Front matter
Koniuszyc Brzeski
opowiadanie
przez
całość
Koniuszyc Brzeski
opowiadanie
przez
Kajetana Kraszewskiego.
LWÓW.
NAKŁADEM KSIĘGARNI
plac św. Ducha l. 10.
1875.
Władysławowi Milowiczowi
i
u
przyjacielską pamiątkę
przesyła
Autor.
Tyle już o księciu Karolu Radziwille, Panie kochanku, ludzie napisali, tyle opowiedzieli, a co więcej, na karb jego nakomponowali anegdot, iż zdawałoby się na prawdę, że ciekawa ta postać doskonale i wszechstronnie przestudjowaną jest i poznaną. Tymczasem rzecz się ma wcale przeciwnie; najprzód do dzisiejszego dnia rozmaici autorowie i poważni badacze różnie go osądzają, a co więcej, wielu nawet opierając się na jednostronnem zdaniu niektórych współczesnych, a niechętnych księciu Wojewodzie autorów, mają go za dumnego nieuka lub gbura. Nie trzymając się nawet starego przysłowia: de mortuis aut bene, aut nihil, bo według dzisiejszego nowego sposobu, jakim nas uczą na świat się zapatrywać, i to nawet zacne przysłowie znajduje już przeciwników; gdybyśmy nawet, powiadamy, i tego przysłowia się nie trzymali — miło jest wszelako dorzucić choćby słowo na obronę prawdy i dobrej sławy człowieka. Otóż na szczęście znaliśmy jeszcze osobiście ludzi, którzy w blizkich byli nawet z księciem Wojewodą stosunkach, i śmiało możemy, że ci ze współczesnych, którzy księcia Wojewodę w niedobrem przedstawiają świetle, czynili to ze złej woli i niechęci, ci zaś, którzy za nimi zdanie to dziś powtarzają, na złe natrafili źródła i z żywej nie czerpali tradycji. Jeżeli książę Radziwiłł był nawet kiedy dumnym, zaiste miał z czego. Przypomnijmy sobie, że na on czas panowie, którzy historyczne i znakomite nosili imiona, w znacznej większości, do której i Wojewoda należał, czuli dobrze, do czego ich to nazwisko obowiązywało; wiedzieli, że ono nie do nich, lecz do narodu należy; pamiętajmy, że tradycje rodowe tak u szlachcica jak u pana były na on czas w najwyższem poszanowaniu. Mógł być więc ks. Radziwiłł dumnym z imienia, ale mógł też i z fortuny prawdziwie kolosalnej, która w owych czasach i mimo jego znanej hojności, przeszło 40 miljonów złotych rocznego dochodu przynosiła. Objaśniamy, mógł być dumnym właściwie nie z posiadania samego tej fortuny, boć ją z losu urodzenia trzymał, lecz ze środków, jakie ona hojności jego na rzecz kraju i współobywateli podawała, a tem samem z potęgi, jaką mu drogą w dzię- czności za hojność i pomoc i drogą miłości całej szlachty litewskiej zapewniała. On to istotnie królował na Litwie, i miał niejaką słuszność, gdy powiedział kiedyś: „ z tą myślą stanął też na miejscowej bramie napis: Restauratum anno Domini 1788 Dominante principe Carolo II. Że nie był nieukiem, jak go chcą niektórzy autorowie wystawić, pomijając już tysiączne ustne znane nam tradycje, najlepszym dowodem są listy jego, znajdujące się w archiwum Nieświeskiem z czasów młodzieńczych do rodziców, w których prócz kilku języków, w jakich są pisane, spotykamy relacje pobieranych nauk. Wypadki ówczesne, dobrowolne księcia tułactwo, doprowadzone do ostateczności jedynie w stałem i niezłomnem postanowieniu dotrwania do końca w raz powziętem zdaniu i przedsięwzięciu, dostatecznie żelazny jego charakter malują. Miliony zaś, które sypał wówczas, pro publico bono, niezaprzeczone a wymowne hojności jego dają świadectwo. Mając też książę Wojewoda przyjaciół i wiernych sług nie mało, i ich też nagradzać umiał, a wspomagać prawdziwie po Radziwiłłowsku. Wypadki krajowe i mnóstwo osób do otoczenia księcia należących, jako też ich wzajemne stosunki, nie raz od wpływu jego zależne, czyniły częstokroć z księcia Wojewody, prawdziwego, rzec by można powieścio-twórcę, w czynie. Jeden to z takich wypadków mamy zamiar opowiedzieć; komponować go nie potrzebujemy wcale — sam wypadek, jako też i osoby i szczegóły są prawdziwe i ściśle historyczne. Rzecz tę podały nam usta, które ongi, jeszcze i nieraz, z jednego kielicha z księciem Wojewodą piły — i które opowiadać umiały. Niestety — gdzież się dzisiaj podział ów talent niezrównany, z jakim nasi dawni staruszkowie opowiadać umieli? — kto dziś tak gawędzić potrafi — gdy nam ich nie stało? Starajmyż się choć nieudolnem piórem, o ile możemy, opowiadania ich od niepamięci zachować. W tym celu podajemy tu narrację o sławnej, złotej Radziwiłłowskiej kolasie, która los koniuszyca Brzeskiego i rodziny jego zapewniła.
I.
Już od kilku miesięcy znaglony wypadkami krajowemi, książę Karol Radziwiłł, bawił na zamku Bialskim; a było to w 1769 roku. Konfederacja zawiązana w Barze, przez Starostę Wareckiego i Podkomorzego Różańskiego, uważała się niejako za reasumowaną konfederację Radomską, eo ipso uznawała też księcia Karola za aktualnego swego marszałka — dla tego książę lubo na ten czas siedział w kraju i był swobodny — strzeżono go niejako w Białej, mając ciągle na oku; pałac też, mimo obecności jego, nie zdawał się być wielce ożywionym. Żadnych balów, wystaw ani zabaw nie było; dwór lubo dość liczny, nie stanowił jednak jak małą cząstkę zwykłego otoczenia księcia w Nieświeżu. Z głównych osób składali go: marszałek dworu IMPan Michał Klimaszewski, Józef Kamiński i Michał Skirmunt dworzanie, IMPan Tomasz Wieczorzyński sekretarz podręczny księcia, gdyż IMPan Mikuć zostawał naówczas w Nieświeżu — Bukowski szatny. Z niższej służby: Ignacy Kuczyński pokojowy, Rusiecki Rubkiewicz kuch- mistrz, faworyt księcia, i inni, przybyli z Wojewodą z Nieświeża. Nie liczymy tu wprawdzie siła przyjaciół księcia, co się bezustannie pomiędzy Białą a Nieświeżem uwijali — ale zawsze jednak cicho jakoś a skromnie. Okolica też nadziwić się nie mogła, gdyż znając magnificencję Wojewody, widziała się zupełnie zawiedzioną. Wkrótce jednak ten i ów szepnął na ucho słowo jakieś tajemnicze i dziwić się przestano. Książę bowiem wygnany jakoby z Nieświeża, gdzie mu i załogę rozbrojono, gdy w kraju rozwijać się już poczęła konfederacja, sprzyjając jej całą duszą — a stojąc przeto w opozycji dworu i mając pewne zamiary, nie chciał się przed czasem na prześladowanie wystawiać. Rozsełał on swoich przyjaciół i dworzan na różne strony, krzątano się po cichu i formowano właśnie w wielkiej tajemnicy ów oddział z sześciuset ludzi, który książę w nieszczęśliwe ręce Bierzyńskiego miał powierzyć. Jednego z pierwszych dni czerwca, książę znajdował się właśnie w narożnym okrągłym, pysznie sklepionym gabinecie, sam jeden siedział na obszernym fotelu, obitym włosiennicą w szerokie czar- ne z czerwonym pasy, w lekkim tylko jedwabnym żupanie — a oparłszy się na poręczy, w zamyśleniu utopił wzrok dość ponury w otwarte okno, zkąd widok na dalekie rozciągał się równiny. Zapukano lekko do drzwi gabinetu. — Kto tam? spytał książę. — Skirmunt. Odpowiedziano. — Proszę, rzekł książę znowu, a gdy wszedł dworzanin, dodał: Cóż mi tam, panie kochanku, przynosisz? — Szlachcic jakiś, rzekł Skirmunt, chce się Waszej książęcej Mości submitować. — Co za szlachcic? spytał kwaśno Wojewoda. — Mówi, że się nazywa Paszkowski, z Brzeskiego. — Paszkowski?! hm — jaki panie kochanku? siwy, szłuszny — stary, co? — Tak jest, proszę Księcia — zapewne ten sam. Aha! to stary Koniuszy Brzeski — Lanckoroński — Lanckoroński, Paszkowski. Znam, panie kochanku — proś Waszmość — niech tu przyjdzie. Dworzanin wyszedł. Po chwili dały się słyszeć kroki w wielkiej obok położonej sali i we drzwiach ukazał się, właśnie taki jak go opisał Książę, z białym, długiem obwiesistym wąsem mężczyzna, lat przeszło 70ciu, który gdy się do kolan dostojnego gospodarza kłaniał rzekł Wojewoda. — Jak się miewasz panie Koniuszy — witam asindzieja. No, — cóż mi tam za nowiny, przywozisz? — Nowin, proszę Waszej ks. Mość, tak dalece żadnych; ale ja tu do łaski Jaśnie Wielmożnego Wojewody... Tu wstrzymał się i zawahał stary Koniuszy Brzeski. — No, no — gadaj Waść, panie kochanku, chociaż, jeśli do łaski, toś panie bracie, uczciwszy uszy, kiepsko trafił. Bo to, panie kochanku, teraz takie czasy — że tylko patrz, a niezadługo i Radziwiłł gdzieś łaskawego chleba prosić będzie. — Wolne żarty, Waszej ks. Mości, daleko to jeszcze do tego, odrzekł prostując się nieco stary Koniuszy — ale ja to do łaski W. ks. Mości, przychodzę z tem co się mnie i J. W. Wojewodzie — i krajowi przydać może. Chciałbym oto — parę silnych rąk i z dobrym ani- muszem, pro publico bono ofiarować do regimentu Waszej ks. Mości. — Jak to? — zawołał Wojewoda zdziwiony, chciałbyś acan, panie kochanku, zaciągnąć się do służby? — w tym wieku! — Ja to, proszę Waszej ks. Mości, sam już teraz nie zdużam, chociaż to jeszcze przed czterma laty miałem szczęście towarzyszyć JWielmożnemu Wojewodzie, ale teraz przywiodłem mego syna i submituję go u nóg JW Pana. — Bene — panie kochanku, zobaczymy kawalera, a spodziewam się, że syn asindzieja od ojca się nie odrodzi. Tu Książę sięgnął po dzwonek na małym stoliczku koło niego stojący. — Panie Kuczyński — rzekł do wchodzącego dworzanina — prosić mi tu Marszałka. W kilka chwil zjawił się pan Klimaszewski. A była to na dworze Księcia figura niepoślednia; bo chociaż wzrostem nie najwyższy, personat był, i to miał osobliwsze, że przy włosach i wąsach jasnych i siwizną przyprószonych, oczy mu świeciły czarne a bystro i przenikliwie. Nosił się zawsze dostatnio