Front matter
Świętopełk Czech
KLUCZE PIOTROWE
BAJKA
całość
Świętopełk Czech
KLUCZE PIOTROWE
BAJKA
Przełożył z czeskiego
Złoczów.
Nakładem i drukiem Wilhelma Zukerkandla.
EDWARDOWI JELINKOWI
PRACĘ SWĄ POŚWIĘCA
Świętopełk Czech — autor utworu, z którym pragniemy zapoznać czytelników, urodził się 21. lutego 1846 roku w Ostrzedku w Czechach. Do szkół uczęszczał w Litomierzycach, następnie skończył wydział prawny w uniwersytecie pragskim. Brak miejsca nie pozwala nam przedstawić zarysu całej działalności Czecha i jego zasług na polu literatury czeskiej. Ograniczyć się musimy krótką wzmianką, iż Czech zajmuje jedno z najwybitniejszych stanowisk literackich w swoim kraju. Należąc do nowej szkoły poetów, posiada on talent obdarzony silną dozą zmysłu spostrzegawczego. Piękny styl, żywa, pełna fantazyi akcya, swojski, niewymuszony humor — oto główne zalety nader licznych prac Czecha. Pomijając niezliczone nowelle, powiastki i arabeski, te prawdziwe klejnoty belletrystyki czeskiej, któremi szczodrze zasila prasę peryodyczną, poprzestać musimy na prostem wyliczeniu tytułów ważniejszych jego utworów poetycznych. Te są: „Kandyotki“, „Chałupka“, „Burza“, „Adamici“, „Anioł“, „Europa“, „Czerkies“, „W cieniu lipy“, „Żyżka“, „Wacław z Michałowic“, „Slavia“, „Dagmara“, „Pieśni niewolnika“ i wiele innych. Bajka „Klucze Piotrowe“ poczerpniętą została z podania ludowego o małych kwiateczkach „pierwiosnkach“ (primula), nazywanych w niektórych miejscowościach Czech „kluczami Ś-go Piotra“. Klucze owe, w utworze poety przechodząc z rąk do rąk, dały mu możność przedstawienia całego szeregu typów ludzi, z których każdy ma inne pragnienia, inne ideały. Te kontrasty i ich syntezę ujął genialny poeta, na tle ludowego podania, w formę udatnej satyry, cieszącej się w Czechach zasłużoną popularnością.
I.
Zaprzęgnę ja sobie Do wozu mej bajki Cztery białe konie Złocistemi krajki. Hejże, hejże, hej!
Wóz cały ze srebra, Ze złotymi dzwonki, Koła ma z piernika, Z cukru wszystkie lonki.
Z Bogiem, luby świecie! Już mi w gardle kością Twój rogaty rozum Z twoją przezornością — Dobrze się tu miej!
Rozwagę i mądrość Niechaj porwie czart, Chcę być niedorzecznym, Wszystko brać na żart.
Hejże tu, do woza! Bajki brzmi już nuta,
W szklannym moim zamku, Z nogami koguta Kusy wodzi rej.
Mówią tutaj ptaki, Rośliny śpiewają, Motyli powiewne Nimfy dosiadają.
Kto taksamo myśli, Niech mi na wóz wskoczy, — Do mnie, piękne liczka, Czarne, modre oczy, Chętnie służę wam!
Dla setek, tysięcy, Jest tu miejsca huk, Tylko mi z krytyką Precz, na miły Bóg!
Nie piszę dziś dla niej, By się sławy dobić, By strofy poprawne Gładkim rymem zdobić, Z tematem mieć kram!
Bujać chcę w błękitach, Póki rzewnie chce się, Gdzie wolne fantazyi Skrzydło mnie poniesie.
Koniki już grzebią Raźno podkówkami — Nuże, w sfery bajek Lećmy jaskółkami! Hejże, hejże, hej!
Brzęczy wóz wesoło Złocistymi dzwonki, Koła ma z piernika, Z cukru wszystkie lonki.
II.
Powiadają, powiadają — Lecz wierzyć nie trzeba, Że doznaje strasznych nudów Święty klucznik nieba;
Że dziś dusza sprawiedliwa Ponoć białym krukiem, A więc pusto, srodze pusto Przed rajskich bram łukiem.
Ja nie wierzę takiej plotce, Wszak nam nie brak zgoła Szlachty, księży i dewotek, Dziadów z pod kościoła!
Ileż ludzi bogobojnych Karpie w poście jada! Nie, nie wierzę, lecz com słyszał, Bajka opowiada.
Więc słuchajcież! Klucznik rajski, W długiej nudów chwili, Z okna niebios na dół, ku nam, Świętą głowę chyli.
Bada naszą kulę błota W jej pospiesznej drodze, Nad tą ludzką gospodarką Kręci głową srodze...
A w punkt jeden zatopiony Świętemi oczami, Zabawia się wiszącymi U pasa kluczami.
W tem nieszczęście! złote klucze Nagle się urwały, Z rąk wymknęły i ku ziemi Migocąc leciały.
Jak dwie gwiazdy spadające Zabłysły w przeźroczu I malały w modrej dali, Aż znikły dla oczu.
Nie wiem, nie dbam, co się działo Później u bram nieba, Ale myślę, że nie wielka Kluczów tam potrzeba.
Lecz, co stało się na ziemi, Co w głowie utkwiło, Tym wierszykiem nieuczonym Pióro nakreśliło.
III.
