Trójcy. Na miejscu dzisiejszej wspaniałej świątyni gotyckiej, o której Stanisław Piast (Bełza) sądzi, że podobnej może ani Warszawa nie posiada, stał od roku 1620 wśród cmentarzyska stary walący się kościołek św. Trójcy. Wobec ogromnego przyrostu ludności już ks. Szafranek był dążył do rozdzielenia parafji i budowania tam nowego kościoła. Po jego śmierci (1874) ks. Bonczyk wśród walki kulturnej dalej prowadził układy i nareszcie dnia 21 maja 1883 r. mógł poświęcić kamień węgielny, w którym zamknięto dokument przez niego po łacinie, po niemiecku i po polsku ułożony. Po ukończeniu świątyni w roku 1886 zamianowano równocześnie ks. Bonczyka i ks. Schirmeisen'a proboszczami bytomskimi, pierwszego przy starym, drugiego przy nowym kościele. Ks. Norbertowi już dwa lata przedtem (1884) ze względu na jego zasługi przyznano prawo noszenia kołnierza na rewerendzie.
IV.
Proboszczem.
Ks. Bonczyk był wzorowym proboszczem i niezmordowanym pracownikiem we winnicy Pańskiej. Latem i zimą od wczesnego rana siedział w słuchatelnicy a zawsze jako ostatni wychodził z kościoła. W niedziele i święta po południu o pół do drugiej znowu był przed ołtarzem, odprawiając nieszpór, jeżeli na niego była kolej, a jeżeli nie, to w ławce brewjarz odmawiając. Po nieszporze szedł na ambonę z wykładem nauki katechizmowej, jak to ks. Szafranek był zaprowadził; te nauki ks. Bonczyk zawsze miewał sam, chyba że gdzie wyjechał. Po kazaniu udzielał nowożeńcom nauki przedślubnej a resztę czasu aż do wieczora zapełniała praca w towarzystwach. W dni powszednie zostawało mu kilka godzin na ulubione studja. Bogatą miał bibliotekę, lecz nie tylko jak to często bywa, na ozdobę. Każda książka z niej była mu miłą przyjaciółką, z którą dobrze się znał. Powiedział kiedyś, że książki przypominają mu tylko, co już wie. — Miał rzadki dar wymowy i słynął jako kaznodzieja. Głos miał mile płynący, dźwięczny, wyraźny, który każdemu do serca przemawiał. Nie gromił słuchaczy jak ks. Michalski z Lipin, „młot na chachary, na kocendry, przezmuty, na ludzi bez wiary“, lecz miłością podbijał. Aczkolwiek rzadko kiedy miał czas do szczegółowego przygotowania, mówił zawsze tak treściwie, zajmująco i ciekawie, że nieraz proszono go o spisanie swych nauk i kazań. Niestety czas mu nigdy na to nie pozwalał; tylko cztery zeszyty kazań pozostały po nim. Albowiem jego gorliwości nie wystarczała praca w Bytomiu. Często jeździł z kazaniem na odpusty w parafjach sąsiednich, np. do Piekar lub do Kamienia, albo występował jako kaznodzieja kalwaryjski na Górze św. Anny, gdzie
Drogi, górki, góry nie trawą zielone, Lecz tłumów nieprzejrzanych barwą upięknione Aż do łez rozrzewniają przecudnym widokiem.
(Góra Chełmska str. 107). Tam parafjan swoich z Bytomia tak troskliwą otaczał opieką, że ludzie się dziwowali, mówiąc: „Cóż też to za księdza macie! Dyć matka o swe małe dziecko więcej starości mieć nie może, niż ten ksiądz o was“. Kazań jego wszyscy pątnicy chętnie słuchali a gdy się przy której kaplicy na ambonie ukazał, zewsząd się garnęli wzajemnie się nawołując: „tu będzie miał bytomski!“ albo: „chodźcie, to ks. Bonczyk!“ Dużo czasu poświęcał też pracy w towarzystwach bytomskich, które po wielkiej części onemu zawdzięczają istnienie. Już w roku 1869, zdaje się, założył Kasyno polskie, które łączyło wszystkie stany i pod jego kierownictwem do wielkiego doszło rozkwitu. Sala bywała zawsze przepełniona; byli bowiem mieszczanie i Rozbarczanie, ale też Łagiewniczanie i Szombierczanie, a nawet z Chorzowa, Michałkowic, Siemianowic, Królewskiej Huty, Szarleju i Piekar ludzie przychodzili. Ks. Bonczyk obszedł najprzód wszystkie grupy: w każdej miał coś do powiedzenia, o każdej wiosce coś do zapytania. Potem po odmówieniu pacierza zaczął swoje wykłady. Omawiał wszystkie ważniejsze zajścia w parafji, diecezji i całym kraju, poruszał też sprawy polityczne, zwłaszcza podczas walki kulturnej. Czasem przyprowadził do Kasyna jako też i do innych towarzystw jakiego przyjaciela, n. p. p. dra Chłapowskiego, pozasłużbowego burmistrza Szabona a później i p. Napieralskiego, którzy go tedy owedy w mówieniu