i prawie okazale, a co do charakteru, to go nikt odgadnąć nie potrafił. Był bowiem i jovialis nie rzadko i statysta przytem wielki. Lubił go też książę Wojewoda, gdyż często kiedy nikt nie śmiał gęby otworzyć, zwłaszcza post fata Imci pana Wołodkowicza, lub pod niebytność Imci pana Komornika Słonimskiego, Leona Borowskiego, to pan Klimaszewski i swoje powiedział i pana nie rozgniewał i radę dobrą podać potrafił — i w potrzebie wreszcie milczał jak kameduła, że nikt od niego nic wyciągnąć nie mógł. W delikatnej zaś materji zaczepiony, tak potrafił rzecz obrócić, że interlokutora facecjami w pole wywiódł, aby mu nic nie powiedzieć, a pan Marszałek i wszystko wiedział i wszystko słyszał, ba — i przewąchał nieraz dokumentnie, co się gdzie święcić miało. Owoż, gdy się Imci pan Klimaszewski pojawił, a minę jakąś osobliwszą udał, wnet się Książę uśmiechnął wesoło i rzekł: — Polecam Waści, panie kochanku, Imci pana Koniuszego Brzeskiego, abyś go Waszmość przyjął i ugościł, jak się patrzy, a i o synu jego też pamiętać proszę. To mówiąc Książę z krzesła się podniósł i podał uprzejmie rękę gościowi, który skło- niwszy się wychodził już z marszałkiem, lecz Wojewoda dodał jeszcze głośno: — A na wieczerzę proszę Waszmości, panie Koniuszy. Za czem Wojewoda wyszedł do sali, gdzie przybyłych z Litwy gości IMpanów Piotra Mirskiego, Oboźnego Bracławskiego, i Antoniego Chomińskiego, Stolnika Oszmiańskiego, przybyłych co właśnie z województwa wileńskiego, których tymczasowo konwersacją zabawiał Impan Skirmunt — powitał. Miasto Biała, dawna, a w końcu zeszłego wieku ciągle prawie zamieszkała, możnych książąt Radziwiłłów siedziba, lubo wśród obszernych równin i lasów położona, jadącemu wszelako od Brześcia Litewskiego, dość się w owym czasie wspaniale przedstawiała. Po lewej stronie grobli do miasta wiodącej, wznosił się wałami otoczony, obszerny, a cudnej prawie struktury zamek, z narożnemi wieżami i galerjami per modum kwadratu zbudowany, z za których murów przeglądała wieża wielkiej wjazdowej bramy, gdzie były też karceresy i więzienia, w których ut fama fert J. O. książę Chorąży, stryj księcia Karola, siła ludzi zamykał, a nie jednego i zkwasił. Dalej wznoszą się wierzchołki fary i kościoła OO. Bazyljanów, a z prawej strony od samego przyjazdu, bieleją obszerne mury i zabudowania klasztoru Reformatów, jeszcze przez ks. Michała Kaźmierza Radziwiłła, szwagra króla Jana III-go w roku 1671ym erygowanego. Tegoż samego dnia, w którym właśnie księciu Wojewodzie przedstawił się IMpan Koniuszy Brzeski, równo z zachodem słońca, gdy już u Reformatów na Angelus przedzwoniono, a brat Antoni, mrucząc pacierze, brał się do zamykania furty klasztornej, zajechała przed nią bryka parokonna. W bryce, siedziało dwóch kapucynów; starszy nieco otyły, wygramoliwszy się ciężko, pozostawiając towarzysza w miejscu, postąpił ku bramie. — Laudetur — In secula — odpowiedział furtjan — a kłaniając się nizko dodał: Upadam do nóg Wielebnego Ojca prowincjała, proszę zajeżdżać, ja zaraz bramę otworzę. Wkrótce też zamknęła się furta i brama za nowoprzybyłymi. Znalazłszy się w obszernym klasztornym dziedzińcu, parobczak powożący bryką, obznajomiony widać z miejscowością, zjechał na lewo nieco ku stajniom i konie zatrzymał. Tu drugi kapucyn, towarzysz prowincjała, mimo cale okazałej postawy, wyskoczył z bryki lekko, a obciągając ciężki habit, żywo i poprawiając paska, rzekł dosyć głośno do zbliżającego się prowincjała, za którym też i furtjan podążał suwając nogami: — Niech trzysta djabłów porwie taką drogę! Głos, postawa, i to przemówienie przybyłego niepasujące jakoś z kapucyńskim habitem, zwróciły uwagę starego nawet furtjana, który stanął z wpółotwartemi ustami, wlepiwszy w niego zdziwione oczy. — No, no, przerwał żywo prowincjał, ruszając lekko ramionami i robiąc do towarzysza znaczącą minę — zbieraj się Jegomość, pójdziemy na górę. Jakoż, postąpili ku drzwiom bocznym na kurytarz, gdzie szerokie i wygodne wschody na górnem wyjściu, prowadziły wprost właśnie do celi ojca gwardjana. Pierwsza ta cela rogowa obszerną była i widną. Z prawej strony drzwi wchodowych zdobił ją staroświecki zielony piec kaflowy, w przeciwległej ścianie jedno okno od rogu wychodziło na ogród, łąkę i olszynkę do terytorjum klasztornego należące, w lewej ścianie dwa okna dawały widok na dziedziniec, z prawej zaś obok dużej staroświeckiej szafy z jednego boku, a podobnegoż zegara z drugiego, wiodły drzwi do sypialni gwardjana. — Kto tam? dał się słyszeć donośny głos z drugiego pokoju. — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, przemówił prowincjał, postępując ku środkowi. — Na wieki — odpowiedziano — zaraz służę. Niebawem też wyszedł Ojciec Ludwik, gwardjan i gospodarz klasztoru. Był to mężczyzna niemałego wzrostu, dobrej tuszy lubo nie korpulent, z siwym włosem, mocno czerwony na twarzy, która chociaż rysów pospolitych, była wesołą i otwartą. — Reverendissime pater! wykrzyknął podchodząc i serdecznie witając prowincjała Kapucynów. Zkądże Pan Bóg prowadzi? a. o, o, to owo, widzę i z towarzyszem. — Przedstawiam Jegomości, odparł prowincjał, brata Franciszka, który do nas, do Lubartowa niedawno właśnie przybył. Chcieliśmy się Księciu Wojewodzie przedstawić, możeby z Reformackich resztek co i dla nas Kapucynów sakryfikował. — No, no, znowu! zaśmiał się gwardjan, Ichmość chcecie, to owo, pod nami dołki kopać jak widzę. Siadajcież Ojcowie, ja zaraz powrócę. To mówiąc gwardjan zdjął klucze z ćwieka, wbitego z boku szafy i wyszedł. Ledwie się za nim drzwi zamknęły, milczący kapucyn, towarzysz prowincjała zbliżył się do niego żywo. — Ojcze Prowincjale, rzekł, ja dziś koniecznie potrzebuję się widzieć z Wojewodą. — Zobaczymy jak się to da uskutecznić, ja pogadam z gwardjanera, ale ostrzegam, że Jegomość, dodał uśmiechając się, masz wielce niepowściągliwą gębę. Wtem nadszedł gwardjan, za nim zaś sługus klasztorny, rozczochrany, w obdartej kapocie i trepciach, niosąc spory gęsior zieleniaku i dwie świece, dalej jakby w procesji brat kanafarz z jakiemiś przekąskami; Ojciec Rafał definitor, baryłkowaty, niski, wiecznie głośno śmiejący się rubicundus et globosus — anegdot i facecji niewyczerpana skarbnica, i wreszcie ksiądz Kaznodzieja Daniel, jako przeciwieństwo definitora, i wbrew swemu urzędowi milczący jak ściana, który do kazania tylko lub na directe dane zapytanie zwykł był usta otwierać; stary już lecz nie siwy, chudy, słuszny, bladawy, nieco rysy księdza Skargi przypominający. Wnet ożywiły się cele gwardjana, wszczęła się rozmowa, w której wszelako najmniej nowoprzybyły kapucyn brat Franciszek partycypował. — Jakiż to głównie interes, Ojcze prowincjale, rzekł gwardjan, macie do Księcia Wojewody? — Rzecz nie wielka, odrzekł zapytany, chciałbym przystąpić do odnowienia naszego kościoła. — Ho, ho — to Jegomość nazywasz rzeczą nie wielką, przerwał śmiejąc się definitor; chcesz być Jegomość to pachnie herezją. Jegomość chyba widzę z dyssydentami trzymasz! Śmiech ogólny zawtórował konceptowi definitora, który trącił właśnie w najdotkliwszą na owe czasy strunę. — Śmiejcie się, śmiejcie — odparł niby serjo prowincjał, ciągnąc powoli nalany już przez gwardjana w lampkę zieleniaczek, to wy właśnie Reformaci z heretykami trzymać musicie, boć to przecie nie tajno co jest — Bądźcie spokojni, przerwał gwardjan, my nie mamy nic do czynienia z Toruńczykami. — Jakto? zaśmiał się prowincjał, wyrzekliście się i pierniczków? — In perpetuo, Ojcze kochany — tak, tak, to owo, zbrzydły nam od czasu owego pierniczka jaki pod figurą dyssydenckiego manifestu z Torunia przysłał stanom IMPan Goltz, Starosta Grudziązki, co go pono, to owo, i sam Król Jegomość strawić nie może. — Chociaż, dorzucił żywo milczący brat Franciszek, ma on ni fallor, bardzo strawny żołądek. — Consuetudo est altera natura, dodał śmiejąc się znów definitor, bo go też zbyt często trudnemi do strawienia specimenami okarmiają, pojawił się i teraz podobno jakiś wierszyk nowy, czy go też który z Ichmościów nie ma. — Jakiż to? spytano. — Protestacja Barska. Na to słowo uśmiechnął się nowoprzybyły brat Franciszek. — Mogę go Państwu przeczytać, rzekł, jeśli woli. — Prosimy — prosimy — zawołano. — Będę służył, dodał, ale spisywałem z pamięci, więc w nim nieco brakuje. To mówiąc, dobył z zanadrza kartkę, bujnym okrągłym charakterem pisaną, rozwinął, i potężnym głosem zaczął:
Protestacja Barska. —————— … … Czarta w prawie natury pierwsza była zdrada; Zaś w prawie Mojżeszowem tegoż czarta rada, Że pokusił żydostwo, aby czcili cielę, Za które bałwochalstwo, trupem padło wiele. W Polszcze też pierwsza zdrada czarta przeklętego: Zabił Adama Tarłę, męża tak wielkiego Potem kłócił narady, mięszał trybunały, Krzyż Potockich chciał zgromić jako czart zuchwały,
Na Tronie czcić rozkazał Ciołka narodowi Oddał kraj w posłuszeństwo swej siostry synowi, To dziwna, że gdy cielę głupie jest z natury, Zkąd dostało tak chytrej na siebie figury? Djabeł musiał na siebie wziąć postać cielęcia, Bo inaczej nam trudno wszystkim do pojęcia. Trafił się egzorcysta, Krasiński z Papieżem. Djabła z ciołka wyżenić Tureckiem przymierzem I jak wół na Jezusa ziębnącego chuchał, Tak ciołek bez Jezusa będzie w łapy dmuchał.
