Read here

Jego i jej świat

Julius Zeyer · 1901 · Free in the US

59,243 words · about 4 h 9 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1901 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Jego_i_jej_świat&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Julius Zeyer
Language
Polish
Published
1901
Length
59,243 words · about 4 h 9 min
Sections
4 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (4)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 4 min
  3. Juliusz Zeyer about 5 min
  4. Treść utworu about 1 h 59 min

Continue:

Front matter

R.

t

z czeskiego tłómaczyła

całość

R.

t

z czeskiego tłómaczyła

a

z przedmową A.

A.

DRUKARNIA

o

47. Nowy-Świat 47.

Дозволено Цензурою. Варшава 12 Августа 1901 года.

Juliusz Zeyer.

Juliusz Zeyer, ur. 1841 г., zmarły d. 28 stycznia 1901 r., poeta czeski, był pisarzem ze wszech miar zasługującym na upowszechnienie w języku polskim. Twórczość jego, ogarniająca przeciąg lat 25, wyraża się w pięćdziesięciu blizko tomach dzieł, już to wierszem, już prozą; zaczął on pisać stosunkowo późno, mając lat 35, ale odrazu wystąpił jako dojrzały, skończony artysta i od pierwszego tomu począwszy, twórczość jego coraz to potężniała, coraz szersze obejmowała widnokręgi, coraz rozmaitsze przybierała formy i barwy, z coraz nowych a wielostronnych źródeł treść swą czerpała. Dziwny to był żywot, pełny marzenia i ciszy, pracy i pielgrzymek. Juliusz Zeyer, śledząc z niezmiernem zamiłowaniem naukę, w jej najrozmaitszych rozgałęzieniach, uczył się też rzemiosła. Był on, jak powiadają, doskonałym cieślą i jako cieśla cały niemal świat przewędrował. Ciesielka dała mu niezależność; gdziekolwiek stanął, znaleźć mógł robotę i utrzymanie; wchodził w stosunki z ludźmi prostymi, ocierał się o świat rzeczywisty we wszystkich krajach, nie jak zwyczajny turysta, który w zamieszkuje i trzyma się wskazówek Baedeker’a, a świat obcy poznaje z muzeów i kawiarni. Juliusz Zeyer mieszkał w chatach górali albańskich, u rybaków sycylijskich, u pasterzy hiszpańskich. Jadał ich potrawy, szybko uczył się ich języka, żył śród ich natury. Zwiedził całą słowiańszczyznę austryacką, Europę południową, Krym i Kaukaz, Rosyę, Małą Azyę, był na półwyspie Bałkańskim, był w Egipcie, Syryi, Ziemi Świętej, Arabii. Znał stolice kultury: Paryż i Londyn, znał ludy celtyckie i bretońskie. Podróżnik wieczny, obdarzony przytem nadzwyczajną łatwością do języków, rozkoszował się tem przepływaniem po różnych krajach, w charakterze cieśli, jak mówiłem z początku; później, kiedy imię jego zasłynęło w Czechach, korzystał z pomocy znakomitej instytucyi, jaka zdaje się tylko u Czechów istnieje: jest to fundusz podróżniczy dla literatów; Czesi bowiem doskonale rozumieją, że podróż jest doskonałym bodźcem twórczym. Nic może tak nie potwierdza tej prawdy, jak działalność piśmiennicza Juliusza Zeyera. Nie należy on bynajmniej, nawet w samej ziemi czeskiej, do pisarzy popularnych; owszem, choć niewielu znajdzie się takich, coby mu zaprzeczali wielkości, to jednak niezbyt się kwapiono z jego czytaniem, dla pewnej nieziemskości jego nastroju, dla egzotyzmu jego treści, wreszcie dla wyszukanej formy. Albowiem ten cieśla był arystokratą bezwzględnym w sztuce, i nigdy w ciągu całej swej działalności nie zniżył się Zeyer do wystawiania jakichbądź niższych interesów ludzkich: szukał on czystej treści człowieka zawsze i wszędzie, a dla jej ujawnienia brał tło ze wszystkich krańców świata, stosownie do tego, jak mu się wydawało najwłaściwszem. Jeżeli zaś poruszał w swoich pismach jakie sprawy, to sprawy najwyższe, jakie mogą trwożyć duszę człowieka. Nie było, zdaje się, pisarza tak wtajemniczonego w legendy i myty ludów całej ziemi, jak Zeyer; tam też czerpał on treść zewnętrzną, fabułę swoich utworów. Przedewszystkiem więc obrabiał podania czeskie (Wyszehrad, Przyjście Czecha, Gniew Libuszy, Neklan), dalej słowiańskie wogóle, hebrajskie, indyjskie, arabskie i perskie, hiszpańskie i włoskie, francuskie i celtyckie, egipskie, chińskie, japońskie, tatarskie, fińskie, słowem nie było prawie tła, na któremby Zeyer nie wyhaftował jakiejś powieści wierszem czy prozą. Należał on do nielicznej dziś rasy poetów epickich i stworzył ogromne poematy epickie, jak „Wyszehrad”, „Przyjście Czecha”, „Epopea Karolingów”, „Kronika o św. Brandanie” i in. Jeżeli do tej znajomości legend dodamy wspomnienia — z nieustannych podróży po świecie, wspomnienia różnych widowisk natury, lasów i gór, stepów i mórz, wysp i miast; wspomnienia nieba i ziemi, wody i zieleni, ludzi i ptaków, gmachów różnych, języków, obyczajów, religii, ubiorów, twarzy i postaci różnie wyrzeźbionych, przygód miłosnych, powstanie mozaika tak barwna i tak wielostronna, jak może nie u wielu pisarzy się znajdzie. Jednakże, dzięki tej rozmaitości źródeł, z których poeta czerpał natchnienie, mamy ciągle wrażenie, które przy całem naszem uwielbieniu dla Zeyera mimowoli nas do niego uprzedza w sposób szczególny. Nie jest to twórca bezpośredni; jest to pisarz wielkiej kultury literackiej, który nam daje piękne utwory, ale jakby z drugiej ręki; w ten sposób twórczość jego, pozornie, z zewnątrz jakby płynie i, zdawałoby się, że autor sam od siebie daje mało. Jest to jednakże złudzenie: daje on cement z własnych swoich marzeń, pragnień, dążeń, cierpień i bolesnych i radosnych; daje on swoją, podniosłą, marzycielską ciszę; swoje zapatrzenie się w gwiazdy i nieskończoność. Choć może niezawsze ma on tę energię męską, jakiej oczekiwaćby od niego należało; to jednak ów błękit, jakim tchnie jego osoba poetycka, posiada czar niezmierny i zmusza do wejrzenia w głąb jego duszy. Rozumiemy też pietyzm, z którym Miriam starał się przyswoić literaturze polskiej dzieła tego znakomitego Czecha. Dwa obszerne, blizko 1,000 stron razem obejmujące tomy dają nam streszczony obraz działalności Zeyera. Przekład ten wyszedł nakładem Lewentala, p. t. Wybór Pism. (Układ, tłómaczenie i słowo wstępne Miriama.) Poza tem twórczość Juliusza Zeyera obejmuje bardzo wiele pism wierszem i prozą, eposów, liryk, powieści i dramatów. Aby dać pojęcie o tem bogactwie twórczości Juliusza Zeyera, poprzestaniemy tylko na wyliczeniu systematycznem tytułów.