wyręczyli. — Jak w Kasynie starszyznę, tak młodzież skupiał w Towarzystwie św. Alojzego na Rozbarku, które również sam był założył (25 marca 1871). Było to najpierwsze Towarzystwo św. Alojzego na Górnym Śląsku. W pierwszych latach był mu niestrudzonym prezesem, w późniejszych chętnym protektorem, a zawsze ojcowskim opiekunem. Celem towarzystwa była oświata na gruncie katolickim, ale też uczciwa zabawa; oprócz tego chciał młodzieńców przyzwyczaić do publicznego występowania. „Chłop nie mowny a kot nie łowny, powiadał, obaj jedną drogą chodzą, t. j. obaj nie wiele warci“. I tu czasem jakiś gość wystąpił z wykładem; jednakowoż najczęściej sam przemawiał i „mówił o sprawach najbliżej wówczas obchodzących kościół nasz, a więc nieraz o sprawach aktualnych, politycznych, o Windhorście i działalności Centrum w odpornej walce z kulturnikami. Mówił poprawnie po polsku, nawet wytwornie czasem, a przytem z werwą i wszyscy go rozumieli i lubili bardzo jego sposób mówienia. Innym razem mówił więcej o rzeczach moralnych, ale nie zaniedbywał też spraw dotyczących historji dawnej Śląska, kościołów i klasztorów jego, a przytaczał opisy i wiersze cudze i własne dla okraszenia opisu“. Tak pisał w r. 1896 dr. Chłapowski. Bywały też deklamacje i czytania z arcydzieł literatury polskiej, które ks. Bonczyk zaraz objaśniał i tłumaczył wciąż powtarzając przytem: „Jak też to piękne! Gdybyście też to zrozumieli!“ Lubił bardzo swych Alojzjanów i chociaż czasem zupełnie już był na siłach wyczerpany, chociaż mu w dni słotne gościec (reumatyzm) dokuczał, chodził na zebrania, aby „się choć pokazać“. Pewnego razu czuł się tak słabym i chorym, że siedząc na jednem krześle musiał nogi wspierać na drugiem, by sobie ulżyć w bólu, ale zebrania nie opuścił. Na wzór bytomskiego związku i w parafjach powstawały towarzystwa św. Alojzego. Widząc to ks. Bonczyk myślał o tem, by je wszystkie ująć w jedną organizację z wspólnemi ustawami przez biskupa zatwierdzonemi, jak to już miały związki czeladników Kolpinga. W tym celu ogłosił w roku 1892 w (nr. 70) łacińską odezwę do duchowieństwa; niestety przedwczesna śmierć jego udaremniła te zabiegi. — Opiekunem był dalej „Towarzystwu Górnośląskich Przemysłowców“ i „Związkowi wzajemnej pomocy robotników górnośląskich“, który w roku 1889 założono. I tu miewał wykłady, a znając na wylot historję i literaturę polską, nigdy nie był w kłopocie o temat. Starał się związkiem wzajemnej pomocy zainteresować kler górnośląski i rozesłał odpowiednie orędzie, wzywające do zakładania w każdej parafji związków robotniczych. Lecz z dwustu księży, którzy otrzymali orędzie tylko trzynastu odpowiedziało, a z tego pięciu tylko godziło się na propozycję. Wtedy „Katoliku“ zaczął wydawać (od kwietnia 1890) tygodnik „Praca czyli porządek chrześcijański pomiędzy ludźmi“. — Przy śmierci ks. Bonczyka wszystkie te towarzystwa ze żalem wspominały: „Mimo wielkich obowiązków parafjalnych poświęcał nam czas i siły swoje; pouczał nas wykładami z swej znakomitej wiedzy; utwierdzał nas w wierze św. i cnotach chrześcijańskich i obywatelskich; napominał do postępowania zawsze i wszędzie drogami Boskiemi i wedle praw Boskich nieprzedawnionych nigdy i niezłamanych; wskazywał drogi prawe ku oświacie i podniesieniu się społeczeństwa naszego; cieszył się razem z nami, bolał razem z nami a zawsze krzepił, zawsze otuchy dodawał i swoim wielkim duchem naszego ducha ożywiał; był dla nas zawsze łaskawym, dobrotliwym, szczerym i wiernym ojcem i przewodnikiem“. („Katolik“ 1893, nr. 22). — Nareszcie ks. Bonczyk był przewodniczącym bytomskiego Komitetu Wyborczego; był więc politycznym przywódcą na obwód przemysłowy, lecz sam mandatu przyjąć nie chciał. W polityce był pojednawczy, ostrożny i zgrabny. Gdy w listopadzie roku jego śmierci (1893) wybierano posłów do sejmu pruskiego, następca jego ks. dziekan Myśliwiec bezpośrednio przed wyborami przypomniał go wyborcom centrowym w Bytomiu mówiąc: „Gdyby tu nieboszczyk żywy stał przed nami, zapewnieby powiedział jako słowo napomnienia w ostatniej chwili: „Bądźcie zgodni! Bądźcie jedni!“ („Katolik“ 1893, nr. 132).