Po odczytaniu tego paszkwilu nastała chwila milczenia. Nie bardzo się on widać zgromadzeniu w ogóle podobał; mimo bowiem, iż wszyscy konfederacji sprzyjali, paszkwil był płaski i bez smaku, a wrodzone narodowe uczucie poszanowania dla osoby króla, nie godziło się z tak grubym konceptem. To też nad wszelki zwyczaj, pierwszy przerwał cichym, lecz poważnym i spokojnym głosem Ojciec Daniel kaznodzieja: — Nie piękny to wcale pamflet i autorowi bynajmniej sławy nie przynosi, boć przecie czytamy u Śgo Łukasza: Nolite judicare et non judicabimini, nolite condemnare et non condemnabimini, a cóż dopiero jeśli to tyczeć się ma samego pomazańca Bożego. — Nie pan Bóg go tam pewno — ale chyba sam djabeł nasmarował — dziegciem, — mruknął pod nosem młody kapucyn — szczęściem nie dosłyszano tego, bo wnet rzekł gwardjan: — Dobrze mówi Ojciec kaznodzieja, zawsze to owo — każdemu należny respekt zachować trzeba, nie jestem ja stronnikiem szczególnym króla Jegomości, boć toby o tem dużo gadać — a wszelako zapewne i on — to owo, musi mieć intencje uczciwe, robi co może... — Jakto! zawołał zrywając się z miejsca młodszy kapucyn — Tu prowincjał żywo zwróciwszy się, spojrzał mu bystro w oczy — a brat Franciszek kończąc znacznie zniżonym tonem, dodał: — Do trzechkroćsto tysięcy — tego — dukatów zjada na rok — i tyle pożytku!! Tak energiczna apostrofa młodego kapucyna zwróciła na niego uwagę towarzyszy, ksiądz Daniel rzucił okiem surowem i niedowierzają- cem, gwardjan z uśmiechem pewnego pobłażania jął mu się bliżej przyglądać, a definitor już usta do konceptu jakiegoś otwierał, gdy do celi wszedł dość szumnie i zamaszysto IMpan Klimaszewski. Tu dodać musimy, iż od dni kilku szanowny marszałek Księcia Wojewody co dzień prawie nad wieczór, spacerem przychodził odwiedzać gwardjana, co temu ostatniemu dawało nawet nieco do myślenia, ile że pierwszy, ścisłych z nim bardzo stosunków nie miewał. Nowoprzybyły wszedłszy zaledwie, lekko ścisnął rękę gospodarza i wnet zwrócił się do kapucynów, z którymi, a zwłaszcza z młodym bardzo się witał serdecznie — zwracając się zaś do reszty towarzystwa rzekł, wskazując brata Franciszka: — Niezmiernie szczęśliwy jestem, iż tak niespodziewanie spotykam tutaj właśnie — oto, dawnego mego znajomego. Rozmowa tedy wszczęła się znów ogólna o różnych posłuchach, wieściach i politycznych konjunkturach, a gdy już kaznodzieja i definitor do odejścia się gotowali, Pan marszałek zwrócił się do prowincjała: — Wiem — rzekł on — że obedjencja za- konna nie dozwoliłaby zapewne młodemu towarzyszowi księdza prowincjała dobrodzieja w obecności Jego swoją osobą rozrządzać, przeto upraszam o łaskawą indulgencją, abym mógł brata Franciszka zaprosić do siebie na zamek, bo ex titulo dawnej znajomości, miałbym z nim nie mało do pomówienia. — Bardzo dobrze — uśmiechając się, odrzekł prowincjał — może brat Franciszek nawet u Jegomości przenocować, ja jutro będę w zamku, to się ztamtąd zabierzemy. — Tandem — dorzucił marszałek, biorąc już za rogatywkę — życzymy szanownym Ojcom dobrej nocy. A zabierz bracie Franciszku swój węzełek z sobą, dodał zwracając się do młodego kapucyna. — Został na bryce — odparł brat Franciszek — ztamtąd go zabiorę. Zeszli na dół. Kapucyńska bryka stała przed stajnią; młody zakonnik wyjął z niej spore zawiniątko, wziął pod ramię i postąpili ku furcie, która też się zaraz za nimi zamknęła. Była już noc dość ciemna, gdy się znaleźli na ulicy od klasztoru do zamku wiodącej. Zaledwie też odeszli kroków parę, gdy Klima- szewski zwrócił się do kapucyna i podając mu rękę, rzekł z cicha: — No chwała Bogu, że się Waszmość, panie Marszałku, do nas już dostałeś; bo to, dodał śmiejąc z cicha, gdybyś broń Boże popadł w ręce Królewskich, się Jegomość z pyszna. Nie lada to dla nich byłaby gratka — Bierzyński Marszałek Konfederacji Sieradzkiej — zadałeś im Waszmość fernepixu nie raz. — Już to prawdę rzekłszy, strojąc minę dość dumną, odrzekł Bierzyński, zalałem ja im za skórę, i dostając się tutaj z Rusi, parę razy nie wiele brakło, aby mię zchwytali, ale tu widzę i koło Białej Królewscy się kręcą. Pod Lubartowem nawet, tak dla mnie było krytyczne momentum nim się do klasztoru dostałem, że kilka godzin stać musiałem w polu przy owcach za pastucha przebrany. — Nie wiem, przerwał śmiejąc się Klimaszewski, jak się to Waszmości z Jego posturą udawało. — No — a udało się jednak. Tak rozmawiając, weszli do Zamku. W godzinę potem JMPan Marszałek Konfederacji Sieradzkiej suto i buńczuczno przestrojony po swojemu, znajdował się na poufnej z Księciem Wo- jewodą konferencji, i zgoła też na kapucyna a tem bardziej na pastucha teraz nie wyglądał. Był bowiem cale przystojny chłop, a lubo, jak powiadano, ab origine chudeusz, nosił się z pańska, i miał minę po temu. Konferencja trwała już dobre pół godziny, gdy w przyległej komnacie znajdujący się na rozkazy dworzanin Kamiński, usłyszał dzwonek Księcia Wojewody — wszedł więc pospiesznie. — Prosić mi tu pana marszałka, rzekł Książę. Niebawem stawił się i Klimaszewski. — Słuchaj Waść, panie kochanku, rzekł żywo, podchodząc Książę, trzeba kogoś pewnego jutro, summo mane wysłać z depeszą do Boćków, ale, panie kochanku, człowieka zaufanego i z determinacją — kogo Waszmość myślisz? bo i tam od JMPana Podczaszego spodziewam się relacji, którą mi przywieźć potrzeba. No, kogo Waszmość myślisz posłać, he? — Wasza Książęca Mość wie dobrze, odparł Marszałek, że w tej chwili właśnie kogośmy mieli z takich ludzi, to są na rozsyłkach, chybaby — może, oto — Skirmunt albo Kamiński. — Co?! panie kochanku! — zawołał z komicznie zafrasowaną miną Książę. Sfiksowałeś Waszmość, kpisz czy drogi pytasz? mam wszystkiego dwóch dworzan; wstyd powiedzieć, panie kochanku, z czemże się zostanę. — Wasza książęca Mość wie — podchwycił nieco zmieszany Klimaszewski — my tu teraz w Białej, nie to co w Nieświeżu, ludzi nie ma, szpiegami otoczeni na wszystkie strony. Chyba — dodał i wstrzymał się. — Chyba co? — rzekł żywo Książę. — Ja myślę — ciągnął powoli marszałek — możeby popróbować wysłać tego młodego Paszkowskiego, wydaje mi się chłopak sprawny. — Nie zapominaj Waszmość — panie kochanku, że tu potrzeba człowieka wytrawnego, ba, i zaufanego, a to — no, nie znamy go przecie. — Ale z oczu mu patrzy dobrze, proszę Waszej Książęcej Mości. — Zaręczysz mi panie kochanku za niego. — No — to trudno, ale stary prosił mię właśnie, abym przy zdarzonej okazji starał się go użyć i ręczy za niego. — O! o! ręczy — wielka mi racja, panie kochanku, każda liszka swój ogon chwali — ale wszelako, to dobra krew, kto wie, panie kochanku, możnaby popróbować. Każ go Waszmość zawołać, muszę mu zajrzeć w oczy. Niebawem stawił się młody Paszkowski. Był to młodzian dorodny, co się zowie, więcej niż średniego wzrostu, blądyn, czoło pogodne, duże niebieskie oko, wąs jak na wiek młody, bujny i spuścisty, postawa śmiała, zgoła cale piękny, że mimowoli serce ku sobie pociągał. Książę chwilę na niego popatrzywszy — rzekł raptem: — Jak Waszmości na imię? — Karol, proszę W. Książęcej Mości. — Karol?! — zawołał Książę — Karol! Dalipan, panie kochanku, bardzo piękne imię. Hm, pamiętajże Waszmość, że od czasów nieboszczyka Noego, bo jak tam przed nim było, tego ja nie wiem; tandem, od czasów Noego, któremu na drugie było też Karol, co wiem dokumentnie, bo jego cyfra stoi na owej butelce wina, co mi panie kochanku ten utrapiony Krzyski ofiarował, owoż, od owego czasu jeszcze żaden Karol kpem nie był, uważasz Waszmość panie kochanku, a Karole wielcy byli. No, ale teraz, dodał Książę, ruszając ramionami, i zwracając się do obecnych, takie panie kochanku czasy, że i tej katastrofy spodziewać się można, iż jaki Karol gotów i kpem zostać. Otóż, ciągnął Książę, kiwając palcem, pamiętaj Waszmość, abyś Ty przynajmniej imienia tego nie zplamił. Rozumiesz? — Rozumiem, proszę WKsiążęcej Mości, odrzekł śmiało Paszkowski, i spodziewam się, że ani tego imienia, ani klejnotów, com wziął po przodkach moich, nie splamię. — Bardzo pięknie, to się Waszmość chwali panie kochanku, dajesz że mi na to słowo na uczciwość szlachecką? — Daję, proszę WKsiążęcej Mości. — No, jeśli tak, to pamiętaj Waszmość, że oto los własny trzymasz w swojem ręku. Dam ci polecenie, w którem, jeśli mi się dobrze, panie kochanku sprawisz, to ja jakem Radziwiłł, o Waszmości pamiętać będę. Ale uważaj, że to piwo nie przelewki, pojedziesz do Boćków, oddasz pismo i drugie mi tu ztamtąd przywieziesz; ale zważ, że Branicczuki się kręcą; mogą cię panie kochanku złapać, trzeba się nie dać, mogą rewidować, trzeba umieć zachować pa- pier, aby go nie znaleziono. No, panie kochanka, gdzie go Waszmość schowasz? — Niech książęca Mość daruje, odrzekł śmiało Paszkowski, co do schowania, to tak na razie powiedzieć nie mogę. Jużem to doświadczył, że najlepszy koncept dopiero w potrzebie przychodzi. — Niechże i tak będzie, panie kochanku, oto masz pismo, rzekł