Czterolistek koniczyny U czapeczki — szczęścia znak, Ale cóż, gdy na tym świecie Chłopcu idzie wszystko wspak. — „Marne, woła, szczęścia kwiecie, Gdy wciąż nowa bieda
„Ach, ubóstwo na tej ziemi Najstraszniejsze z wszystkich nędz!“ Wtem... coś leci nagle z góry I przed chłopcem klucze bęc! Przygląda się — jasność płonie, Trącił — brzmi coś, jakby w dzwonie.
— „Nie dbam, czy to piekeł sidła, Czy bogini dobrej dar, Klucze, wy mi otworzycie Drzwi, co wiodą w uciech war, Tam rozkoszy pełną czaszę Złoto mi podsunie wasze“.
W dłonie bije, skacze, śpiewa, Twarz radością płonie mu, Odzywają się w kieszeni Lube tony kluczów dwu, Zda się, szemrzą skrzypiec dźwiękiem, Dzwonią śmiechem, czaszy brzękiem.
Głową kręci Abram stary, Zobaczywszy skarby te, Długie pejsy mu się trzęsą, Gwałtem klucze nabyć chce. Gdy chciwością podniecony Wstrząsa nimi, dźwięczą tony.
— „Ech, to złoto ladajakie, Z przed potopu, stary grat“ — I chłopaka okiem zmierzył, Z przebiegłości swojej rad. Poczciwiec ten, pewny siebie, Chłopcu pomógł wnet w potrzebie.
Mieszek pełny, patrz, za chwilę Trzyma w ręku dziarski chwat, To mi rozkosz, to mi życie, Bodaj trwało setki lat: Wino, dziewy i pieśń pusta, Od całunków bolą usta! — —
Wraca z miasta chłopiec blady, Coś na kwintę spuścił nos, W głowie pustka, w sercu smutek, Ciężko szemrze na swój los: — „Żal mi, klucze, was stokrotnie, Straconeście bezpowrotnie!“
IV.
Nad tygielkiem chyli głowę Izraela syn, Klucze niebios chce przetopić W szczerozłoty płyn.
We łzy złote się rozpływa Arcydzieła twór. Co to? dźwięczy jakaś nuta, Słychać jakiś chór,
Jakby szeptał w koło ciebie Archaniołów tłum, Jakbyś słyszał poruszanych Śnieżnych skrzydeł szum,
To znów jakby przytłumiony Harf niebiańskich ton, Co do koła otaczają Wszechmocnego tron.
Niezwyczajnych uczuć jakichś Doświadcza nasz żyd — — Machnął ręką: — „To złudzenie, Myśleć o tem wstyd!“
Wtem pogrąża go moc czarów W snu błogiego stan: Śni, że z panów wszystkich świata On największy pan,
Że go władcą giełd wszechwładnym Zrobił nagle los, W tryumfalny wóz że wprzęga Raz baisse, to znów hausse;
Że mu usta przy libacyach Zwilża wina zdrój, Jego wolą się kieruje Dziennikarzy rój;
Że od krzyżów, gwiazd i znaków Piersi jego lśnią, Trybunowie ludu przed nim Czołem bijąc, drżą; —
Wszystkim sztuki mecenasom Może stać za wzór, (Opiekunem on jest pierwszej Z Terpsychory cór,
Nie mniej wspiera prymadonny Pierwszorzędnych scen) — — Ziewnął, — nagle z oczu pierzchnął Czarodziejski sen.
Rankiem, coś w tygielku syczy — Boże, co za cud! Kluczów dwoje, kółkiem spiętych Leży jako wprzód.
Przelękniony żyd się cofa, Jak liść cały drży. — „Jakaś siła dziś nie znana Figle płata mi!
To nie dla mnie takie złoto, Znać z kabbały sfer, W naszym wieku nie popłaca Takie zero zer.
Zresztą mógłby Izaak luby, Syn mój, popaść w błąd, Pochwycony w idealny Dziwnych czarów prąd.
Choć ze szkodą, zbyć je Otarł zimny pot I w sklepiku, pośród butów, Klucze wiesza w lot.
V.
Błyszczy sklepik grą świateł, promieni, Takich cudów nie oglądasz co dzień, Wszyscy w sklepie jasnością olśnieni, Każdy staje przed sklepem przechodzeń.
Pewien człeczek, znany badacz stary, Zjawił się tu naraz niespodzianie I włożywszy na nos okulary Spostrzegł klucze, ślinkę połknął na nie.
Poznał bowiem, co to jest za złoto, Czego blaskiem niewidzianym płonie — — W tabakierkę stuknął i z ochotą Kupił klucze, zacierając dłonie.
Wnet staruszek nasz rozpromieniony Do izdebki wilgotnej rad spieszy, Tam ogląda towar z każdej strony, Jakby dziecko zabawką się cieszy.
Gdy podziwia sztuki dzieło śliczne, Coś mu w głowie niezwykłego tleje! Widzi, zda się, wieże niebotyczne, Jakiś zamek w myśli majaczeje,
Przed oczyma zjawia się wspaniały Szereg komnat, godnych królów rodu. Jak szalony woła na głos cały: — „Mam was, mam was, klucze Wyszegrodu!“
W swej izdebce natychmiast zasiada I z pospiechem pióro w rękę ima, We dnie, w nocy czyta, pisze, bada, Stos arkuszy rośnie przed oczyma.