V.
Charakterystyka.
Usposobienie miał ks. Norbert łagodne i spokojne. Głównym rysem jego charakteru była skromność i pokora. „Chociaż posiadał wielkie talenta, mówił ks. Michalski przy jego pogrzebie, chociaż rozumiał kilka mów, chociaż był uczony, przecie wielką skromnością się odznaczał i nie lubił, gdy go chwalono; wszelkie pochwały oddalał słowami: „Nie żartuj sobie zemnie, nie miej mnie za błazna!“ — Parvum parva decent — obrał za godło dla swoich poezji; małemu mało przystoi — myślał też, gdy go książę-biskup Kopp chciał zrobić kanonikiem wrocławskim. Sam się od tej godności wymawiając polecił na nią ks. komisarza Marksa, proboszcza miechowskiego, który stał się później biskupem-sufraganem. W mowie ks. Bonczyk był bardzo ostrożny a wobec nieznajomych poprostu zamknięty i skryty. Lubił zacisze i samotność, aby zostać skupionym i móc żyć bogomyślnie. Często wieczorem jeszcze Przenajświętsze i klęczał przed ołtarzem zatopiony w głębokiej modlitwie. Szczególne nabożeństwo miał do Najsłodszego Serca Jezusowego i do Najśw. Marji Panny. Wielką część dochodu obracał na upiększenie domu Bożego. Nietylko farny kościół, obok którego nowe wybudował probostwo, ale też kościółki św. Małgorzaty i św. Jacka i kaplicę Matki Boskiej Bolesnej kazał odnowić. Obrazy, figury, świeczniki i inne rzeczy, które nie odpowiadały jego wymaganiom estetycznym, darował biedniejszym kościołom, przeważnie do Polski, a natomiast zakupywał nowe płacąc dużo z własnej kieszeni. Na monstrancję n. p. która kosztowała 1000 twardych, ludzie złożyli coś 30 talarów, całą resztę on darował. Słowa psalmisty „Panie, miłuję ja okazałość domu Twego“ (Ps. 25, 8) i jego było hasłem. Jeszcze w testamencie zapisał przeszło 6000 marek na odnowienie ołtarza św. Józefa. Gorąco popierał też plan budowy kościoła w Łagiewnikach i 12000 marek na ten cel ofiarował. Niestety nie dożył nowej świątyni. Wdzięczni Łagiewniczanie pamiątce jego poświęcili trzeci dzwon, który nosi jego imię „St. Norbertus“ i napis: In memoriam defuncti parochi Norberti Bontzek 1896. — Niemniej szczodrym był dla ubogich, hojne dawając jałmużny, lecz zawsze tak, żeby lewica nie wiedziała, co prawica czyniła. W cichości świadczył dobrodziejstwa tak biednym rodzinom jak i niezamożnym gimnazjastom, których zawsze kilka wspierał. Towarzystwo św. Wincentego w nim miało największego dobrodzieja i najchętniejszego pomocnika. Pewnego razu spotkał się skarbnik tego towarzystwa, pozasłużbowy burmistrz Szabon z ks. Bonczykiem przy kościele. Na zapytanie: „Jak tam z kasą wygląda?“ odpowiedział: „Licho, bo już wybrano u piekarza chleba za 75 marek, a pieniędzy w tym miesiącu nie dostanę żadnych“. I rozeszli się. Gdy Szabon, staruszek osiemdziesięcioletni, powoli doszedł do swego mieszkania, tam już czekała służąca z probostwa wręczając mu 75 marek do kasy św. Wincentego. O tem się nikt nie dowiedział, aż kiedyś p. Szabon w Kasynie zdradził, co ks. Bonczykowi bardzo było niemiłem. Ks. Bonczyk po mistrzowsku władał polskim, niemieckim i łacińskim językiem. Świadczą o tem jego poezje. Wydał bowiem i po niemiecku dwa zbiorki wierszów lirycznych „Karpathen-Märchen“ i „Gudrunlieder“ (bez nazwiska i bez roku). Ale przedewszystkiem był najlepszym znawcą polskiego języka pomiędzy duchowieństwem śląskiem. Dlatego książę-biskup Kopp tłumaczenie katechizmu Deharbe'go na język polski jemu powierzył (1889). Ks. Norbert był wiernym synem swego ludu i kochał go jak rzadko kto. Kochał jego pobożność i prostotę, kochał też jego język i obyczaje. Gdy ks. Katryniok dla Alojzjanów sprawiał sztandar, ks. Bonczyk taki dlań ułożył napis programowy:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Ks. Norbert Bonczyk.