Książę, biorąc papier ze stołu, a jutro, ruszaj z Bogiem. Już było blizko północy, gdy z gabinetu Księcia wyszedł Paszkowski wraz z Marszałkiem. — Masz Waszmość dobrego konia? spytał Klimaszewski. — Niezły, bo choć to my nie bogaci, ale mamy gniazdo z Boćkowskiego właśnie stada, i zawsze się coś dobrego przyhoduje. — A znasz Waszmość drogę do Boćków? — Znam nieco, myślę, że ztąd na Drohiczyn by wypadało, ale ja się będę bocznemi manowcami przebierał. — Jabym Waszmości radził, lepiej mimo Siemiatycz i dalej na Tódwin. Tak rozmawiając doszli do bocznego skrzydła zamku, gdzie Paszkowscy mieli izbę go- ścinną. Marszałek chwilę u nich zabawiwszy, odszedł, a stary Koniuszy Brzeski ucieszony, że syn będzie miał pole do zasłużenia się Księciu Wojewodzie, pobłogosławił go i uściskawszy ułożył się do snu. Ledwie też głowę do poduszki przychylił, już chrapał stary, że go w trzeciej izbie słyszeć było można. Młody tymczasem narzuciwszy opończę, wymknął się po cichu. Najprzód wszedł do stajen, następnie dawszy bramnemu parę groszy na piwo, wysunął się ostrożnie z dziedzińca i podążył do miasteczka. Ranek dnia następnego był prawdziwie wiosenny, zapowiadając dzień piękny i pogodny. Od wschodu różowemi i złotemi blaski opromieniało się niebo, lekkie mgły przy ciepłem powietrzu unosiły się nad nizinami i łąkami, rozsiewając balsamiczną woń traw, oraz dzikiego kwiecia. Zawsze cudna, a dziś pełna jeszcze wiosennego uroku natura, zdawała się ludzi i wszystkie żyjące twory powoływać do miłości i zgody, aby, lubując się nią i hołd jej Twórcy składając używali tylko, hojną ręką rozsypanych darów. Ale niestety! ludzie, jakby im było za ciasno na tym Bożym świecie, drą się tymczasem jak wilki — i w kraju też naszym wówczas, brat powstawał na brata. Nasz młody Paszkowski, ledwie pierwszy się brzask na niebie ukazał, siedział już na konin i zaiste wyglądał cale pokaźnie. Granatowa czarnym obłożona barankiem taratatka, przepasana czarnym ze srebrną klamrą pasem, dobrze rysowała jego piękną postawę; lekka burka wolno spływała z ramion, za całe zaś uzbrojenie miał tylko szabelkę doświadczoną i w olstrach parę pistoletów. Nie wielki juk za kulbaką wskazywał, że w nieco dalszą puścił się drogę. W istocie, do Boćków miał on około mil 12tu, na których przybycie i powrót, nie licząc mogących się zdarzyć przeciwności, około dni trzech potrzebował. Ale złoty kasztan z małą na łbie gwiazdką, na którym siedział nasz młodzian, zdawał się wcale forsownego nie przewidywać marszu, i mimo że go jeździec do równego z początku zmuszał stępu, rwał się przeżuwając niecierpliwie zbyt grube jak się zdawało wędzidło mundsztuka, a sypiąc z pyska jak śnieg białą pianę. Ujechawszy przeto kawałek drogi, Paszkowski, który się często na ten mundsztuk o- glądał, zsiadł z konia i ściągnął nieco nagłówek, aby żelazo zbyt nisko leżąc w pysku nie drażniło konia. Poprawka ta okazała się dość skuteczną, co uważając, jeździec poklepał z zadowoleniem konia i raźnym puścił go kłusem. Podróż zdawała mu się być bardzo po myśli, twarz promieniała spokojem i dobrą fantazją, nie rachował snać, że jak szabelka tak i pistolety, w obecnych czasach i okolicznościach mogły być w robocie, lub kto wie, może na nie z zaufaniem liczył i dla tego się radował. Dojeżdżając do wsi Makarówka, w skład jeszcze dóbr Bialskich Książęcych wchodzący, zwolnił koniowi biegu, stępo posuwając się dla ostrożności w ulicę. Zaledwie kilkanaście ujechał kroków, gdy kobieta idąca z wiadrem do studni po wodę, spostrzegłszy go, rzuciła wiadro i szybko uciekać zaczęła. Zwróciło to nieco uwagę jeźdźca, lecz postępował dalej. Że zaś to był ranek, a każda gospodyni w tej porze po wodę wychodzi, spotkał więc drugą, która toż samo; wreszcie trzecia i czwarta, jedna tylko co już od studni wracała, z napełnionym kubłem przeszła spokojnie. Pominąwszy ją, zdziwiony nieco Paszkowski, gdy właśnie zbliżał się do stojącej w drugim końcu wsi karczemki — wstrzymał konia, aby mu się dać trochę wysapać. Stary dziad, siwy jak gołąb, siedział na podsieniu, wsparłszy brodę na rękach a ręce na kiju, wpatrzony jakby szklannemi oczyma na wschodzące słońce, które się jeszcze w mgłach rannych kąpało. — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — przemówił podchodząc Paszkowski. — Na wieki wieków, panoczku, odrzekł dziad próbując się z miejsca ruszyć. — Siedźcie staruszku — siedźcie; czyście wy tutejsi? — A użeż tutejszny. — Powiedźcie mi czy tu u Was ludzi nie widzą, czy co — że się ich boją? — Koho, panoczku? — Ludzi. Bo jak jechałem, to co wyszła która kobieta z wiadrem, to go rzuciła i sama w nogi. — Aha, rzekł dziad kiwając głową, a to uże u nas taki obyczaj. — Jaki? — Tak — że jak z porożnym spotykaje, to wedro kine i utecze. Bo — o — to, każut, jak baba z porożnym perejde dorohu — to neszczastje. — Wiem o tem, ale nigdzie nie widziałem żeby rzucali wiadro i uciekali. — Oo! bo to panoczku u nas taka uże umowa meż babami — od toho czasu jak była zato beda. — Jaka bieda? — Alboż panoczok newidaje? — Nie wiem. — To — o tak. Za starego Pana, począł dziad, usiłując mówić już po polsku, bedzie na polowanie, dwornia jechała a Naścia Szymonicha — Jak to? zabił? — Zabił, panoczku, na śmierć. I ruszając z politowaniem ramionami starowina dodał w kształcie komentarza: Aj! byłoż lamentu, ciągnął dalej, nechaj Boh kryje! A tut i ksionże doichaw — beda i hodi! Tego zaraz wzieli do turmy, ksionże Szymoniukowi podarowau grunt, Szymoniuk zaraz, ne douho żdaty, wziaw druhuju żenu — bo — o — to — każut, A uże od toi pory, to baby tak uzialisia — szczo jak kolio z porożnym spotykaje, to kine wedro a sama u nohi. Opowiadanie dziada, było we wszelkich szczegółach najzupełniej prawdziwe. W istocie jeden z dworzan Księcia Hieronima kobietę w ten sposób zabił. Lecz nierozwagę czy przypadek odpokutował drogo, poszedł bowiem w kajdany do lochów Bialskiego Zamku, skazany przez Księcia na całe życie, które też tam pono i zakończył. Książę Hieronim bowiem sprawiedliwość wszelką, a raczej kary sam wymierzał, żadnych praw wyższych nad swoją wolę nie uznając. Trudnem mu też owo panowanie nie było, mając przeszło 6.000 nadwornego wojska i milicji wyćwiczonej wybornie, zważywszy że w kraju naówczas wojska regularnego jako- by całkiem niebyło, okrom tysiąca kilkuset głów Sasów Gwardji Królewskiej, lub chyba liczyłby kto owe gościnne hufy, co się tam i sam przez kraj przechadzały, od czasu wojen i zamieszek w państwach ościennych. Officerów do swej milicji nie brał Książę Chorąży ze szlachty miejscowej, gdyż będąc niezmiernie srogi, co znał do siebie, i najmniejsze przewinienie śmiercią nieraz karząc, jak to uczynił z kapitanem Marszetem, albo na długie czy zgoła dożywotnie nieraz skazując więzienie, nie chciał się narażać na przykre zatargi z rodzinami, coby go łatwo spotkało. Założył więc szkołę kadetów z własnych poddanych, gdyż jak sam powiadał, „z takich kadetów kreowany oficer qua subditus znając mię suum dominum vitae et necis, posłusznym być musi.“ Wielu też oficerów sprowadzał z Kurlandji, z którymi również srogo się obchodził; a gdy mu raz dwóch uciekło, rozesłał dla złapania ich dwa tysięcy sześćset kozaków swoich — ujął, i mimo iż byli szlachtą i należeli do Ritterbanku, srodze ukarał. Podróżny nasz, pogawędziwszy chwilę przed karczemką, widząc że już koń wypoczął, skinął głową staremu dziadowi i w dalszą puścił się drogą. Popasłszy lekko w południe, spieszył, aby przed nocą jeszcze na tamtą stronę Bugu się przeprawić. Wiedział on, że oddziały lekkiej jazdy, a właściwie pułku przedniej straży wojska koronnego, uwijały się tu gęsto, faworyt bowiem królewski IMPan Byszewski zaledwie przed rokiem forsztellowany na pułkownika pułku przedniej straży, nie bardzo lubiąc wąchać prochu, a chcąc się wszelako dystyngwować i jakieś względem Króla Jegomości merita położyć, wysełał gęste oddziały, które lubo miały tę zaletę, że Konfederatów jakoś obmijały z daleka, lecz za to dla podróżnych, a zwłaszcza konnych i pojedynkiem jadących, były istną a prawdziwą plagą. Wałęsały się te luźne kupy najbardziej po lewej stronie Bugu. wigilancję swą zwracając głównie ku Białej, jako rezydencji Księcia Wojewody, którego właściwie za marszałka Konfederacji uważano. Nasz więc podróżny, gdy ujechawszy kawał drogi szczęśliwie, nie spotkał nikogo i będąc niejako pewnym, że z drugiej strony Bugu jeszcze bezpieczniejszym będzie, radował się bardzo, że tak gładko przemknąć potrafił. Ależ zdawna to wiadoma jest maksyma, że im człowiek wrzekomo spokojniejszym a bezpieczniejszym się uczuwa, tem więcej wedle rozumu, ba- czenia a oględności na siebie dawać powinien. Słońce miało się już ku zachodowi, gdy Paszkowski dojechał do wioseczki niedaleko Klimczyc położonej, gdzie przeprawa przez rzekę była łatwiejszą. Zaledwie pierwsze minął chałupy, gdy insperate ze wszech stron obskoczony został. Kilkunastu pieszych i konnych, brudnych