Chociaż wonny maj ku sobie wabi, O nic nie dba, nie czuje, nie słyszy, Wciąż samotnie czas nad pracą trawi; Kruk mu tylko wiernie towarzyszy.
Ulubieńcem jest on uczonego, Na ramieniu zwykle przesiaduje, Muska skrzydłem łysą głowę jego, Skrzecząc, pióra skrzypnięciom wtóruje.
Pisze badacz o początku światów, O bramańskich wedach, kingach chińskich, O znaczeniu helleńskich dramatów, O sofistach szkół aleksandryjskich,
O mogiłach, grobach i kurhanach, O Swarogu, książęciu Igorze, Pobratymczych z nami Polabanach, „wojach“, o „dziewie-potworze“.
Gdzieś popsuty znalazł zamek stary — Złote klucze jak raz doń pasują, — Znów drzwi jakieś — pisze, pełen wiary: — „Okuć ślady na nich się znajdują...“
Jednem słowem, jak to z drobnej kości Owen zwierza kopalnego sklecił, Nasz bohater, znany z uczoności, Wyszehradzki zamek naraz wzniecił.
Niemniej klucze dodały podniety, Zeciemniony pasmem wieków tylu, Wskrzesić zarys sztuki z czasów Tety, Gust i piękno Krokowego stylu.
— „Tak przodkowie żyli nasi sławni“ — Kończył autor w zwycięskim ferworze, „W czasach, kiedy Germanowie dawni W wilczych skórach tułali się w borze“.
Wyszło dzieło iście pomnikowe, Wnet wertować je każdy się bierze, W krótkim czasie znów wydanie nowe, A dla ludu na gorszym papierze,
Luksusowe dla arystokracyi, Spięte klamrą, w bogatej oprawie, Z mnóstwem świetnych w tekście ilustracyi G’woli naszych rysowników sławie.
Wnet po całych Czechach rozrzucono Rozpraw, krytyk i sprawozdań paki, Wieszcze nasi, z miną namaszczoną, Na skrzydlate wskakują rumaki,
W rymach pełnych siły i zapału Klucze Kroka naraz opiewają — Czytelnicy w sfery ideału Na fantazyi skrzydłach ulatają...
Gdy dosięgnął badacz wiedzy szczytów, Gdy rozbrzmiała wszędy jego sława, Sypie się nań tysiące zaszczytów, Z Rossyi order przysłan Stanisława.
Lecz, jak zwykle bywa na tym świecie, Bo, niestety, zawiść na nim gości, — Autora ktoś w niecnym pamflecie Chłoszcze srodze, nie znając litości:
— „Są podania dawne“, woła „sądzę, Wierzyć trzeba, co nam każde niesie, Że zamykał się wciąż na wrzeciądze Nasz Wyszehrad, zbudowany w lesie“.
Zamilkł wreszcie pyszałek nadęty. Lecz znów inni, w ręku z dowodami Głos podnieśli, wszczynając zacięty Spór kluczystów z anti kluczystami.
Było dużo wrzawy, krzyku, śmiechu, Od Olbrzymich gór aż do Szumawy, Manną bowiem bożą, prawy Czechu, Zwykle dla cię są podobne sprawy.
Szli na pięście z sobą ludzie prości, W wyższych sferach walka słowna wrzała, Każde pióro żgało bez litości, Jako jadem napuszczona strzała.
Nawet pośród miasteczek i wiosek, Tam, gdzie zwykle, w braku swego zdania Ślepo wierzą w burmistrzowski wniosek, Groźną walkę wszczęto bez wahania.
Sprzeczano się w nieustannej wrzawie, Butelkami rozbijano czoła, Po szynkowniach, klubach, na zabawie, U każdego biesiadnego stoła.
— „Uciszcie się, swarliwe języki! Niech komisya, woła ktoś, raz zbada Czy brać klucze za autentyki — A tak skończy się obmierzła zwada “.
Zatem, w szkiełka uzbroiwszy oczy, Rada mężów, w danej rzeczy biegła, Do izdebki uczonego kroczy — — Lecz, słuchajcie, co tutaj spostrzegła:
W nieporządku wielkim rozrzucone, Rękopismy, książki, druki w koło; Zaś nad pracą mozolną schylone, Uczonego, zmarszczek pełne, czoło.
Starzec głowę wzniósł na powitanie A wtem szkodnik kruk oknem ulata. — „Moje klucze, ratuj, święty Janie! Woła badacz, gońcie go do kata!“
— „No! no!“ — każda powaga się dziwi, — Czmycha, parska i gładzi czuprynę. Zwłaszcza rywal dziwnie usta krzywi — „Kruk, kruk!“ woła, drwiącą robiąc minę.
Smutnie głowę nasz uczony kłoni, Po straconym skarbie łzy wyciska, Nie tłómaczy się nawet, nie broni, A wołając, pięść w złości zaciska:
„Ach ty łotrze, nie godzien żywienia, Niech los na cię głodną śmierć sprowadzi, Zdechnij z braku jadła i z pragnienia, Zanim kula ze świata cię zgładzi.
„Jakimż klucze te były tematem! Mógł z nas każdy do woli się sprzeczać, Erudycyą chlubić się przed światem, Podziw w całej Europie wzniecać;
„W końcu dowieść że przodkowie sławni Sztukom pięknym dank już oddawali, W czasach, kiedy Germanowie dawni W lesie dziko jeszcze się tułali.
VI.
