Front matter
JERZY BANDROWSKI
KRWAWA
CHMURA
całość
JERZY BANDROWSKI
KRWAWA
CHMURA
POWIEŚĆ
C.
LWÓW — POZNAŃ 1920 NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
ODBITO NA PAPIERZE BEZDRZEWNYM W DRUKARNI M. SCHMITTA I S-KI WE LWOWIE
I.
Gdyby sam Wei-hsin Yang chciał opowiedzieć swą dziwną a pełną przygód rozlicznych historję, z pewnością nie wiedziałby od czego zacząć, nie tylko dlatego, że umarli nie mają większych zdolności do monologów od żywych, ale przedewszystkiem, ponieważ nigdy nie wiadomo, gdzie się jaka historja zaczyna i gdzie jest początek człowieka. Należałoby może zacząć od jakiegoś wypadku nadzwyczajnego, od czegoś niezwykłego, co wpłynęłoby na bieg życia i jego kierunek, ale takich wypadków w życiu Wei-hsin Yanga nie było. Czyż bowiem można uważać za coś nadzwyczajnego, że matka Wei-hsin Yanga, widząc młodą swą latorośl w żarze jakiejś niezrozumiałej sobie gorączki, ucięła mu nożyczkami dwa palce u lewej ręki, uważając to za znakomity środek przeciw urokom? W ojczyźnie Wei-hsin Yanga uchodzi to za rzecz bardzo pospolitą. Albo może zaliczymy do jakichś nadzwyczajności, że w tem siole, zwanem „Wsią Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“, nigdy tam zresztą nie widzianego, siostra -hsin Yanga powiesiła się, nie mogąc dłużej znosić morzenia głodem i razów, obficie wymierzanych jej przez świekrę? Wypadki takie były w tej okolicy niemniej liczne od topienia się z tej samej przyczyny w studniach. Nic też nie widziano dziwnego w tem, że liczna rodzina Wei-hsin Yanga, najechawszy z tego powodu dom świekry, potłukła i połamała wszystkie sprzęty, do krwi pobiła czcigodną „matkę-świekrę“ i porzuciła ją nagą i skrwawioną na gościńcu, gdzie też ta bezlitosna matrona skonała. Dziwić się takim rzeczom może tylko cudzoziemiec lub misjonarz, który chce uczyć, sam nic nie wiedząc. Wei-hsin Yang nie znajdował w nich nic niezwykłego. Wogóle wszystko jest w życiu proste i jasne — wyjąwszy nieprzewidziane najdrobniejszych wydarzeń wyniki. Tak na przykład Wei-hsin Yang, cała jego rodzina, wszyscy mieszkańcy pięknej „Wsi Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“, jak też i ich sąsiedzi z niemniej pięknej „Wsi Mówiącego Konia“, nie pragnęli niczego innego, jak tylko, aby praca ich ciężka i żmudna dawała im należyty plon. Pracowali jak mrówki, wszyscy: dorośli w polu, dzieci pod rozkazami „matki-świekry“ w obejściu lub przy zbieraniu paliwa — nawet najmniejszy drobiazg nie jadł ryżu ani jagieł za darmo. Czy może ci niestrudzeni pracownicy winni byli co temu, że nastała posucha, która zagładą groziła ich plonom? Czy nie zrobili, co do nich należało, wysławszy do szemrzącej słodko świętą wodą studni wśród ruin starodawnego Han-Fan-Hsien urzędowego posłańca, który miał stamtąd przynieść sprowadzającą deszcze płytkę żelazną, zanurzoną w wodzie świętej studni? Uczynili to, co uczynić należało. Było też zupełnie prostą i naturalną rzeczą, że pewien mieszkaniec „Wsi Mówiącego Konia“, wracając z pogrzebu swego krewnego, który umarł w dalekich stronach, przechodził przez „Wieś Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“. Szedł pieszo prowadząc za uzdę muła, na którym siedziała jego żona z małem dzieckiem na ręku. Ponieważ szczęśliwa ta matka spodziewała się wkrótce drugiego potomka, przeto mąż, otaczając ją należnymi względami, osłaniał ją od promieni słońca wielkim czerwonym parasolem, pomalowanym w błękitne smoki, zaś sam ocienił swą twarz szerokim, słomianym kapeluszem. Podróżny winien dbać o zdrowie swoje i swoich najbliższych. Tak więc, ciesząc się z bliskości domu i spoczynku, wędrowała ta rodzina przez pola „Wsi Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“, podobna zdala do kropli krwi, cieknącej zwolna żółtą ścieżyną. Biali ojcowie o długich brodach chcą nauczać lud a nie wiedzą rzeczy tak prostej, iż otwarty w czasie posuchy parasol lub szeroki kapelusz wyciąga z powietrza wszelką wilgoć i odpędza deszcz - na co przecie nie mogą pozwolić rolnicy, gdy pola się w wielkie, twarde głazy. Rozumie się, że na widok wędrującego przez opłakane łany czerwonego parasola, zewsząd zaczęły się zbiegać gromady szarych, czarnych i błękitnych postaci, wymachujących łopatami, motykami i kijami. Rozumie się też, że powietrze napełniło się ich krzykiem, piskiem i klątwami. Tak musiało być. I tu wystąpił Wei-hsin Yang. Oburzony bezczelnością natrętów, chwycił kamień i rzucił nim w muła, chcąc go zmusić do biegu i jak najszybszego opuszczenia wsi. Cóż prostszego nad to, że siedząca na nim kobieta, nie spodziewając się nagłego skoku, wypuściła z rąk dziecię, a to, padając, zabiło się? Taksamo dobrze mogło się było nie zabić. Przypadek sprawił też, że kobieta owa, nie mogąc się utrzymać na galopującym mule, zleciała z niego, nie zdążywszy nogi wyjąć ze strzemienia i wleczona przezeń po twardej wyboistej grudzie gościńca, również skonała. Czy można się dziwić, że mąż