i odartych, lecz praeter propter uniformowo odzianych, otoczyło go zewsząd. — Stój! zawołano naraz z przodu, z boków i z tyłu. Nie było co dyskutować, bo już konia przy pysku trzymano, a siła była przemagająca. — Czego chcecie? ofuknął, starając się jednak o ile można zimną krew udawać Paszkowski. Starszy jakiś podoficer czy chorąży rzekł podchodząc bliżej: — Mamy rozkaz przytrzymać każdego podróżnego i przekonać się, kto jest taki, zkąd i dokąd jedzie. Wybacz Waszmość — taki ordynans, wypełnić go musimy, trzeba się Waszmości prezentować porucznikowi. — A któż to taki, ten Wasz porucznik? spytał niecierpliwie Paszkowski. — Tu stoi porucznik, baron Vitinghoff. Nie było rady; otoczony przeto strażą podróżny nasz ruszył ku dworkowi, nieco opodal od wioski leżącemu. Dla obznajomienia czytelnika z kim nasz bohater ma mieć do czynienia — wyprzedzimy go, dla zabrania znajomości z porucznikiem. Wiadomo jest, iż w wojsku koronnem szarżę oficera mógł mieć tylko szlachcic rodowity, tandem, IMPan baron Vitinghoff był szlachcicem Kurlandzkim i prozapję swoją cenił nawet wielce wysoko. Był on przed laty dwunastą w sławnych muszkieterach Księcia Hieronima Radziwiłła, Chorążego W. Ks. Lit., których tenże kreował sobie na podobieństwo Ludwika XV. Króla Francuzkiego, jakoby gwardję przyboczną. Napatrzywszy się na niesłychane ekscesa i fantazje swego pryncypała, a surowości i srogości jego doświadczywszy eksperyencją własną przez czas nie mały, mimowoli jak to powszechnie bywa, też same przejął pryncypia. Wyobrażenie też o wysokości jakoby swego własnego rodu, który gdzieś od Kawalerów mieczowych wiódł, i mizantropia jakaś osobliwsza, wielce mu do przeróżnych wybryków pochopu dodawały. Nie bardzo pokorny lub uniżony względem starszych, dla subalternów swych był już to zbyt pobłażliwym, dziwacznym, już to znów surowym i nieubłaganym nad miarę. Naśladując tak swego dawnego pana, o tyle wszelako od niego się różnił, że gdy Książę Chorąży nie pijał nic nigdy okrom krynicznej wody, to potomek owych Kawalerów mieczowych, tej ostatniej jakoby nie znał — a wszystko za to co wodą nie było, a pite być mogło, ciągnął jak suseł, nie przebierając nawet w gatunku; prawdziwie po wojskowemu „Co na placu, to nieprzyjaciel“. A poznać go było łatwo, gdy sobie podpił, bo trzeźwy lubo powoli, lecz dobrze mówił po polsku; nalawszy zaś w pałkę, jako każdy Niemiec język kaleczył, a to pryncypalnie z prędkiego gadania. Porucznik Vitinghoff mógł mieć około lat trzydziestu ośmiu, kościsty, blady, oblicza ciemnego, włosów też ciemnych lecz rzadkich, wzrostu dość słusznego, jak to powiadają, zawiędły. Upiwszy się, zwykle kazał sobie słać koce na podłodze, na stole, łóżku czy tapczanie, wołał dwóch kozaczków z teorbanami, którzy grali mu a śpiewali, i on też śpiewał, kiwał się leżąc i wciąż popijał, aż zmęczony usypiał. Srogi kiedy podpity i siedział na koniu; gdy się wię- cej upił, słuchał muzyki taczając się jakoby w kołysce, śpiewając sam i odurzając się, coraz bardziej, tracił animusz i siłę, wzdychał tylko i nucił coraz ciszej a ciszej, a podkomendni wtedy robili już co sami chcieli, — dla niego świat rzeczywisty ginął w marzeniach; w chaosie jakimś i w głębokim śnie wreszcie. Właśnie też w ekonomskim rozlokowawszy się dworku, pan porucznik już dobrze podchmielony z nieodstępnemi dwoma chartami, bo był wielkim myśliwym, leżał w alkierzu na sofie, taczając głową, słuchając kozaczków i nucąc półgłosem coraz rzadziej, a będąc już niedalekim snu i zupełnego ubezwładnienia. Przed sienią stał szyldwach, w pierwszej izbie kilkunastu wojskowej chałastry piło, przechadzało się, rozmawiało i w karty francuzkie grało. Gdy konwój, który przywiódł Paszkowskiego, przed dworkiem się zatrzymał, nasz podróżny zsiadając z konia, rzekł do wachmistrza: — Słuchaj Waszmość, choć wy tu mnie w tej chwili jakoby jeńcem macie, przecież nie myślcie sobie, żebyście mnie tak łacno w kaszy zjedli, boć i nie wiecie, co zacz jestem. Zostawiam tu konia na rękach Waszmości; jak mi tu rzemyczek zginie, odpowiesz mi za niego, a ja sobie justycją znaleźć potrafię, również jak i za pilność wynagrodzę jak się patrzy. — No, no — rzekł udobruchany wachmistrz; Jegomość widzę porządny człowiek, proszę być spokojnym o troki i konia. A ostrzegam, dodał cicho, i zbliżając się nieco, niech Jegomość z Porucznikiem będzie ostrożny, bo to — Panie Boże odpuść — Gdy Paszkowski otoczony strażą wszedł do alkierza, Porucznik podniósł najprzód głowę — łypnął oczyma — a następnie dźwigając się nie bez trudu, usiadł po turecku na sofie. — Was ist das? mruknął ochrypłym głosem, i nie słysząc odpowiedzi, dorzucił głośniej: — So to je? — A nie wiem co to jest, przemówił żywo podchodząc podróżny; zatrzymano mnie na drodze siłą, i tu przyprowadzono. Nie rozumiem jakiem prawem, i quo titulo można w swoim kraju jadącego szlachcica zatrzymać. — A! a — zo! szlachcica czcimać — teraz mój Pane rewolucion, konfederacion; ja mam brafo gasztego czimać — a masz Pan pass? — Jaki pas? Co u kaduka! — widzisz przecie Waszmość, że jestem podpasany. — Pan jest podpisany? Gut. Gdzie Pan jest podpisany? Zeigen Sie mir — broszę pokazalem. — Widzisz Waszmość przecie, że jestem podpasany na brzuchu — a kiego djabła Waszmości ta wiadomość? — krzyknął Porucznik, i chciał się podnieść z sofy, ale mu siły nie dopisały. — So pan mne tu głupstwa gadaj. Pan jest Konfederat. Rewidiren! — krzyknął na całe gardło. Kilku żołnierzy zbliżyło się do podróżnego. — To rozbój na gładkiej drodze, zawołał Paszkowski czerwieniąc się od gniewu, i w odpornej postawie stojąc plecami do ściany. — Niech Jegomość się nie sprzecza, rzekł z cicha bliżej stojący stary jakiś żołnierzysko, bo nasz Porucznik jak podpity a zły, to na żadne prawo nie patrzy — gotów i strzelić, a co Jegomość przeciw sile poradzisz? Na tę uwagę, przygryzłszy tylko wargi, pohamował się Koniuszyc Brzeski, a Porucznik tymczasem krzyczał znowu: Rewidiren! Paszkowski ani słowa już nie mówiąc, dozwolił się rewidować. Zdjęto mu odzienie aż do koszuli, przepatrzono i obmacano podszewki, czapkę, buty, nawet w pochwę od szabli zaglądano. Porucznik zwlókł się z sofy, i kiwając się na nogach a sapiąc i mrucząc, sam wszystko przepatrywał. Podróżny uśmiechał się tylko z politowaniem, patrząc na gorliwość Krzyżaka. Nie znaleziono nic. — Gdzie jest furmanka temu Panu? zawołał Vitinghoff. Paszkowski milczał. — Ten Pan na koniu przyjechał, ozwał się jeden z szeregowców. — Konfederat! — mruknął pod nosem Porucznik. — No — rewidiren tego koń! Wyszli wszyscy przed dworek. Zdjęto mantelzak, przepatrzono ściśle, następnie poodpinano gurty, macając i rewidując barani waltrap, kulbakę i poduszkę, zaglądano pod tebinki — skończyło się na niczem. Porucznik sapał tylko, nic już nie mówiąc, a gdy stary wachmistrz, któremu nasz podróżny nieznacznie wsunął coś w łapę, skończył już konia kulbaczyć, ozwał się Paszkowski podchodząc do Vitinghoffa: — No, zatem rzecz skończona. A teraz powiedz mi Waszmość czy jesteś szlachcic? — Was? ofuknął zapytany. Ich bin Baron von Vitinghoff — to, dodał uśmiechając się, to jest lepiej jak szlachcic. — O nie! przerwał Paszkowski, mylisz się Waćpan; baron, w najlepszym razie, jeżeli prawdziwy, to tylko tyle co szlachcic, a u nas, mój Panie, szlachcic to samo co król, bo każdy bene natus nim być może, a Jan Zamojski, co się z siostrą Batorego ożenił, był tylko prostym szlachcicem. I musisz Waćpan wiedzieć, że się podpisywał eques polonus, his omnibus par. A zatem jeśliś Waćpan szlachcic, czy tam baron, to wiedzże o tem, żem i ja też szlachcic, a żeś mnie Waszmość ubliżył i despekt uczynił, pamiętaj, że się porachować musimy — i przyjdzie na to czas; a teraz bądź zdrów. To mówiąc, wsiadł na konia i stępo ruszył w dalszą drogę. Vitinghoff na razie nie znalazł jakoś ani argumentów ani odpowiedzi; na wpół pijany, wpół wytrzeźwiony, zgoła zbity z tropu chybionemi poszukiwaniami i prezencją a dobrą fantazją Paszkowskiego, stał z otwartemi ustami, mrugając oczyma wedle swego zwyczaju, a po chwili splunął, zaklął coś po niemiecku i powrócił do izby. Paszkowski tegoż dnia jeszcze przez Bug się przeprawiwszy, przenocował w jakiejś karczemce na drodze i nazajutrz dodnia wyjechał, a prąc już lepiej swego konia, dojeżdżał do Boćków jeszcze przed wieczorem. Skierował się on wprost na gubernię, to jest mieszkanie tak zwanego gubernatora, czyli po dzisiejszemu rządzcy dóbr. Był nim niejaki IMPan Teodor Lutomski vel Lutyński, bo go tak niektórzy zwali, i on sam się dwoma nazwiskami urzędownie częstokroć podpisywał, a którego brat rodzony, Marcin, ekonomem był na jednym folwarku, Hrozówce w Słucczyźnie, do Księcia Karola należącym. Lecz IMPan Marcin wielkiej poczciwości i zacności szlachcic był sobie jak naonczas mówiono „naturalista“ alias symplicjusz, gdy IMPan Teodor, gubernator Boćkowskiego klucza, Mostowniczy Oszmiański, cale się