Po nad lasem kruk wciąż kracze, Marny jego gniew — Chłopak jak wiewiórka skacze Po konarach drzew, Chociaż gałęź pod nim gnie się, On ku gniazdu w górę pnie się... Oj, ta młoda krew!
W gnieździe klucze jak zarzewie Przed zdumionym lśnią — — Na dół drapie się po drzewie Ze zdobyczą swą. Bawił się kluczami nieraz, Więc jak zwykle tak i teraz Usta w dziurkę dmą.
Słyszysz, czarem boskich tonów Dźwięczy cały bór — Jak dalekich echo dzwonów, Serafinów chór, Jak z pod palców mistrza ręki Melodyjne harfy dźwięki To raz mol, to dur.
Wreszcie niby ziemia święta, W czas wiosennych dni, Jakby szczęściem wskróś przejęta Echem wtóru drży... Każdy skoczną nutę czuje, Mimo woli przytupuje I o tańcu śni.
Więc ruch we wsi. Młody, stary, Lecą ze wszech stron, Nawet pleban wybiegł z fary, Dzwonnik rzucił dzwon, Bo każdego wskroś przenika Czarodziejska ta muzyka, Błogi, luby ton.
Ojciec chłopca — organista, Mistrz w kościelnej grze. Muzyki, rzecz oczywista, Znał zalety wsze; A więc poznał kluczów dary I powzięte wnet zamiary Wykonywać chce.
W świat bezzwłocznie ruszył z chłopcem, Ten mu niesie cześć; W kraju bowiem własnym, obcym, Wnet gruchnęła wieść: Że cudowne dziecko owe Nad talenta koncertowe Umiało się wznieść.
W które przybył chłopiec strony, Wszyscy lgnęli doń: Tłum słuchaczów zachwycony Bił namiętnie w dłoń; Na kolana księżne brały, Hrabianek paluszek mały Gładził dziecka skroń.
Wzrósł w młodzieńca. Z każdym rokiem W sławę począł róść — Patrząc nań zawistni bokiem, Ukrywali złość. Choć zarówno w klucze dęli, Nic ze sławy nie ujęli, Mistrz miał laurów dość.
Ten tak, owak, klucz obraca, Ten inaczej dmie, Na nic wszelka grajków praca, — Próżno silą się. Aż po koncept raz do głowy Idzie jeden rywal nowy... Woła: „Mam więc cię!“
Klucze nakształt mistrza kluczy Zrobić dał co tchu I jak zdrady kodeks uczy, Wnet podsuwa mu. Mistrz, nie wiedząc nic o zdradzie, Gdy się zjawia na estradzie — Sława jego... fiu!
Bo instrument jego dęty Nie anielski dźwięk, Ale wydał ochrypnięty, Fałszu pełen jęk; Jakby darł się w czas marcowy, Podczas nocy księżycowej Kot z miłości męk.
W sali wzbudza się panika, Jeży mistrza włos, W drugi klucz dmie, lecz spotyka Znów go smutny los: Zda się nocą gdzieś na dachu Huczy, nabawiając strachu, Sowy wstrętny głos.
Więc biedaka dreszcz przejmuje... Zatrząsł się i zbladł, Gdyż muzyka, jasno czuje, Wciąż nie idzie w ład. Ręką maca się po skroni, Nagle głowa mu się kłoni I... zemdlony padł.
Rano czyta rzecz złowrogą: „Jego świst i zgrzyt Będzie odtąd perłą drogą, To szkół nowych świt, Nowy naprzód krok muzyki, (Pisze mąż od estetyki), Nowy dźwięków byt.
Dosyć nut nam słodkobrzmiących! Ze starszyzną precz! W takich tonach ot gwiżdżących Leży cała rzecz! Trza nam nerwy drażnić sobie, Muzyki w postępu dobie Nie cofajmyż wstecz!“
Więc na duchu nie padł zgoła. Nieszczęsny nasz druh, Wierzył, że go jeszcze woła Euterpy duch. I na nowo w klucze dmucha, Cóż gdy zamiast grać od ucha, Znowu drażni słuch.
Jednak z estetycznym smakiem Garnie się doń lud, Unosi się wraz z biedakiem Do krainy złud. Czuje dźwięk, co płynie z duszy, (Zatkawszy wszak w domu uszy Dobrze watą wprzód).
On łzy tłumi, szepcząc z cicha: „Biedne serce me! Gdzież się podział, ciężko w zdycha, Czar muzyki — gdzie? Usta znać już nieudolne, Gdy zaledwo zdobyć zdolne Wstrętne tony te!“
Jak okrutnie serce męczy Wciąż zazdrości żar, O rywalu kiedy dźwięczy, Że ma talent, dar, Że słuchaczów mu przybywa, Bo każdego z nich porywa Gry mistrzowskiej czar.
Chce go słyszeć. Ten nim zdołał Gwizdnąć drugi ton, „Moje klucze! mistrz zawołał, Zabrał mi je on!“ Gdy się prawdy domacano, Rywalowi rozkazano Zwrócić cenny plon.
Klucze mistrz ma, lecz jak trudno Serca podbić znów; Jasno bowiem, że tę cudną, Rzewną pieśń bez słów Klucze same wszak wydają, — Usta rolę miechów grają, Jak chce mieć ten, ów.
Pierzchła sława bezpowrotnie W nieskończoną dal! Uciekł z miasta, żył samotnie, W sercu został żal. Świst mu stanął w gardle kością, Aż raz klucze z wielką złością Cisnął w tonie fal.