jej widząc to, rzucił się z kijem w ręce na napastnika? Dziwiłby się temu chyba człowiek zupełnie obrany z rozumu. Ale jakże jeden podoła dziesięciu? Nie podoła, to jasne — i wkrótce też śmiałek padł na gościńcu, w którego wyboje wylał się mózg z jego rozbitej czaszki. Tak więc wszystko było jasne, proste i najzupełniej rozumne i każdy wiedział, że inaczej nie mogło być — a tylko wynik tego wszystkiego był zupełnie niespodziewany. Oto mieszkańcy „Wsi Dobrotliwego i Urzędnika“ wymordowali do nogi jedną rodzinę z zaprzyjaźnionej sobie „Wsi Mówiącego . Wszystko, co się stało potem, było niemniej jasne i proste, a zupełnie nie oczekiwane w skutkach. „Wieś Mówiącego Konia“, dowiedziawszy się o krwawych czynach swych sąsiadów, nad wieczorem napadła na nich, zbrojna w pałki, oskardy, motyki i łopaty. Rozumie się, że mieszkańcy „Wsi Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“, spodziewali się tego i mieli się na baczności. Mściciele, którzy uderzyli z wielką furją i gwałtownością, zostali odparci, ale po obu stronach padło po kilkunastu ludzi i żadnej wątpliwości nie ulegało, że na tem się skończyć nie może. — Mieszkańcy „Wsi Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“ postanowili zatem dla miłego spokoju zaraz tej samej nocy napaść na swych sąsiadów i rozgromić ich tak, aby odebrać im ochotę do dalszych bójek, uniemożliwiających wszelką pracę. Noc jasna i księżycowa sprzyjała temu pokojowemu przedsięwzięciu. Uzbroiwszy się w zakrwawione łopaty, motyki i oskardy, bitni mieszkańcy „Wsi Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“ wyruszyli w pole i podszedłszy cicho pod bramę „Wsi Mówiącego Konia“, skoczyli do szturmu. Jak zwykle wieś otoczona była wałem strzeżonym przez członków „Towarzystwa Strzegącego Plonów“ i wtargnięcie do niej nie było bynajmniej łatwem zadaniem. Ale i mieszkańcy „Wsi Mówiącego Konia“, mieli też dość tego wszystkiego, uszykowawszy się tedy na rynku, otworzyli bramy, aby bój przyjąć. Rozpoczęła się straszna bitwa. Z obu stron skoczyły ku sobie ciemne, smukłe postacie z warkoczami, które tańczyły w powietrzu jak rozwścieczone węże. Rozległ się przejmujący zgrozą pisk żądnych krwi bojowników, ciszę nocną zmąciło wycie i szczekanie kobiet, sypiących najwymyślniejszemi obelgami. Dał się słyszeć głuchy odgłos razów i kijów, łamiących się na czaszkach. Psy wyły, skomlały, lub też warcząc głucho, rzucały się w bój z wyszczerzonymi zębami. W białych blaskach księżyca wyglądało to, jak dwie armje walczących ze sobą szatanów. Tu znów z kilku towarzyszami odznaczył się młody, pełen zapału i kochający swą wieś Wei-hsin Yang. Gibki, odważny, wysoki a silny, rzucał się na wszystkie strony, rażąc motyką nieprzyjaciół. Z jego ręki padł wójt „Wsi Mówiącego Konia“, z jego ręki zginęło kilku najodważniejszych jej obrońców, a gdy wreszcie najeźdzcy zwyciężyli i przystąpili do gromienia sprzętów i mordowania kobiet kryjących się po chatach, Wei-hsin Yang podobny był niszczącemu płomieniowi. Albowiem świętą jest sprawa pokoju i krwi dla niej skąpić nigdy nie wolno — ani swojej krwi ani wrogów. Nad ranem „Wieś Mówiącego Konia“ wyglądała, jak może wyglądać wieś, przez którą przejdzie horda rozbestwionych Mongołów. Część mieszkańców padła trupem lub zaścieliła pole, okryta ranami; reszta pierzchła i pochowała się po krzakach, jamach, rowach i studniach. Zwycięzcy nie rabowali, wiedząc dobrze, że każdy zrabowany przedmiot świadczyć będzie przeciw nim w śledztwie. Zato niszczyli wszystko, co im w ręce wpadło, chcąc w jak największe ubóstwo pogrążyć a zatem i osłabić nieubłaganego od dziś przeciwnika, aby w ten sposób odwlec chwilę nieuniknionego zresztą odwetu. O wschodzie słońca, dokonawszy dzieła, odeszli i wrócili do swej wioski okryci krwią i uzbrojeni, lecz spokojni już o swój byt i zadowoleni z siebie. Zrobili, co do nich należało. Wszyscy chełpili się swem bohaterstwem i swemi mężnymi czynami, najwięcej jednak mówiono o niezwyciężonym Wei-hsin Yangu i jego rówieśniku, młodym Yi-hang Mao. Ten, choć drobny i wątły na pozór, wielu przeciwników unieszkodliwił przy pomocy ciężkiego oskarda, którym zręcznie przetrącał im golenie. Obaj dzielni młodzieńcy przyjmowali pochwały ze skromnością i wstydliwością, pięknie świadczącą o ich wzniosłym sposobie myślenia i dobrem wychowaniu. Samo niebo, jak gdyby uznając słuszność sprawy mieszkańców „Wsi Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“ i pragnąc ich za poniesione dla niej trudy i ofiary wynagrodzić, zaczęło się naraz chmurzyć i załzawiać. Do słońca zlatywały się coraz rojniej małe, czarne obłoczki. Przylepiając się jeden do drugiego, wkrótce zmieniły się w ogromnego czarnego smoka, który naraz z otwartą paszczą rzucił się na bledniejące z przerażenia słońce. Cień padł na świat. A wkrótce potem zabębnił na spiekłych polach obfity deszcz i w niezliczonych rowach i kanalikach zaszumiały gęste, żółte strumienie.