wyżej nosił; bo to i statysta był i jurysta, i głowę posiadał nietylko do noszenia kapuzy albo konfederatki. To też JWielmożny Podczaszy W. Ks. Litewskiego i lubił go i w wielu używał sprawach, ile że na zaufanie pryncypała zewszechmiar istotnie zasługiwał. IMPan Mostowniczy był pozytury poważnej, chłop nie mały, miąższy, zdrów, wąs nosił zawiesisty, czuprynę krótką i podgoloną jak przynależy; łapa jak u białowiezkiego niedźwiedzia — ale przytem facundus, lubił mówić i nierzadko górnolotnie nawet, a głos miał jakoby w bębny bił, donośny. Domostwo, ku któremu skierował się nasz podróżny, czyli tak zwana gubernia, był to budynek drewniany, zczerniały od starości, długi bardzo, z czterema, po dwa na każdym końcu gankami, czyli ztąd i zowąd w dłuższych ścianach po ganku, z dachem wysokim łamanym, ubranym w liczne okienka. Obszerne izby na dole, których było bez liku, stanowiły mieszkanie gubernatora, składy, izby gościnne dla przyjezdnych; na drugim zaś końcu piekarnie, kuchnie i mieszkania dla służby. Okna prawie wszędzie w ołów oprawne, z małemi szybami lecz duże i nisko nad ziemią położone. Widać było, iż budowla ta przetrwała już wiek przeszło i stawianą była fundamentalnie, jak to niegdyś bywało, i starannie; zdradzały to i okna i robota drzwi filungowych i klamki nawet, wyginane misternie; ale dawniejsze na ścianach szpalery zastąpiono teraz prostą glin- ką lub wapnem, a i drzwi nawet, piękną stolarszczyzną robione i bejcowane niegdyś, malowano również setki razy widać białą glinką, która odpadając w wielu miejscach, odkrywała drzewo i liczne owego malowania słoje. Paszkowski skierował się do jednego ganku, który mu się porządniejszym wydawał, zsiadł z konia, a wręczając go nadbiegającemu od stajen parobkowi, posunął się do sieni. Zaledwie wziął za klamkę aby ztąd do pierwszej wejść izby, gdy drzwi żywo ze środka otworzono i na samym progu uderzył się prawie o kogoś, co chciał do sieni wybiegać właśnie, zaczem usłyszał lekki okrzyk, głosem bardzo mile brzmiącym: — Ach! przepraszam! Podróżny nasz ujrzał przed sobą bardzo miłe zjawisko: było niem śliczniuchne dziewczę, lat może szesnastu, która cała zapłoniona po uszy, stojąc przez chwilę jakby w odurzeniu rzuciła się wreszcie do ucieczki ku drzwiom, do dalszych izb prowadzącym. Co też widząc, oprzytomniony już Paszkowski, spostrzegłszy też, że dziewczę w progu się jeszcze obejrzało, zawołał: — Za pozwoleniem Waćpanny, czy zastałem w domu IMpana Lutomskiego? — Stryja? stryj jest w domu. I zjawisko znikło za drzwiami. Ale obraz jego nie znikł bynajmniej z wyobraźni Paszkowskiego, któremu, że tu najlepiej zastosujemy to wyrażenie, panienka nadzwyczaj wpadła w oko, tak — że zapomniawszy na chwilę o świecie, stanął zadumany. Z owej jednak chwilowej zadumy, z której on sam sobie nawet niebyłby w stanie zdać sprawy, wyrwały go odgłosy na ganku, szurowanie nogami i potężnym basem wygłoszone, zapewne do parobka trzymającego konia, zapytanie: — A kto to przyjechał? I odpowiedź zaraz: — Nie wiem, proszę Jegomości, ktoś Tu drzwi szarpnięto i wtoczyła się postać okazała IMpana Mostowniczego, w szaraczkowej kapocie i czarnych jałowiczych z długiemi cholewami butach; będąc zaś tak po domowemu ubrany, nieco się nawet z ambicji o swą powagę zakłopotał. — Kogoż mam honor?.. począł wchodząc. — Paszkowski, przerwał, przybyły, wysłany jestem od Księcia Wojewody z Białej, z depe- szą, abyś ją WPan Dobrodziej dalej przesłał jak najspieszniej, wiadomą drogą do Wgo Podczaszego. — Bardzo dobrze, o, bardzo dobrze, zawołał Mostowniczy. — Prócz tego, dorzucił Paszkowski, jeśli jest co do przesłania do Księcia, mam polecenie przywieźć. — Właśnie przybywasz Waszmość, że tak powiem, w samą porę — o, bo oto dziś otrzymałem również, że tak powiem, depeszę do Księcia Wojewody. Niechże Waszmość Pan raczy się rozgościć i wypocząć. — Dziękuję — odrzekł Paszkowski, lecz muszę na chwilę pójść do mego konia. — Niechże się Waszmość nie trudzi; bardzo proszę — o. — Wybacz Pan, dodał młody człowiek uśmiechając się znacząco, i ciszej dorzucił: — Tam mam właśnie depeszę zachowaną. — A — a — o, to co innego. Zaledwie się drzwi za Paszkowskim zamknęły, gdy gospodarz całem gardłem zawołał, aż się szyby zatrzęsły: — Antek! Lecz nim ów Antek się pojawił, z drugiej izby ukazała się panienka, którąśmy już raz widzieli, i podbiegając z zaciekawionemi oczyma, a filuternym uśmiechem przymilenia, zapytała: — Proszę stryjaszka. kto to przyjechał? — O! jaka to Asindźka, że tak powiem ciekawa; jużeś to kawalera widziało — o. — Spotkaliśmy się we drzwiach, odrzekła prostując się i podnosząc brewki. — No, no — proszę! już się spotkali — o. A wiesz — że Asińdzka kto to taki?“ — Właśnie, że nie wiem. — To wiedz Asińdzka — o, że to jest IMPan Lanckoroński Paszkowski, Koniuszyc Brzeski, kurjerem przybyły od Księcia Wojewody z Białej — o, i biegaj, powiedz Imości niech nam tu dadzą czem, że tak powiem, zęby przetrzeć i gardło popłukać, nim się wieczerza uczciwa przygotuje — o, bo to gość nieladajaki. Dziewczynka wybiegła. Niebawem wrócił Paszkowski i depeszę Księcia wręczył i tymczasem dano przekąski i parę butelek miodu, a gdy gość z gospodarzem rozprawiali już w najlepsze, dało się słyszeć od progu: — Pokój temu domowi! — I temu kto mówi — dokończył gospodarz, a zwracając się do Paszkowskiego dodał: — Przedstawiam — nasz paroch, ritus graeci — Jegomość Ksiądz Bałandowicz, a to IMPan Paszkowski, od Księcia Wojewody. Proboszcz był wzrostu średniego, tuszy dobrej, łysiuteńki, jak to powiadają, jak kolano, z tyłu tylko głowy i koło skroni resztki siwo-bląd włosów pozostały; twarzy pełnej, wesoły i ruchliwy, lat około sześćdziesięciu. — Jakież tam nowiny, iż tak rzekę, Waszmość Dobrodziej nam przywozisz?.... mówił proboszcz rzucając czapkę i zacierając ręce. Co tam słychać? — Nic tak dalece nowego, odparł chodzi wieść tylko, że IMPan Podskarbi koronny znajduje się teraz w Białej na Szląsku, i że tam jakoby nową zawiązuje . — O! widzisz Waszmość, rzekł proboszcz, zwracając się do Mostowniczego, ja mówiłem; a co? Podskarbi, iż tak rzekę, będzie robił na swoję rękę i zobaczysz Waszmość, teraz dopiero będzie, iż tak rzekę porządnie. — Co mi Jegomość, że tak powiem, prawisz o Podskarbim, będzie tylko wichrzył Mosanie i tyle! — Jak to wichrzył, iż tak rzekę? Konfederacja się rozpada, trzeba ją wiązać na nowo. — Za pozwoleniem, tu trzeba, że tak powiem dyplomacji, zawołał gospodarz, stosunków z potentacjami postronnemi, a zwłaszcza aljansu z Turcją, a co tu Jegomościny Podskarbi! że tak powiem, pomoże. Tu jedynie JWielmożny Podczaszy Litewski trzyma w ręku nervus rerum, boć wiadomo przecie, że ta familia z dawien dawna ma z dworem tureckim relacje. — At, machnąwszy ręką — przerwał proboszcz — u Waszmości zawsze tylko, iż tak rzekę, Podczaszy; chwali się to, bo chlebodawca, acz nie neguję i ja, że potentat wielki, ale — dorzucił, zrobiwszy minę kwaśną i głos zniżając, Acpan sam wiesz — libertyn. — Libertyn!! — powtórzył basem Mostowniczy, no to cóż? To — że tak powiem, nic niema do rzeczy. A u Jegomości albo Podskarbi albo ten Puławski — o! causiperda jakiś! Piękny mi marszałek! — Co Waszmość gadasz! co gadasz! wykrzyknął żywo proboszcz — Puławski to czło- wiek, iż tak rzekę, wielki. No — dodał zwracając się do Paszkowskiego, a o Puławskich co nie słychać? — Fama niesie, że młodzi Puławscy przedostali się też na Podgórze z nad granicy Tureckiej, a o mówią, że to jest prawdziwie wielkiego animuszu człowiek. — A widzisz Waszmość — zawołał znowu proboszcz — ja to, iż tak rzekę, dawno mówiłem. — Da się to, że tak powiem, widzieć — odparł kiwając głową Mostowniczy. — Ja Ichmościom Dobrodziejom powiem — przerwał Paszkowski — niech robi kto może i jak może — byle skutek był. — O! toś Waszmość świętą, iż tak rzekę, prawdę powiedział, praca bez skutku nic nie warta: est labor ingratus, quem praemia nulla sequuntur. — Tak, tak, to i ja — zawołał Mostowniczy — ale niech Jegomość też pamięta, że owe skutki nie łacno z razu rekognoskować można, bo drugie przysłowie niesie, że: diabolus est simia operum divinorum. Tu gospodarz uśmiechnął się tryumfująco widocznie zadowolony z gruntownego, jak mu się zdawało argumentu, który przeciw swemu adwersarzowi wynaleźć potrafił. Okazało się tedy, że jak proboszcz tak i Mostowniczy szczerze obadwaj sprzyjali konfederacji, ale każdy z nich rzeczy i osoby ze swego sądził stanowiska, i najlepiej życząc sprawie, mimowoli skłaniali się w kierunkach do różnie w kraju kupiących się stronnictw. Owych zaś stronnictw przedstawiciele wyższe w hierarchii społecznej zajmujący stanowiska, lub zgoła i kierownicy sami, nie zawsze niestety, wolni byli od osobistych widoków. Tak Krasiński i Wessel kierowali nawą konfederacji w krajach Cesarza Rzymskiego lub Saksonji, każdy w swoją stronę — tak w Turcji Joachim Potocki Podczaszy koronny, wichrzył przeciw Puławskim, a