VII.
Młody i piękny rybak nad sieciami Duma, twarz bladą na pierś smutnie kłoni, Przed nim, jeziora muskany falami, Wspaniały zamek przegląda się w toni.
Mury te strzegą zaklętej królewny. Od dawien dawna, jak wieść ludu prawi, W noc księżycową jej to cień powiewny W krużgankach zamku codziennie się jawi.
Napróżno, błądzi, jęczy, płacze, stęka, Wrót nie otworzy tych już żadna siła, Czarnoksiężnika zamknęła je ręka I klucze w głębie jeziora wrzuciła.
Spostrzega rybak jej białą sukienkę, Zda się, dłoń biednej z oddali go wita, Zda się, że słyszy żałosną piosenkę, Która tkliwością za serce go chwyta.
Nie dziw, że żal mu łzami rzęsy rosi I że z westchnieniem sieci w ręce ima, A w tem, o dziwo, kiedy sieć podnosi, Dwie złote rybki błyszczą przed oczyma.
— To nie są ryby! wzrok mnie wszak nie zwodzi, To są zamkowe klucze, woła, — nagle Chwycił je, wskoczył co prędzej do łodzi, Ta szybko nad nim rozpięła swe żagle.
Pod skrzydły tajnej jakiejś żądzy gońca Wciąż płynie, gna go naprzód jakaś siła. Ostatnim blaskiem gasnącego słońca Zorza jezioro sine zrumieniła;
Na jego falach, zbarwione w szkarłaty, Liście olbrzymie jak tarcze pływają, Z każdego liścia lilii wodnych kwiaty Jako kaganki drogę oświecają;
Po nie rusałek rączka sięga mała, Co wodę prują, pluszczą się w oddali — W złotej uprzęży para srebrno-biała Łabędzi łódkę ciągnie po wód fali;
Od wrót zamczyska chłopcu na spotkanie Białych gołębi nadlatują stada, Lekkie ich skrzydeł słyszysz trzepotanie, Ten tu, ten ówdzie, na czółnie przysiada;
Po ścianie, która okala ogrody, Wspaniałe róże sypią się kaskadą; Gdy na brzeg wyszedł z czółna rybak młody, Pod chłopca stopy pokotem się kładą.
A kiedy wstąpił na progi z marmuru I w oddrzwia włożył dwa klucze ze złota, Z echem w oddali śpiewanego chóru, Naoścież przed nim rozwarły się wrota;
W nich stojąc, białe wyciąga ramiona Ku chłopcu dziewa, krasy niewidzianej, Przyklęka przed nim, twarz jej rozogniona Kryje się w fałdach sukni, złotem tkanej.
Zdumiony patrzy zda się w twarz anioła, Nęcą go lica i te rączki małe, I włosy miękkie, co lśniąc się dokoła, Na pierś spadają i ramiona białe.
Blaskiem jej oczy coraz więcej płoną. A tak go wabią ku sobie i proszą... Coraz to silniej drga dziewicze łono, Coraz to szybciej dwie fale się wznoszą...
Pełnym snać duszkiem chłopiec pił szczęśliwy, Ambrozyi nektar z miłości puharu, Rozkoszy wszelkich na ziemi prawdziwy Raj dlań zawitał wśród upojeń czaru.
Ukołysany pieśnią w tkliwem łonie Wil i rusałek wodnych, gdzieś z oddali, Marzył tu słodko na dziewiczem łonie, Co zda się niosło spiącego po fali...
Raz, kiedy ze snu obudził się, z cicha, Podniósł swą głowę z dziewiczego łona, Tak motyl z lilii wznosi się kielicha, Gdy ta w snach błogich, rankiem, pogrążona.
Wymknął się spiesznie na palcach z alkowy, Przez korytarze pospieszał do bramy, Na próg zamczyska wstąpił marmurowy, Jak wszedł tak wyszedł z zamku w ślad ten samy.
Kluczami w oddrzwiach złotymi zatoczył, Wyszedł i bramę zawarł jak należy, Za wiosło chwycił i na czółno wskoczył, Odbił się silnie wiosłem od wybrzeży.
„Już teraz dla mnie jasne jak na dłoni, Czarnoksiężniku, zaklęć twych przyczyny“ Woła i klucze wrzuca do wód toni Na dno przeźroczej jeziora głębiny.
VIII.
Pater wielką rybę na więcierze chwycił, Mało to zaiste, by klasztor nasycił, Ale żaden z mnichów nie skarży się na to, Że obiady krótkie, — chóry dłuższe za to. O ziemskie marności dbają tutaj mało, Sandał męczy nogę, włosiennica ciało. Wszędy najdziesz móle, wszędy pył, rdza sroga, Bo o niebie tylko myśli sługa Boga. Jako pszczółki, brzęcząc, w modlitwie pociechy Szukają tu, cierpiąc za ludzkości grzechy...