II.
Jak proste, naturalne i nieuniknione było wszystko to, co się stało dotychczas, tak jedynie rozumnem i odpowiadającem konieczności każdy nazwie wszystko, co w dalszym ciągu uczynili mądrzy i rozważni mieszkańcy „Wsi Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“. Nie mogło ulegać najmniejszej wątpliwości, że urzędnicy „yamenu“ (stolica władz okręgowych) w którym leżała miłująca pokój rodzinna wieś Wei-hsin Yanga, nie ocenią sprawiedliwie jej pokojowych dążności, lecz narzucą jej śledztwo uciążliwe i dotkliwe grzywny i kary cielesne. Śledztwo takie, krzywdzące i przynoszące ujmę wszelkiej sprawiedliwości, nie raz niszczyło wieś gorzej od mściwego napadu złych sąsiadów. Jak tej klęski uniknąć — nad tem zastanawiali się długo i gruntownie najmędrsi gospodarze. Co uradzili pozostało narazie w tajemnicy, niedługo jednak trzeba było czekać na jej odsłonięcie. Oto naraz w kilku domach dały się słyszeć krzyki, klątwy, odgłosy razów, zawodzenie i płacz. To z tej to z tamtej chaty glinianej wypadał na ulicę parobek ścigany przez ojca, który niemiłosiernie okładał go kijem. Niektórzy chłopcy padali twarzą na ziemię, i trwali tak, w milczeniu znosząc bicie. Inni przerażeni i zdziwieni zarazem zmykali, nierzadko obficie brocząc krwią i w podartej odzieży. Jeden, straciwszy snać panowanie nad sobą, ośmielił się rękę na swego ojca podnieść — ale tego natychmiast ubito. Niemniej czarna niewdzięczność spotkała mężnego Wei-hsin Yanga. Ojciec przystąpiwszy do niego, rzekł: — Jesteś mordercą, zabiłeś szanownego wójta „Wsi Mówiącego Konia“, oraz kilku z najprzedniejszych, najcnotliwszych jej obywateli. Zmówiłeś się widać ze wszystkimi niegodziwymi łotrami, którzy napadli na naszych sąsiadów. Być może nawet, że byłeś ich przywódcą. Ani ja, ani bracia twoi nie mogą odpowiadać za twe niegodziwe postępki. Opuść mi natychmiast ten dom, i idź dokąd cię oczy poniosą, jeśli nie chcesz, abym cię ukarał tak, jak na to zasługujesz. Kary śmierci na ciebie mało. Przyzwyczajony do bezwzględnego posłuchu Wei-hsin Yang natychmiast wstał, nie myśląc nawet o oporze. — Dokąd mam iść? — spytał jednakże zdziwiony, bo poza swoją wsią i kilku sąsiednimi, świata nie znał. — Dokąd cię uciekające nogi poniosą! — odpowiedział mu ojciec gniewnie. będę jadł? Nikt nie je za darmo. Nie mam ani grosza. — Byłżebym tak głupi, abym sypał pieniądze do trumny? — krzyknął ojciec. Chciałbyś krzywdzić moje dzieci, włóczęgo bez ojca i matki? I nie wdając się w dłuższe pertraktacje, kijem wypędził syna na ulicę a potem pognał go przed sobą jak psa, rzucając za nim kamieniami. Wśród złorzeczeń, razów i świstu przelatujących koło głowy kamieni, Wei-hsin Yang uciekał ze wsi. Niejeden kamień go trafił a droga przez wieś była długa. W jednem miejscu Wei-hsin Yang ujrzał już jakiś nieruchomy kłębek szaro-niebieski, leżący w kałuży krwi. Zrozumiał, że biegnąc przez wieś, może paść po drodze. Więc naraz rzucił się w ciasną uliczkę między chaty, dopadł niskiego, rozsypującego się, glinianego wału, opasującego wieś, przeskoczył go i pędem pognał naprzełaj przez mokre i szarugą deszczową zawleczone pola. Biegł tak nie oglądając się, a wciąż słyszał za sobą klątwy, okrzyki, szczekanie psów, i kroki już już doganiającej go pogoni. Jak jeleń przesadzał rowy, przeskakiwał niskie płoty, brnął przez kanały, nie ustając w biegu, choć dech świstał mu w piersi a pot zalewał oczy. Gwar wzburzonej wsi oddalał się coraz bardziej ale kroki kogoś ścigającego rozlegały się wciąż wyraźniej i bliżej. Ktoś pędził za chłopcem. Wtem Wei-hsin Yang, goniąc tak jak ścigany lis, ujrzał przed sobą szeroki rów pełen żółtej wody. Chcąc go przesadzić, wbiegł pędem na sterczący tuż nad nim kopczyk graniczny, lecz pośliznąwszy się na mokrej glinie, stracił równowagę i zjechał w wodę. Rów nie był bardzo głęboki i kiedy chłopak zerwał się, pokazało się, iż woda sięga mu tylko po piersi. Ale długi bieg tak go wyczerpał, iż nogi więzły mu w grząskiem