w kraju mnożyła się liczba marszałków do nieskończoności. I jak tu między Mostowniczym a proboszczem, tak i tam nie było zgody. Sypano dukaty dla dobra sprawy chętnie, lecz nikt się jakoś nie zastosowywał do dewizy, jaka na nich stała wybita. A że teraźniejsze pokolenie, być może iż dukatów nie widziało nawet, przypomniemy więc, że był na nich napis: „concordia parvae res crescunt“. Otóż to pono owej concordyi najbardziej u nas brakowało. Przekąska, podana na przybycie Paszkowskiego, dawno już była skonsumowaną i obie butelki po miodzie stały próżno, do czego i proboszcz dopomógł sumiennie, gdy z oznajmieniem gotowej wieczerzy weszła pani Mostowniczyna, sucha i chuda jak deska, istne przeciwieństwo męża, a za nią bratowa pana gubernatora z córką Kunusią czyli Kunegundą, którąśmy już pierwej poznali. Obie te panie właśnie przed paru dniami przybyły ze Słucczyzny w odwiedziny. Nastąpiły więc prezentacje, po których gospodarstwo prosili gości do obszernej naprzeciw położonej izby, gdzie już stół do wieczerzy wcale dostatnio i porządnie był zastawiony. Towarzystwo powiększyło się jeszcze kilkoma osobami płci obojej, z miejscowych, do zarządu domu lub dóbr należących. Przypadkiem czy rachubą czyją, młody nasz podróżny znalazł się obok panny, zaco jak widać było z humoru i miny, wcale się nie myślał gniewać; korzystając też z dość gwarnej rozmowy towarzystwa, i nie tracąc czasu, zwrócił się do swej młodziutkiej sąsiadki. — Na długo tu Panie przybyły? spytał. — O, tylko na parę dni, odrzekła, podnosząc i spuszczając zaraz oczy. Rozmowa się urwała na chwilę. — Panie w Słucczyznie mieszkają? — Tak jest, mój ojciec jest w służbie Księcia w Hrozówce. — A, i ja także, Paszkowski. Znowu chwila milczenia, na ten raz przerwała trochę nieśmiało i mocno rumieniąc się panienka: — Ale — pan bywa w Słucczyznie. — Jeszczem tam nigdy nie był, podchwycił żywo młodzieniec, ale mam nadzieję że będę — niezawodnie, dodał silniej. Panna na nowo upiekła raka. — Do tej pory, przerwał znowu Paszkowski, mieszkałem przy ojcu w Brzeskiem, i żal mi było go opuszczać, bo blizkich krewnych nie mamy, a on sam został teraz w domu; ale, trudna rada! w obecnym czasie za piecem siedzieć nie można, więc przybyłem do Białej, zkąd pod nową chorągwią pójdziemy wkrótce niechybnie. — Ach! przerwała panienka, to okropna rzecz ta wojna — strzelają, niech Bóg broni! mogą zabić! — Zapewne że mogą, ale — prócz starego ojca, nie byłoby komu mnie żałować. — Zkądże pan może wiedzieć? — A! gdybym wiedział, rzekł Paszkowski, uśmiechając się, że panna Kunegunda za mnie choć zdrowaśkę zmówi, to pewny jestem, że z najgorętszej potrzeby wyszedłbym cało. Sąsiadka upiekła trzeciego już z kolei raka, i po chwili zmięszania odrzekła z cicha: — Ja się zawsze modlę za wszystkich... bliżej znajomych. — Kiedy tak, pochwycił Koniuszyc, to trzymam Panią za słowo. — W czem? spytała zdziwiona. — Że będę miał zdrowaśkę, bo ja w tej chwili siedząc tu, jestem Pani najbliższym, a że jestem znajomym, więc jestem najbliższym znajomym, temu pani nie zaprzeczy? Kundzia roześmiała się wesoło. — Więc będę miał zdrowaśkę? dodał Paszkowski — z wiecznym odpoczynkiem? — O nie! zawołała żywo, zapominając się panienka — bez odpoczynku. Tu runęły ławy, stołki i krzesełka, wstawano od stołu. Po wieczerzy towarzystwo gwarzyło jeszcze czas jakiś, Koniuszyc rozmawiał ze starszemi paniami, wreszcie gdy te odeszły i proboszcz się oddalił, Mostowniczy wręczył mu niewielką kartkę misternie zwiniętą, dla oddania Księciu Wojewodzie. Nazajutrz równo ze wschodem słońca prawie, nasz młodzian dobrze wypoczęty, był już na nogach i zaraz też wyszedł obejrzeć swego konia, którego znalazł jak należy napasionym i oczyszczonym; okulbaczył więc go sobie i omusztukował sam, a dopiero zawoławszy któregoś ze stajennych, zalecił, aby go popilnował i niebawem pod ganek podał, poczem zawrócił się do domu. Dochodząc do gubernii, spostrzegł już tam ruch ranny, a co więcej zobaczył siedzącą na ganku pannę Kunegundę, która nadzwyczaj pilnie ze spuszczoną głową zajętą była układaniem bukietu z kwiatów, których też kupa spora leżała na ławce przy niej i na ziemi walało się ich nie mało odrzuconych, jako nieużyteczne. Wstrzymał się więc w ganku, a po przywitaniu i chwilowej rozmowie, podejmując jakiś kwiatek z ziemi i bawiąc się nim, rzekł: — Szkoda, taki piękny kwiatek Pani odrzuciła. — Ten daleko piękniejszy, odrzekła Kundzia uśmiechając się mile i wyciągając rączkę z drugim — tamten trochę zwiędły. Koniuszyc żywo pochwycił kwiatek wraz z rączką, którą serdecznie przycisnął. W tej chwili ukazał się w progu Mostowniczy. — Cha! cha! zaśmiał się głośno, Acaństwo już widzę przy śniadaniu. Młodzi zarumienili się oboje. — Ale to na drogę kochanemu Koniuszycowi nie wystarczy, zatem proszę do środka. Winna polewka i dymiące zrazy już czekały na stole, Paszkowski zaś widząc podnoszące się słońce, rad nie rad spieszyć musiał z posiłkiem, a szczerze i serdecznie przez całe towarzystwo pożegnany u ganku, dosiadł z fantazją kasztanka i skłoniwszy się jeszcze kilkakroć, ruszył w drogę. — Gładki kawaler, rzekł, patrząc za odjeżdżającym Mostowniczy. — Niczego, dorzuciła pani bratowa, otyła jejmość ekonomowa z Hrozówki, a matka Kundzi. — I z bardzo dobrej familii, i ma przed sobą krescytywę, ciągnął gospodarz. A wiesz Imość bratowa, że on do Kundzi koperczaki stroił? — Co pan brat gadasz — jakie koperczaki? — Ba — albożem ślepy! owszem, daj Boże, przeciem to ja, Kundzię, iż tak rzekę, nie wymawiając uchowaj Boże, w moim domu prawie wychował i edukował — o — ale właśnie się cieszę. Smalił, smalił koperczaki. — Ale panie bracie, dworujesz sobie, ani na nią spojrzał, tyle co przy wieczerzy trochę tam z sobą pogadali. — Aha, zaśmiał się Mostowniczy, tak, tak, a tu dziś rano w ganku widziałem przecie, jak Kundzię pocałował... — Matko Najświętsza! — wykrzyknęła ekonomowa — da — dajżeż pokój, czy to może być. A to rozbójnik! Kundziu, Kundziu! nieszczęście... — Cicho, cicho — daj Imość pokój, przytrzymując za rękę uspakajał, sam śmiejąc się do rozpuku gospodarz, powiadam pani bratowej, że pocałował — ale w rękę. — W rękę? a no, ta także gadaj, oddychając wolniej, mówiła pani Lutomska — a to powiada, Matko Najświętsza! pocałował... Gość znikł już dawno z oczu patrzących, rozeszli się wszyscy, na ławce leżał rozsypany bukiet, a panienka lubo wyszła i usiadła w ganku, patrzyła w dal, zadumana, bynajmniej nie spiesząc się już jakoś do układania kwiatków... Koniuszyc zmarudziwszy nieco w podróży do Boćków i na miejscu, postanowił sobie pospieszać z powrotem, a nawet, jeśliby się udało, nie nocować wcale. Rozpoznawszy bowiem drogę, miarkował na pewne, iż około północy mógłby stanąć w Białej, nawet oszczędzając nieco swego ulubionego wierzchowca; ten bowiem, jako dobrej krwi konie, po dwóch dniach umiarkowanego marszu, mógł dalej robić daleko forsowniejszy — jest to właściwość wszelkich rodowych koni w warunkach umiarkowanego użycia. Wyjechawszy tedy Paszkowski rano, po dwóch nie zbyt długich popasach tegoż dnia, jeszcze sporo przed zachodem słońca przez Bug się przeprawił. Przebywszy lasy z lewej strony Bugu położone, gdy już minął Czuchów, wyjechał na rozleglejsze pola i zadumany pofolgował zmęczonemu nieco koniowi; mijając właśnie ostatni skraj lasu, spostrzegł na polu zbliżających się w jego kierunku na drogę trzech jeźdźców; w których, gdy się już trochę zbliżyli, łatwo rozpoznał naprzód jadącego porucznika Vitinghoffa, za nim zaś jednego szeregow- ca i kozaczka parę chartów prowadzącego na smyczy. Spotkanie to nie musiało się wydać Koniuszycowi nieprzyjemnem, myśl jakaś przebiegła mu tylko po głowie, widocznie prawie, bo się wnet uśmiechnął i rzekł, bliżej nieco podjeżdżając do Porucznika: — A! czołem Waszmości, wyjechałeś widzę z chartami, chociaż to i nie pora po temu, suponuję zatem, że w tych stronach konfederatów niema, kiedyś się mógł od swej komendy oddalić. — O! to Pan! — zawołał Vitinghoff — rozpoznając podróżnego, a ja myślę, że konfederata jest, kiedy Pan tu jest; teraz ja Pana nie będę tak puścić. — Tak?! więc Waszmość mię zatrzymasz? — spytał z ironicznym uśmiechem Paszkowski. — A, natürlich, trzymajcie go — krzyknął Porucznik do swoich ludzi. I sam tez począł nacierać koniem. Paszkowski widząc na co się zanosi i dobywając pistolet, uskoczył z koniem kroków kilkanaście; tymczasem rozległ się strzał wymierzony przez szeregowca, który widocznie spudłował — Paszkowski też natychmiast mu odpowiedział, a żołnierz trafiony w ramię jak kłoda zwalił się na ziemię, koń zaś jego chrapnąwszy i zadarłszy ogon, harcować zaczął po polu. Vitinghoff w zapamiętaniu swojem źle się obrachował; samotrzeć wyjechawszy mógł mieć tylko z jednego szeregowca pomoc, kozaczek bowiem prowadzący charty wcale nawet nie był uzbrojony. Po wystrzale Paszkowskiego Vitinghoff z dobytą szablą rzucił się ku niemu, lecz