Gdy brat kucharz utkwił w rybę ostrze noża, Cóż za jasność błysła! O Matko ty Boża! Zamiast mlecza, Chryste! z rybiego żywota Wyjmuje dwa klucze ze szczerego złota! Od strachu na głowie włos mu się najeży, Do ojca gwardyana z kluczami pobieży. Świętobliwy gwardyan ambrę niebios czuje, Jakie to zacz klucze, natychmiast zgaduje. Oczy mu jaśnieją niezwykłem natchnieniem; Wzniósłszy w górę ręce, woła z namaszczeniem: — „Dzięki słać do Pana wiecznie za to mamy, Że nam zesłał klucze od niebiańskiej bramy!“
Wnet ludziska wieści sobie udzielają, Że w klasztorze klucze znajdować się mają, Które na ołtarzu świątyni złożono, Co jak gwiazdy z nieba, tak światłością płoną. Do klasztoru zatem z tej i owej strony Pobożnych pielgrzymów walą się miliony. Nad ludem falują chorągwie złociste, Od nich dziewy wstęgi trzymają wzorzyste. Głośna pieśń pątników sławę Pana wieści; Tłumy niezliczone ledwo klasztor mieści.
Mnisi naraz nowe rozpoczęli życie, Albowiem ofiary sypią się obficie. Wynędzniali bracia ciała nabierają, — Gdyż obiady dłuższe, chóry się skracają. Lubią przesiadywać dłużej w refektarzu, Więcej o żołądku myśląc niż ołtarzu.
Raj ziemski kluczami tymi otworzono, Cóż, gdy wiekuiste szczęście zatracono! Gdy zaś dopełnili mnisi grzechów miarę, Sprawiedliwy Stwórca zesłał ciężką karę: W różne strony świata naraz rozproszeni Zginęli bez wieści. Dzisiaj wśród zieleni Bluszczów i paproci widnieją ruiny, Co świadczą o karze grzeszników za winy.
IX.
Bladego był młodzik lica, Z dziwnym smutkiem w czarnem oku, Wciąż unikał ludzi tłoku, Jakby do nas spadł z księżyca. Wiódł tryb życia zagadkowy, Więc nie jeden z ojców grodu, Patrząc nań, do szczepu rodu Zwykł był prawić temi słowy: — „Przykładem ci, mój kochany, Niechaj będzie ten zbłąkany; Idąc w życiu torem wstecznym, Nie dosięgnie wysokości, Nie stanie się użytecznym Członkiem kraju, społeczności, Nie doścignie czci i mienia, Godzien będzie pogardzenia, Nie żałowan“... a wtem oto W tabakierkę klapnął złotą, Na niej Chrystus, jak z ołtarzy, (Kupiona na wysprzedaży). Unika nasz młodzian świata, Z ciszą leśną wciąż się brata,
Błądząc ziemię łzami rosi. Na raz jeden dobre bóstwo, Co „Fantazyi“ miano nosi, Zastawia nań sideł mnóstwo: W pełnej czarów tej zieleni Wrzos mu w cudne sady mieni, Mchy w czarowne zmienia lasy, Skromne dzwonki w elfów czasze, W grodów dachy barwnej krasy Muchomory zmienia nasze, A w paproci liść powiewny Przyozdabia swe królewny. Wiodąc chłopca w marzeń tonie, Rusałkowem wabi okiem, Usypia go na swem łonie Bajką, pieśnią, lubym wzrokiem.
Jakichś dziwnych uczuć brzemię W piersiach chłopca wciąż spoczywa, Jakaś błogość w sercu drzemie, Nęci, wabi i porywa; Chociaż nie zna młoda dusza, Co tęsknoty jest katusza, Marzeń roje gdzieś ją wloką I wysoko i daleko.
Raz, jak zwykle, błądzi sobie W lasów cieniu, w owej dobie, Gdy maj wzorzył to ustronie Przecudnemi mchów barwami,
Leśnych kwiatów świeże wonie Mięszał wiatru podmuchami, Gdy kukułkę pierwszą zbudził, Gdy w zefirów igrał fali, Gdy ku sobie wabił, łudził, Jak ten bratek oczkiem z dali.
Wtem, po całym gęstym lesie, Słyszy, echo skądś się niesie; Znać prastarych borów duchy Odzywają się gdzieś jękiem. Pełen wiary i otuchy Młodzian dąży za tym dźwiękiem. Przez gęstwiny się przedziera, Strome skały mija bokiem, O przepaście się ociera, Przeskakuje pewnym krokiem Strumyk górski, co się pieni Wśród skał nagich i kamieni. Za sosnowym laskiem małym Od wichury ocalałym, Jak zaklęta przed oczami, Patrz, dolina się rozsiadła, Otoczona wskroś drzewami... Zdało się, że noc zapadła W drzew tych cieniu. Od tej strony Niosły się urocze tony. Oczy chłopca wtem spostrzegły Resztki baszt w gotyckim stylu,
Co zagłady się ustrzegły. Stąd brzmi, nie wiem od lat ilu, Odłos dzwonka, który mnichy Na chór zwał, lub pacierz cichy. Gąszczem się przedziera młodzian, Gdzie chram pusty, zrujnowany, W lasów cieniu stał, przyodzian W bluszcz, co wszystkie oplótł ściany, Ocalone od ruiny. Niżej kwitnie krzak jeżyny; Główki wznoszą tu ku górze Białe lilie, wonne róże, Z mchów wyjrzawszy aksamitu. Przez szczeliny gdzieś od szczytu Błękit nieba się przeziera, Światło igra promykami, Las ciekawie w chram zaziera Przez szczeliny gałęziami Osłaniając dookoła Uszkodzone świętych czoła.