błocie, a ledwo krok zrobił, znowu się przewrócił. Napół na czworakach, to znów słaniając się, dobrnął z trudem do drugiego brzegu. Tam stanął, nie mając siły wdrapać się na strome i oślizgłe zbocze. Rozczapieżywszy palce, rękę jak klamrę wbił w glinę i tak stał, słaniając się i dysząc ciężko. Pot zmięszany z gliniastą wodą zalewał mu powieki, przed oczami latały wielkie, czarne koła, w uszach huczało. Chłodna woda orzeźwiła go. Zgubił czapkę i w rzęsistym deszczu stał z gołą głową. Woda zciekała mu z włosów za kołnierz, jakby głaszcząc i łaskocząc pieszczotliwie. Kiedy wreszcie otworzył oczy ujrzał w rowie wodę żółtą, gęstą, brudną i stojącą jak zwykle. Okrzyki gonitwy zcichły. Tylko deszcz szumiał monotonnie dokoła. — Wei-hsin Yang, bracie! — odezwał się czyjś życzliwy głos. — Nie jesteś ranny? Wei-hsin Yang drgnął i podniósł przerażone oczy. Na przeciwległym brzegu, ukrywszy się za kopcem granicznym, siedział Yi-hang Mao, jego rówieśnik, sąsiad i towarzysz ostatnich bojów. — Wypędzili nas, aby w „yamenie“, całą winę zrzucić na nas — mówił Yi-hang Mao. — Słuszną jest rzeczą, aby zamiast całej wsi cierpiało kilku. W domu mego ojca pozostało jeszcze pięciu braci. Rąk roboczych będzie dość, a o jedne usta mniej. Twój ojciec ilu ma synów prócz ciebie? — Czterech — odpowiedział machinalnie Wei-hsin Yang. Odpowiedział, ale w gruncie rzeczy myślał w tej chwili o tem tylko, iż dobrze jest, że tu Yi-hang Mao siedzi, a nie który z prześladowców. A po chwili zapytał: — To więc ty goniłeś za mną? — Nie goniłem za tobą, o Yang, mój bracie, lecz uciekałem wraz z tobą! — prawie z płaczem żalił się mały Yi-hang Mao. — Omal, że mnie nie zabili. Musieli się okazać srogimi wobec nas, inaczej nie uwierzonoby im w “yamenie“. — Przecież ja nikomu nigdy nie zrobiłem nic złego — skarżył się Wei-hsin Yang — a dzisiejszej nocy biłem się jak lew. Zacóż teraz mam iść pomiędzy obcych, głodny, zbity jak pies i bez grosza? Cóż poczniemy? Milczeli przez jakiś czas. Wei-hsin Yang mięsił glinę w zaciskającej się mimowoli pięści, Yi-hang Mao oplótł dłońmi kolana i oparł na nich brodę. Po jakimś czasie podniósł głowę i patrząc w oczy Wei-hsin Yangowi, zaczął mówić: — Posłuchaj mnie, Wei-hsin Yang, mój bracie. Jesteśmy obaj pyłkami nic nie znaczącymi, żebrakami bez grosza i bez dachu nad głową. Tak chciał los. Do domu wracać nie możemy — to znaczy, że musimy iść w świat. Dokąd? Nie wiem, i ty też nie wiesz, bo świat jest wielki. Ale ja, którym pracował przez dwa lata w naszym sklepie wiejskim, słyszałem, iż jest na nim wiele wielkich i dziwnych miast, gdzie ludzie bogaci płacą nie kieszami, lecz srebrem a nawet złotem. Świat jest ogromnie bogaty, tylko że tacy wieśniacy jak my i nasi ojcowie, nic o tych bogactwach nie wiedzą. Pójdziemy zatem i będziemy szukali bogactw na świecie. — Dokąd pójdziemy? — Tam, dokąd nas zaprowadzą gościńce, rzeki życia ludzkiego — odpowiedział Yi-hang Mao. — Nie trzeba się bać świata. Niema w nim nic gorszego niż we własnym domu. Wei-hsin Yang patrzył przez chwilę na swego towarzysza. Yi-hang Mao zawsze miał dziwny wpływ na niego. Jeszcze w szkole, gdzie Wei—hsin Yang przez jakiś czas bezskutecznie próbował brać się za bary z wiedzą, okrągła, żółta twarzyczka Yi-hang Mao okraszona ciemnemi rumieńczykami i ożywiona łagodnemi, agatowemi oczami wywierała nieprzeparty urok na wszystkich. Yi-hang Mao umiał mówić tak rozumnie i słodko zarazem, że robił ze wszystkimi co chciał. Kto wie nawet, czy nie zostałby uczonym, gdyby nad szanowne księgi nie przekładał pracy w polu a także w sklepie wioskowego kupca. Sprytny, ruchliwy a zawsze wesoły i grzeczny, wszędzie musiał się wkręcić, wszystko wiedział, każdemu pomógł, za co też wszyscy go lubieli. A mimo to musiał teraz zmykać. Wei-hsin Yang patrzył na niego i rozmyślał. Rozumiał dobrze, że nic mądrzejszego od swego towarzysza nie wymyśli. Czuł też, że nie będzie mógł przecie spać w tym rowie a doprawdy nie wiedział w którą