e.

1) Wyszehrad (1880), cykl poematów epickich (Libusza, Zielony Witeź, Własta, Czcirad, Lumir). Przekład Miriama. 2) Gryzelda (1883). 3) Poezye (1884). (Ramondo Lullo, Blanka, Śpiew o Igorze, Proroctwo, Ziemia, Spokój, Muzom, Białemu domkowi, Norny, Kuropatwa, Sosna, Sen nocy zimowej, Widzenie apokaliptyczne, Korzącej się Slawii, Kadzielnica, Sprawiedliwość, Serce Pikanga, Poklask, Sigyn i Loki, Legenda o Donatellu, Helena, Budda przed narodzeniem, Kadydża i widmo, Ballada morska, Co łza może, Waryat). Niektóre utwory przekładał Miriam. 4) Kronika o św. Brandanie (1886). Przekład Miriama. 5) Przyjście Czecha (1886). 6) Z latopisów miłości. I. (1889). Aziz i Aziza. Olgierd Giejsztor. II. (1889). Wieść o miłości z Prowancyi. Ghismonda. III. (1891). Gabryel de Espinosa. IV. (1892). Pia de Totomei. Zalotnica. 7) Epopea Karolińska (1896). (Wstęp. Baśń o Karolu Wielkim, Opowieść o czterech synach Szymona, Pieśń u koronacyi króla Lowisa).