Z ciekawością, co z ócz błyska, Chłopiec dąży w rumowiska, Gdzie stał ołtarz w dawne lata. Jak tu pusto! Patrz, tam z boku Bluszcz, co ścianę tę oplata, Kaskadą, zda się, potoku... W tem, gdzie ściana nadpęknięta, Którą zieleń ta otacza,
Jeden kamień się zatacza I bluszczowe zrywa pęta. A w szczeliny tej tu stronie Co za jasność dziwna płonie! Nasz bohater raptem staje I dwa klucze stąd dostaje. Obraca je z każdej strony, Przygląda się wystraszony. — Czyżby skarb zakonnej braci Zachowały skrycie mury? Wtem spłynęło k’ niemu z góry Jego bóstwo w nimf postaci. Skrzydła grają wiatru wiewem, Usta szepcą lubym śpiewem:
— „Chłopcze, klucze prędzej bierz Z tego świata za mną spiesz! Głucho wszędzie, pusto wszędzie, Nikt tu szczęścia nie posiędzie. Marne wszystkie ziemskie troski, By osiągnąć uciech czar, Złoto, sławy urok boski, Lub wszechwiedzy ludzkiej dar! Złudną pianą wciąż się pieni Pełna czasza życia tego. Szczęśliw, kto do łona mego Zechce się przygarnąć rad. Zmianę w duszy wnet poczuje, Ja mu życie oczaruję,
Jasnych dodam mu promieni, Dam wiecznego szczęścia kwiat! Synu drogi! oto ciebie Godnymi się klucze zdają. A więc glinę zrzuć tę z siebie, Zerwij świata wnet kajdany, Pójdź, gdzie święci przebywają! Prędzej klucze, chłopcze bierz, Przez jutrzenki świt różany Do bram nieba za mną śpiesz!“
Krasę leśnej tej ustroni Falująca para biała Coraz więcej zasłaniała... Już tumany tuman goni, Jak gdy patrzym z górskich szczytów Na mgieł lekkich powódź siną; Płyniem, zda się, do błękitów Mgławicami, co gdzieś giną. Nagle wśród tych mgławic bieli, Ku nadziemskich sfer przestrzeni, Promienista tęcza strzeli Siedmiobarwną grą odcieni. Po niej w górę nimfa wzlata — Nie wiesz czy ją stopy wznoszą, Czy na skrzydłach tych ulata, Co u ramion się panoszą W grze kolorów ustawicznej; Przystrajają się w błękity,
To w purpurę zorzy ślicznej, To w księżyca srebrne świty, To jutrzenki złotem płoną, Barw zmieniając wciąż przepychy...
Młodzian z głową rozmarzoną W ślad za nimfą zdąża cichy. Płynie, płynie wniebowzięty, Tęczą w górę, szybkim biegiem, W kraj zaziemski, niepojęty, Mgieł powiewnych płynie śniegiem, Co się mienią w dziwne zręby, Fantazyjne pyłu kłęby; Zda się puchy wybielone, Lekką gazą przysłonione... Naraz mgły, co wskroś się wiły, Krwawą łuną zrumieniły. Na niebiańskim tym przestworze W grze kolorów i odcieni Jakbyś widział jasną zorzę, Co szkarłatem się płomieni; Taką słońca twarz, gdy świta, Za widnokrąg napół skryta. Gdy ślad w niebo niezmierzony Już dobiegał swego końca, Wzrok z jasnością oswojony, Widzi bramę zamiast słońca Umieszczoną wśród błękitu, Strzelającą do zenitu,
Z drogich kruszców wykonaną, Rubinami wykładaną. Na niej, patrzaj, gwoździe żywe: Małe główki oskrzydlone, Wskroś po bramie rozrzucone... Raju wrota masz prawdziwe!
Jak mistrzyni chłopca uczy, W otwór zamku leciuteńko Włożył jeden z niebios kluczy I zakręcił cichuteńko. Lecz niebiańskie to zamknięcie Zardzewiałe ponoć było, Odezwało się skrzypnięcie, Lecz tak jakoś błogo, miło, Jakbyś synka słyszał głosek, Gdy twój luby złotowłosek Rad pościółkę śmiechem wita, Gdy go do snu kładzie matka. Wolę nimfy do ostatka Pełniąc, chłopiec klamkę chwyta. Znów głos dźwięczy, śmiechu blizki, Jak gdy matka u kołyski Podczas nocy letniej, w ciszy, Swego dziecka śmiech posłyszy I rozśmieje się tak samo. Chłopiec wszedł do nieba bramą.
Próżno się wysila mowa I wypisać pióro sili,
Nie wynurzą ludzkie słowa, Co tam ujrzał w danej chwili! W oczach wszystko mu wiruje, Jako ogniem twarz mu pała, Dusza rozkosz w głębi czuje, Tu na wiekiby została, Choć się w strachu cały trzęsie, Choć łza błysła mu na rzęsie, A pot czoło pokrył rosą. Usta nimfy słowa niosą: — „Dalej, chłopcze, dalej spiesz Niebiańskie to są przedsienie, Drugi klucz co prędzej bierz, Wnet do drugiej bramy zmierz, Tam cel wszystkich, tam pragnienie.“ Krok... i chłopiec wryty stoi, Spojrzeć przed się trwożny boi, Bo wstrzymuje go w zapędzie Niepojęta groźna burza... Pełno śniegu wokół wszędzie, Jakiś olbrzym w nim się nurza, Pełno blasków z tęczy wziętych... Patrz, wichurę sprawia ową Białych skrzydeł szum rozpiętych, Co szeleszczą ponad głową. Patrz, nad chłopcem gniewem pała Twarz świętego to Michała!