stronę się obrócić. Więc pokiwał głową a w końcu rzekł z rezygnacją: — Hao! (Dobrze!) Ty prowadź, ja idę za tobą. Yi-hang Mao usunął się ostrożnie w wodę, przebrnął przez rów na drugą stronę i poszedł wodą naprzód, ręką trzymając się brzegu. — Ten rów skręca ku „Kaczemu Gniazdu Rodziny Czau“, gdzie dalej jest dwór bogatej rodziny Czau. Polami możemy dojść do gościńca. Niedaleko gościńca jest mały cmentarz rodziny Czau, wysadzany starymi, czarnymi świerkami. Tam wypoczniemy i poczekamy do wieczora. Teraz deszcz pada, w polach nikogo niema. Stróże „Towarzystwa Strzegącego Plonów“ nie pilnują pól bogatego dzierżawcy. O zmroku jeden z nas wyjdzie z cmentarza w pole i przyniesie co tam znajdzie do zjedzenia. A kiedy noc zapadnie — pójdziemy. — Dokąd? — spytał Wei-hsin Yang. — Na północ! — odpowiedział z wiarą mały, żwawy Yi-hang Mao.
III.
Wyspawszy się pod ochroną starych, obrosłych mchem świerków na miękiej darni, którą obłożone były mogiły, chłopcy zrobili o zmroku wycieczkę w pola, gdzie udało im się zdobyć sporo rzepy i trochę owoców. Część zjedli, a część schowali na drogę, poczem z zapadnięciem wieczoru skierowali się ku gościńcowi i ruszyli na północ. Podróż nie była łatwa. Po dniu deszczowym gościniec wyjeżdżony a nienaprawiany od setek lat, zmienił się w błotniste koryto, przerywane długiemi kałużami stojącej wody. Gdzie grunt leżał niżej, tam gościniec ociekał wodą, szumiące strumienie rzucając na pola. W niektórych miejscach trzeba było brodzić po pas, gdzieindziej znów stopy grzęzły w świeżo naniesionym mule, a czasem zapadały się nagle i wędrowcy tarzali się w wodzie lub w błocie. Niemniej szli powoli, lecz uparcie naprzód. Czasem wędrowali jak wąwozem wśród wałów ziemnych którymi wieśniacy odcinali grunta swe od ciasnego gościńca, chcąc w ten sposób wozom przeszkodzić w zajeżdżaniu swych pól. To znowu widzieli z gościńca nieregularne, ciemne zarysy wałów, wśród których niewygodnie zduszone tłumiły się kamienne domy lub gliniane chaty wiejskie. Przemoczeni, zasłuchani w szumiący nieustannie deszcz, z tęsknotą myśleli o ciepłych kangach (kang — coś w rodzaju przypiecka opalanego z wewnątrz) i z przerażeniem zrozumieli naraz, iż w całym tym szerokim i dalekim świecie niema chaty, w którejby na „kangu“ należało się im suche i ciepłe miejsce. Zrozpaczeni, podnieceni przejściami ostatniej doby, nie wiedząc nawet co robią i czy dobrze robią, szli wciąż naprzód, czując, jak coraz bardziej cięży im przemokłe odzienie. W ten sposób odsadzali się dalej i dalej od wsi rodzinnej, nocą, nie widziani przez nikogo, nawet przez psy, które, nie chcąc opuszczać dla nich suchych kątów, obszczekiwały ich tylko zdaleka. O północy zaczął padać deszcz tak ulewny, że dalej nie można było iść. Odszukawszy w ciemnościach jakiś daszek i względnie suche miejsce pod nim, chłopcy usiedli, zjedli resztki rzepy i owoców i drżąc w przemokłem odzieniu, usnęli. Na szczęście nad ranem zbudził ich dotkliwy chłód. Chcąc mu się obronić, puścili się w dalszą drogę i nie zatrzymując się, szli do południa. Wówczas zatrzymali się w przydrożnej, niepozornej wiosczynie i za kilka keszów, które Yi-hang Mao chował w zanadrzu, udało im się od ubogiego wieśniaka kupić kociołek kaszy jaglanej. Popiwszy ją gorącą wodą, spali na „kangu“ do wieczora, a potem udali się w dalszą drogę, powiadając się pielgrzymami, dążącymi do Wielkiej Góry dla wymodlenia tam zdrowia chorzejącemu ojcu. Wprawdzie sami nie wiedzieli, gdzie ta Wielka Góra się znajduje, ale prości wieśniacy, nie więcej od nich w geografji biegli, nie powątpiewali o prawdzie ich słów. Rozumie się, że Yi-hang Mao przedstawiał Wei-hsin Yanga jako swego brata. Rozpoczęła się długa, pełna przygód wędrówka. Czas był zmienny, bywało, że świeciło słońce, jednakże częściej padał deszcz — czemu zresztą, wieśniacy po długiej posusze byli radzi, zbliżały się żniwa, więc nieraz chłopców zatrzymywano, namawiając ich, aby się najęli jako robotnicy lub stróże