tu Paszkowski znakomitą miał przewagę, koń bowiem jego doskonale osadzony na zadzie, pod umiejętną jeźdźca ręką wyborne robił wolty, Paszkowski przeto na koniu mógł się bić na pałasze lepiej jeszcze aniżeli pieszo, ile że sam rzut konia niesłychanej siły cięciu dodawał. Po pierwszych więc kilku złożeniach Porucznikowi z ręki wytrącona szabla z brzękiem wyleciała w powietrze; przytomny wszelako a zacięty, wyrwał on z olstry pistolet i o trzy kroki prawie wymierzył, gdy silne płazem uderzenie schyliło broń ku dołowi w chwili wystrzału — tak, iż kula lekko drasnęła po łopatce własnego konia Vitinghoffa. Niemiec jeszcze przytomności nie stracił, uskoczywszy więc z koniem kroków kilkanaście porwał za drugi pistolet i znowu wypalił — spostrzegłszy zaś z poza dymu, że przeciwnik na koniu siedzi i sam już zupełnie będąc rozbrojonym, kopnął się do lasu. — Bywaj zdrów Poruczniku! zawołał za nim śmiejąc się Paszkowski — do widzenia! I zwróciwszy konia skierował się w swoją stronę. Lecz za chwil kilka uczul w prawym bucie jakieś ciepło niezwyczajne, domyślił się więc natychmiast, że go kula Vitinghoffa dosięgnąć musiała, to też i ból lekki w łydce uczuwać począł. Podjechawszy przeto kilkadziesiąt kroków, zsiadł z konia pod figurą, dla opatrzenia rany, kula ledwo się po wierzchu ośliznęła; dobył więc z burki kawałek chleba, zduszonym miękiszem zranione miejsce obłożył i chustką obandażował. Tym sposobem zabezpieczywszy się od upływu krwi, lubo niewielkiego, bezpiecznie w dalszą wyruszył drogę. Kiedy Koniuszyc wjeżdżał na dziedziniec zamkowy, zegar wybił właśnie pierwszą godzinę po północy. Poleciwszy więc stróżowi konia, udał się wprost do mieszkania Marszałka. Zbudzony Klimaszewski nie pomału się zdziwił widząc Paszkowskiego z powrotem, lecz gdy okazało się, że Książę spał już od dawna, polecił mu stawić się nazajutrz rano. Paszkowski wrócił jeszcze do konia, którego w stajni ulokowawszy, poszedł dopiero do swego mieszkania. Stary Koniuszy Brzeski chrapał po swojemu i ani śniło mu się nawet, kiedy syn powrócił i do spoczynku się ułożył. Nazajutrz młodzieniec nasz zbudziwszy się uczuł większy trochę ból w ranie, choć była nie straszną, lecz i noga okazała się nabrzękłą, ubrał się wszelako, aby być gotowym na zawołanie. Wkrótce nadbiegł Skirmunt wzywając go do Wojewody. Książę znajdował się w komnacie obok sypialni, położonej w prawem skrzydle Zamku; była ona cała wybita przepysznemi gobelinami, fabryki Radziwiłłowskiej, ujętemi w buażerje rzeźbione, które szeroką lamperją u dołu obiegały pokój w około; umeblowanie artystycznym charakterem odpowiadało dekoracji całej komnaty, stanowiąc całość malującą wytworny, acz nieco przesadny smak z końca XVII. stulecia. Dwa okna tej komnaty wychodziły na dziedziniec zamkowy, przy jednem z nich stał Kamiński czekając na rozkazy. Książę w rannym kitlu, który wszelako nie był bynajmniej francuzkim robdeszanem, siedział przy obficie zastawionym stole, na którym prócz kawy, mnóstwo też innych, nie ze wszystkiem lekkich przekąsek się znajdowało. Przed Księciem siedziała patrząc mu pilnie w oczy faworytka wyżlica Nepta, czekając łaskawego kąska. Nieco opodal, przy drugim końcu stołu znany nam już uprzednio Ojciec Definitor, lubo na rożku krzesła umieszczony, popijał kawę z godnym pochwały apetytem. Książę w złotym był humorze, śmiejąc się z konceptów Definitora, gdy właśnie wszedł Paszkowski. — A! witam Waszmości, zawołał Wojewoda spostrzegając go wchodzącego, zwinąłeś się, Panie Kochanku gracko. Paszkowski skłoniwszy się, poszedł nieco kulejąc i wręczył w mały rulonik zwiniętą depeszę. — Mówił mi Kamiński, Panie Kochanku, że miałeś jakiś casus w drodze, musisz mi to odpowiedzieć. A cóż to? dodał biorąc depeszę, co to, Panie Kochanku? maść jakaś od fizyka czy co? he? — Depesza, proszę Waszej ks. Mości. — Hm — zwinięta jak medykament, a piżmem śmierdzi, Panie Kochanku dałbym gardło, że ją chyba Lubomirska przewoziła. Rozwinąwszy papier przebiegł go Książę oczyma dość szybko i machnąwszy ręką rzucił na stół niedbale. — No cóż tam, Panie Kochanku było w drodze, zawołał Wojewoda wesoło, plejzerowany widać jesteś — ale pono nie straszno, no, bądź Waszmość pewnym, że Ci to na dobre wyjdzie — jakże to, Panie Kochanku było? — W tamtą stroną jadąc, proszę Waszej ks. Mości, obskoczono mię we wsi koło Klimczyc insperate, żem się dla liczby napastnika bronić nie mógł. — Kto? Panie Kochanku. — Komenda z pułku przedniej straży IMPana Byszewskiego i Porucznik, jakiś niemiecki baron, kazał mię rewidować do koszuli... — Hm, Panie Kochanku, mruczał sapiąc i kręcąc głową Książę, infamis, — hm — i cóż? — Trzęśli wszystko, mantelzak, kulbakę. — No? dodał niespokojnie Wojewoda — a moja depesza? — Nieznaleźli, proszę Waszej ks. Mości. — A! toś łepski, Panie Kochanku, gdzież ją miałeś schowaną? — Tak samo jako i tę właśnie — w munsztuku. — Jakto w munsztuku? — Mam proszę Waszej ks. Mości konia miękkoustego, co grubego potrzebuje wędzidła, więc kazałem zaraz w nocy tu w Białej zrobić ślusarzowi grube z dętej blachy żelazo do pyska, puste w środku, śrubowane i byłem już o spoim spokojny. — Dalipan, Panie Kochanku, rzekł Książę, zwracając się to do Kamińskiego to do Definitora, o to mi no! łepski Waszmość jesteś, nie darmo masz Karol na imię, ale gdzież Waszmość napytałeś guza? — Wracając nazad, spotkałem tegoż samego Porucznika, jak sobie samotrzeć z chartami wyjechał, tratując po młodem zbożu, więceśmy się trochę rozmówili, ciągnął uśmiechając się Koniuszyc, ja go tam nieco obciąłem, a on mnie kulką drasnął po nodze, ale też w końcu i uciekł haniebnie. — No, Panie Kochanku, nie ma co mówić, sprawiłeś się Waszmość i expedyte i po kawalersku, zostaniesz przy mnie i przekonasz się, że Radziwiłł umie o swoich przyjaciołach pamiętać. Idźże teraz wczasu użyć, a niech Ci cyrulik dobrze ranę opatrzy. A co? wołał Wojewoda, zwracając się do Definitora, a niedowie- rzałeś Waszmość, a straszyłeś różnemi ewentami, że pilnują, że depeszę złapią, he? a widzisz Jegomość? Z głową wszystko zrobić można. Tak to i ja miałem podobny wypadek, ba, jeszcze gorszy! Mój przyjaciel, Białozor, zakochał się w żonie pewnego Weneckiego kupca i błagał mnie a suplikował, żebym ją Panie Kochanku, wykradł dla niego. Nie było rady. Wykraść nie wielka sztuka, bo sama oknem wylazła, ale uniknąć pogoni, Panie Kochanku, w tem sęk. Więc tedy ja przebrałem się za Niemca, a ona lubo była cudnej urody białogłowa, umalowała się, Panie Kochanku, na małpę, i to tak, proszę uniżenie, misternie, żeby jej i rodzona matka nie poznała. Więc sobie spokojnie pokazując ludziom sztuki po miasteczkach, przeszliśmy aż do samej granicy. Mąż gonił, Panie Kochanku, bo był głupi, i dogonił, ale gdzie jemu, i nie poznał! Bo to, Panie Kochanku, kobiety różne sztuki umieją!! — I ja też proszę Waszej Książęcej Mości, rzekł Definitor, znam jednego szlachcica, który niedawno przewiózł wino tak zgrabnie, że choć celnicy wiedzieli że go wiezie, a odebrać nie mogli. — To nie może być, Panie Kochanku, jakim sposobem? quo titulo? — Extra, prostym sposobem, ciągnął Reformat. Szlachcic wiózł beczułkę circa dwóch garncach małmazji, a że przez zdzierstwo celnicy chcieli brać jakieś extraordynaryjne myto, oponował i płacić nie chciał. Ci nie puszczali, tamten założył się z nimi, że wino w ich oczach przewiezie i nic nie zapłaci, co jeśliby dokazał, celnicy zobowiązali się dać szlachcicowi dwa razy tyle wina ze swojej kieszeni. Owoż co on robi? Odszedł sobie nie opodal, lecz za ów graniczny, jak go tam Niemcy zowią, szlaban, siadł, dobył szpunta i jął sobie pić wino powoli. W jakie ćwierć godziny w ich oczach wypiwszy do kropli, przyszedł z beczułką próżną a z małmazją w brzuchu, i musieli go, nolens volens przepuścić, a co więcej, dać przegrane wino. Tak szlachcic i sam się uraczył i jeszcze więcej wina bez opłaty przywiózł do domu. — A to gracz! Panie Kochanku, śmiał się Książę, i w dobry wprowadzony humor, długo jeszcze z Definitorem gawędził. Młody Paszkowski, po owej tedy wycieczce do , zyskawszy wielkie JW.Wojewody, fawory pozostał w Białej; staremu zaś Koniuszemu zapewnił Książę, że o synie jego pamiętać będzie teraz i w przyszłości. Zaraz też stary przekonał się o tem, gdyż Marszałek oznajmił, że Książe przeznaczył dla Karola, konia do wyboru z całym moderunkiem, a nadto piękny pas lity słuckiej fabryki, wręczając przytem eo instante assygnację do kassy na pięćdziesiąt dukatów, titulo forszusu na garderobę, aby się na pokojach Księcia honeste mógł prezentować. Gdy zaś miejscowy medyk zalecił młodemu Paszkowskiemu, aby dni kilka z izby nie wychodził, stary poszedł się Księciu, podziękować i pożegnać, prosząc wszelako usilnie, aby synowi nie kazał siedzieć w domu, jako mającemu gorącą chęć sił swoich i w polu, co też Książę Wojewoda przyrzekł solennie.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Koniuszyc Brzeski.