Rycerz Pana woła: „Zasię!“ Błyskawicznym mieczem śmiga;
Brylantowy ogień zda się Z rękojeści się dobywa, Co z księżyca jest kowana, Gwiazdnem złotem wykładana. Młodzian klucze ku obronie Podniósł w górę, trwogą zdjęty; Ciął w nie silnie, zamiast w skronie Swej ofiary, rycerz święty. Iskrami się rozsypały Pod prawicy silnej grotem I ku ziemi uleciały Klucze deszczem szczero-złotym.
Rycerz mieczem znów zatoczy... Wtem od furty niebios kroczy Święty Piotr zrządzeniem losów. Równa fałdy na ubraniu I kosmyki gładzi włosów, Jak zwykł czynić po wyspaniu. Wstrzymał zapęd Michałowy, Lecz ku sobie gniew w nim budzi:
— „Piękny widzę koncept nowy, Ślicznie strzeżesz progów Pańskich, Gdy twe klucze w ręku ludzi!“ Rzecze klucznik wrót niebiańskich:
— „Co za zbrodnia, że w tej dobie Gość do nieba zajrzał sobie?
Byłać dawno na to pora, Zresztą, z rana do wieczora Rozpacz siedzieć wśród tej głuszy, Nie zoczywszy ludzkiej duszy; Patrzeć wiecznie w punkt ten samy, I podziwiać, co już znamy. Znać w ludziskach, wyznać trzeba, Znikła chęć ujrzenia nieba, Gdy o raju zdanie mają, Jakie im tam narzucają Malarze i kaznodzieje: Obłok, mówią im, bieleje, W nim zastępy cherubinów, (Małe główki oskrzydlone), Liczne chóry serafinów, Na potęgę rozckliwione, Wiecznie w kółko niebo całe Wszechmocnego głosi chwałę, Harfy coś tam wciąż brzdąkają... Co za dziw, że nie wzdychają Ludzie dzisiaj już do nieba, Koncertów im nie potrzeba! Zachodź, chłopcze; sądzę, pora Najlepszą będzie z wieczora. Zachodź, jeśli masz ochotę; Drzwi otworzę z wewnątrz złote; Możesz chwilkę, jak i teraz, Rozejrzeć się w niebie nieraz A głoś ludziom ustawicznie, Jak tu u nas, w niebie, ślicznie,
Tylko milcz, jak zmarły w grobie, O tem, jakie w niebo drogi, Bo inaczej, pomnij sobie, Padnie na cię wyrok srogi“.
Chłopca nimfa znów ku ziemi Uniosła pod skrzydły swemi.
Od tej doby chłopiec miły Co noc, kiedy niebios łany Gwiezdnem kwieciem się iskrzyły Dążył w przestwór niezbadany, W bramę stukał niebios Pana 1 przebywał tam do rana. Jakaś roskosz niepojęta, Która w duszy panowała, Piersi chłopca rozsadzała, Chcąc za ciasne skruszyć pęta... W podnieconym takim stanie W las zaszedłszy niespodzianie, Wyjął arkusz i usiada Na pień burzą powalony, Drżącą ręką papier składa I zapełnia wszystkie strony... Zaniósł utwór swój do domu, Tam przepisał pokryjomu, Do koperty wielkiej włożył, Adres pisma nań położył, Do pocztowej skrzynki wrzucił I w radości znak zanucił.
Snuł tematów setki w głowie. A gdy spotka przyjaciela, W poetycznem barwnem słowie Swoich wrażeń mu udziela, Z niebem młodych marzycieli Zaznajamia tak potrosze. W końcu rajskie te rozkosze Wszyscy gwałtem poznać chcieli; Wciąż żebrali i prosili, Aż go w końcu przymusili Do wrót nieba wskazać drogi. Nauczył, jak pukać mają Z krzykiem, wrzaskiem, całą zgrają. Tłum się wali w niebios progi I dostępu śmiało żąda. Zrazu nikt nie odpowiada. Próżno każdy prosi, biada, Podsłuchuje i podgląda. Wpuścił wreszcie ich Piotr Święty. Naruszono niebios ciszę... Ten całować mu chce pięty, Ten na ścianach rymy pisze; Z prośbą w ręku krzyczy wielu, Zamięszanie w całej zgrai: Święty Michał gniew wciąż tai. — „Ot, masz teraz, przyjacielu!“
Gwiazdami dziś wieszcze z góry Swoją kieszeń napychają,
Kwiatów rajskich znoszą fury, Rosę niebios rozlewają, Słodko-wonnej tej polewki Pełne znoszą nam konewki, Całe paki piór niebianów! Każdy, w dobie tej, z ziemianów Rajskich rzeczy mą popóty. Powiem, niemal, że się wstydzi W licznem gronie, gdy się widzi, O niebiaństwie wieść dysputy. Tajemniczej zdrajcę drogi Chłoszcze naraz wyrok srogi. W pocie czoła musi zbierać Barwne słowa, rymów dźwięki, Doświadczając strasznej męki W rękopisach cudzych szperać, Czytać czyjeś tam sonety I wychwalać ich zalety, Darmo nieraz wiersze robić, Almanachy nimi zdobić, Literacką nędzę witać, Lub krytyków znanych czytać Szereg rozpraw niezliczony O poezyi złym kierunku. Lecz najwięcej ma frasunku, Gdy dać musi wstęp uczony.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Klucze Piotrowe.