nocni w „Towarzystwie Strzeżenia Zbiorów“. Wei-hsin Yang, przywykły do pracy w polu, chętnie-by się był na to zgodził, ale towarzysz jego nie chciał przystać żadną miarą, a tylko parł wciąż na północ, dalej i dalej, jakby ciągnięty jakąś niezwyciężoną siłą. — Jeżeli wygnano mnie ze „Wsi Dobrotliwego i Kochającego Urzędnika“, nie będę młócił ani orał we „Wsi Czterdziestej Mili“ lub we „Wsi Grzebienia o pięciu zębach“. Tak mówił Yi-hang Mao, tłómacząc swemu towarzyszowi, że wrócić do wsi rodzinnej i do domu będzie mógł tylko wówczas, kiedy zdobędzie dość pieniędzy na przebłaganie urzędników „yamenu“ i rodzin zabitych w boju. — Srebro i złoto jest w miastach i tam tylko można je znaleźć — marzył głośno, idąc niestrudzenie naprzód. — Ludzie tu dręczą się, pracują, jak pociągowe bydlęta, nie znając innej rozkoszy, prócz napełnienia brzucha i odpoczynku. Gdyby nas nie wygnali, bylibyśmy jak oni. Stało się. poszukajmyż sobie teraz lepszej doli. Zatrzymywali się po drodze na dzień, na dwa, by pomódz czasem w robocie, odpocząć pod dachem i pokrzepić się ciepłą strawą. Ale częściej kradli w polu żywność, co im, jako wieśniakom, doskonale znającym życie wiejskie, przychodziło bez większego trudu. Nocowali na małych cmentarzach wśród pól, pod osłoną starych, szumiących z cicha sosen lub świerków. Przywykli do włóczęgi i do płynnej ludności gościńców. Czasem stali obok dwukołowego, trzęsącego wozu, rozmawiając z rubasznym woźnicą, który opowiadał im najsprośniejsze historje o wszystkich kobietach we wsi. Kilka dni spędzili w towarzystwie uprzejmego a wymownego wioskowego opowiadacza bajek, zaprzyjaźnili się z wędrownym kowalem, usłużnie nadskakiwali podróżującemu kupcowi, wycyganiając, jak się tylko dało, datki lub żywność. Raz przyłączyli się do wędrownych aktorów i dzięki im dotarli do wsi, która zaprosiwszy artystów na przedstawienie, musiała oczywiście uledz najazdowi dalekich a nieraz nieznanych krewnych. Według zwyczaju, kto tylko żył w okolicy, zjeżdżał do wsi, napraszając się w gości. Zwyczaj nie pozwalał odmawiać, więc wnet obcy zapełnili wszystkie kąty, objadając gospodarzy z właściwą Chińczykom żarłocznością, a także okradając ich bezwstydnie. Dla Wei-hsin Yanga i Yi-hang Mao były to piękne dni wielkiej i tłustej sytości, dni, które im na długo utkwiły w pamięci. Zdarły się ich ciżmy i onuce, ale przywykli już nóg nie oszczędzać. Tani chleb gościńca przypadł im do smaku, więc wolni i wciąż dążący do dalekich, a nieznanych celów, nieledwie z pogardą patrzyli na ludzi pracujących w polu. Po prawej i lewej stronie drogi w prosie, w zbożu czy wśród zagonów jarzyn, szaro-błękitne chmury chwiały się, kiwały i wymachiwały ramionami, jak krzaki, poruszane wiatrem. Zaiste, możnaby pomyśleć, że pracownicy ci wrośli w ziemię. Tak zwolna zmienił się Wei-hsin Yang w zawodowego włóczęgę. Ogorzały i przywykły do niewygód, zmężniał i stał się śmiałym, a nawet zuchwałym. Nauczył się, wraz z podobnymi sobie przypadkowo spotkanymi młodzieńcami, zapraszać się na wesela i uroczystości rodzinne, gdzie nikt niczego nie śmiał im odmówić. Raz, dowiedziawszy się, iż w pewnej wsi umarł jakiś Wang, w jedynastu udali się do jego spadkobierców i podawszy się wszyscy za Wangów, niby krewnych zmarłego, nie tylko kazali się zaprosić na stypę, ale jeszcze zażądali wynagrodzenia za odstąpienie pretensji do spadku po zmarłym. Nie obeszło się bez bitki i awantury, w której dwóch „krewnych“ nieboszczyka legło z rozbitemi czaszkami. Mało to dotknęło Wei-hsin Yanga i Yi-hang Mao, którzy nie tylko nie bronili zbyt natarczywych „spadkobierców“, ale pozostawiwszy ich własnemu losowi, uciekli, unosząc z sobą parę kurtek, pasów i innych drobiazgów, z których co gorsze wymienili na przyzwoite ciżmy i białe onuce. Zdumiewające było nieskończone morze wsi, wśród których prawie zupełnie nie widziało się miast. Nieraz o uszy Wei-hsin Yanga i Yi-hang Mao obijały się nazwy miast, wspaniałe, pysznie brzmiące i obiecujące wielkie jakieś i nadzwyczajne widoki i pałace, a gdy wędrowcy zbliżyli się do nich, znajdowali wsie, nieco tylko większe od widzianych już po drodze, otoczone rozpadającym się, nieraz popękanym żółtym wałem glinianym, z poza którego wyglądały dachy, kryte gąbczastą, szarą dachówką. I wszędzie było to samo — dzieci zakutane w grube szare ubrania z obwisłemi szarawarami uganiały koło domów lub skrzętnie zbierały chrust i wszystko, co można było spalić, siedzący przed domami na podmurowaniu kupcy wprawnemi dłońmi nanizywali kesze na sznurki, nosiwody kręcili się z wiadrami lub potrącali się i kłócili przy studniach, dzwoniły młoty w a tu i ówdzie widać było wyciągniętego na ziemi pod murem spracowanego robotnika, koło którego stał zharowany, drzemiący muł. Czuło się, że te wszystkie sadyby przypięte są tylko do pól, uprawionych starannie, omaszczonych rozrzuconym w szachownicę nawozem, przetrząsanych pracowitemi dłońmi ludzkiemi i lśniących srebrnemi niteczkami sieci cicho szemrzących kanałów. Yi-hang Mao zwijał się między ludźmi tak, jakby wśród nich czegoś szukał. Jego zawsze pełne i okrągłe policzki, ogorzałe teraz i kwitnące ciemnym rumieńcem, świeciły uprzejmym uśmiechem, z za pięknie wyciętych, koralowych ust połyskiwały równe, białe zęby, oczy agatowe rozpływały się w uprzejmości. Nikt chętniej od niego nie pomógł i nie usłużył, nikt łatwiej nie zdobywał sobie życzliwości ludzkiej. Ale Yi-hang Mao, jeśli — jak przystało na nieokrzesanego wieśniaka — korzył się przed uczonymi, szczególnie zabiegał o łaski urzędników a już zwłaszcza czcił bogatych, tłustych i poważnych kupców dla których zawsze zdolny był choćby i do najniższych usług. Wei-hsin Yang niejednokrotnie dziwił się, o czem tak wielcy, mądrzy i wspaniali panowie mogą rozmawiać z Yi-hang Mao, nie pojmował, jak ten prostak śmie zadawać im pytania. Czasami przysłuchując się rozmowie, miarkował, że towarzysz jego rozpytuje o dalekie, nadmorskie miasta i czem one handlują i jacy są w nich sławni a bogaci kupcy. W głowie mu się od tych rozlicznych mądrości i rad był, że jeśli one były dla zdobycia pieniędzy potrzebne — nie on, lecz Yi-hang Mao nabija sobie niemi głowę. Jakoś w jesieni podróżowali przez kilka dni z bogatym kupcem, który jechał własnym wozem zaprzężonym w tłustego, mocnego konika. Yi-hang Mao tańczył koło tłuściocha i nadskakiwał mu, jak nikomu jeszcze — a kupiec w czarnej sukni z ciężkiego, grubego i mocnego jedwabiu, opinającego mu się na brzuchu, łaskawie raczył przyjmować te wszystkie oznaki uwielbiania. Wei-hsin Yang, choć sam na kupca nie zwracał uwagi, na usłużności swego towarzysza nie wychodził źle — bogaty pan obu ich karmił, spoglądał na nich jednak z tak pogardliwą wyniosłością, że Wei-hsin Yang, który zhardział na swobodzie, wolałby był raczej datków od niego nie brać, a nie potrzebować mu się kłaniać. Aż oto pewnego dnia stanęli nad brzegiem szerokiego, głębokiego strumienia. Mostu ani brodu nie było, podróżni musieli przeprawiać się promem, co odbywało się z właściwym przy takich sposobnościach hałasem, zgiełkiem, klątwami i kłótniami. Kiedy bogaty kupiec pojawił się na swym wózku nad brzegiem, prom był do połowy zapełniony. Trzeba się było naprzód targować z przewoźnikiem, który zaczął od oświadczenia, iż prom jego na przewiezienie wozu tak wielkiego i konia tak potężnego nie nadaje się. Obiecywał, że może za dwa tygodnie będzie mógł spróbować, jeśli mu do tego czasu sporządzą prom nowy. Po półgodzinnych targach zmiękł trochę, choć nie przestawał twierdzić, że jeśli wóz z koniem weźmie na prom, to uczyni to z niebezpieczeństwem życia swego i wszystkich podróżnych. Nastąpiła ceremonja ładowania wozu i konia na prom, przysunięty jak najbliżej brzegu. Ze czterdziestu półnagich, ogorzałych „kuli“ zbiegło się i oblepiło żółtemi ciałami wóz. Szarpali go i tarmosili wśród nieustannego wycia i rytmicznych okrzyków, padali na ziemię ze zmęczenia i pławiąc się w pocie znowu zabierali się do pracy. Wei-hsin Yang, patrząc na to, dusił się ze śmiechu. Rozumiał dobrze, że „kulisi“ chcąc wyzyskać bogatego kupca, udawali, iż przeciągnięcie wozu na prom jest ponad ich siły. Wóz był istotnie ciężki, ale czterech ludzi mogło go ruszyć z łatwością. Tu czterdziestu szarpało się z nim nadaremnie. W pewnej chwili, kiedy „kulisi“ wrzeszcząc i zalani potem znowu padli wyczerpani na ziemię, Wei-hsin Yangowi przyszło na myśl, aby im wypłatać figla. Zbliżywszy się niepostrzeżenie do wozu, stanął między dyszlami, uniósł je, szarpnął i w jednej chwili znalazł się z wozem na promie. Rozległ się krzyk i śmiech. Śmiali się podróżni na promie, śmiali, się też serdecznie niektórzy kulisi. Inni oburzeni, protestowali, twierdząc, że to jest niegodne oszustwo i że tego wozu czterdziestu ludzi z miejsca ruszyć nie może. Nie mniej kłopotów było z koniem. Napróżno gromada ludzi oplątała go sobą i bijąc i krzycząc chciała zmusić do skoku na prom — zwierzę uparło się i nie chciało zrobić ani kroku naprzód. Kilkunastu półnagich wrzeszczących szatanów z głowami obwiązanemi łachmanami, ceglastych w świetle zachodzącego słońca, ciągnęło konia za głowę, nogi i ogon, wreszcie próbowało podnieść go na drągach — koń ogłupiały i oszołomiony krzykiem nie ustępował. Któryś z kulisów zdobył się na podstęp. Zdjął pas i zawiązawszy go koniowi na oczach, oprowadzał go w kółku, tak, aby zwierzę nie wiedziało gdzie jest, a podprowadziwszy je chytrze ku promowi, chciał je nagłem uderzeniem zmusić do skoku — nadaremno! Zwierzę wbijało w ziemię wszystkie cztery nogi i choć skóra drżała na niem od nieustannego bicia, nie udało się do skoku nakłonić. Tu znów popisał się Yi-hang Mao. Przystąpiwszy do konia poklepał go po mokrym od potu karku, pogłaskał, przemówił do niego czułemi słowy i bez żadnych wysiłków wprowadził go na prom. Zanim przeniesiono na prom rzeczy i tobołki innych podróżnych, upłynęło sporo wody, czasu i przebrzmiało wiele klątw i krzyków „kulisów“, pokazujących, jak nadludzko pracują. Wei-hsin Yang zmęczony hałasem i całodzienną podróżą, usiadł na brzegu promu i wpatrzywszy się w wodę, migocącą purpurą, myślał, jak cicho żyło się w dalekiej „Wsi wego i Kochającego Urzędnika“. Zaś Yi-hang Mao rozmawiał o czemś z kupcem, to znaczy, gnąc się w bezustannych pokłonach słuchał tego, co mu kupiec mówił z miną pełną wyniosłej łaskawości. Wylądowanie na drugim brzegu poszło już znacznie gładziej. Ale tu nastąpiło też coś, czego się Wei-hsin Yang zupełnie nie spodziewał. Oto uprzejmy i tak dobry Yi-hang Mao przystąpił do niego i rzekł: — Wielce łaskawy i czcigodny pan mój Czi-Fang, widząc skwapliwą uprzejmość, z jaką, o mój bracie, przeciągnąłeś wóz jego na prom, w darze daje ci ten sznur, liczący trzysta keszów, Wei-hsin Yang, bracie mój! Z wdzięcznem sercem przyjmij ten dar wspaniały, albowiem przyda ci się on bardzo w twej samotnej a dalekiej podróży na północ, gdzie obyś znalazł złoto tak liczne, jak żwir na wybrzeżu tej rzeki. Odemnie zaś przyjmij słowa miłości braterskiej i zapewnienia, że jak tylko będę mógł, dopomogę ci, o ile tego będziesz potrzebował. — A gdzież ty idziesz? — spytał zdziwiony Wei-hsin Yang. — Zostałem sługą dostojnego Czi-Fanga i idę, dokąd jego dostojność udać mi się za sobą rozkaże. O, Wei-hsin Yang! Świat, choć wydaje się wielkim, jest mały i nie obawiaj się, że zostaniesz sam. Me myśli i życzenia zawsze będą przy tobie. pewny jestem, że spotkamy się w lepszych czasach. — Opuszczasz mnie! — wyjąkał zaskoczony Wei-hsin Yang. — Bracie mój! Jesteśmy obaj obywatelami gościńca, żebrakami. Bieda moja obciąża barki twoje, twój głód trawi moje wnętrzności! Czyż nie będzie nam lżej, kiedy każdy będzie myślał tylko o sobie? Już biegnę, dostojny i łaskawy panie! — Czi-Fang mnie woła! — Już biegnę! Tak na brzegu nieznanej rzeki, w zmrokach zapadającej nocy Wei-hsin Yang pozostał sam.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Krwawa chmura.