Powieści i nowele.

1) Andrzej Czernyszew (1876). 2) Nowele I (1879). [Jego świat i jej, Miss Olimpia, Ksawery]. 3) Nowele II (1884). [Teresa Manfredi, Darya, Donato i Sismonda, Tęczowy ptak, Szczęście w ogrodzie kwitnących brzoskwiń]. 4) Baśnie Szoszany (1880). [Wstęp. Śmierć Ewy, Król Menkera, Tilottama]. 5) Opowieść o wiernej przyjaźni Amisa i Amila (1880). 6) Awanturnicze przygody Madrany (1882). 7) Opowieści fantastyczne (1882). [Z papierów na torebki, Opalowa misa, Opowieść wigilijna, Na pograniczu obcych światów]. 8) Gompaczi i Komurasaki (1884). 9) Rokoko (1887). 10) Siostra Paskwalina (1887). 11) Jan Marya Plojhar (1891). 12) Stratonika i inne opowieści (1892). [Stratonika, Grzech Fenicyi, Śnieg we Florencyi, Pigwa, Wieczór u Idalii]. 13) Odnowione obrazy (1894). [Woń, Król Kofetua, Vertumnus i Pomona, Błąd Tankreda]. 14) Trzy legendy o krucyfiksie (1895). [Inultus, El Cristo de la Luz, Samko Ptak]. 15) Wyprawa Maelduna (1896). 16) Amparo i inne opowieści (1896). [Amparo, Pieśń w noc wilgotną, Zdrada w domu Han, Asenat, Oczy Kunali, Istar]. 17) Dom pod tonącą gwiazdą (1897). 18) W zmierzchu Bogów (1898). Z działu powieści Miriam przełożył: Zdrada w domu Han, Teresa Manfredi, Grzech Fenicyi, Śnieg we Florencyi, Król Kofetua, Vertumnus i Pomona, Trzy legendy o krucyfiksie; Jan Marya Plojhar, Na pograniczu obcych światów.

Dzieła dramatyczne.

1) Stara historya (1883). 2) Sulamit (1885). 3) Legenda z Erynu (1886). Przekład Miriama. 4) Gniew Libuszy (1887). 5) Dońa Sancza (1889). 6) Neklan (1893). Przekład Miriama. 7) Trzy komedye. [Bracia, Z czasów jutrzni różanej, Cud miłości]. (1894). 8) Raduz i Mahulena (1898). Spis ten nie obejmuje wszystkich dzieł Zeyera, gdyż pominęliśmy tu rzeczy dotąd rozproszone po pismach, a nie zebrane w książce; również pominęliśmy te pisma Zeyera, które należą raczej do publicystyki lub krytyki, niż do literatury pięknej.

Nareszcie przyszło do skutku to, o czem przed godziną jeszcze powątpiewały wszystkie damy miasteczka B.; spełniło się właśnie u stopni ołtarza w miejscowym kościele. Już się odbył cały obrząd. Ta mała, niepozorna Gabryela Borotinówna, na którą nikt najmniejszej nie zwracał uwagi, ta Gabryela, która nie była niczem więcej, jak córką tutejszego nauczyciela muzyki, człowieka nieszanowanego, o przydomku „pijak“ — owa dziewczyna została przed chwilą żoną milionera. Przyjechał on po nią aż do tego zapadłego kąta. Suknia panny młodej była z tak ciężkiej materyi, że sama pani naczelnikowa przyznała się otwarcie, iż podobniej w życiu jeszcze nie widziała; niezwykle długi tren uznały panie jednogłośnie za marnotrawstwo, grzech poprostu. Brylanty w naszyjniku, błyszczące jak gwiazdy, były tej wielkości, iż wydały się pannie Brygidzie Iraskównie doskonałą tylko imitacyą. Panna Iraskówna godna była litości i podziwu. Jozue zatrzymał słońce na dwanaście godzin, panna Iraskówna w dzień swych trzydziestych urodzin bieg czasu i piętnaście już lat upłynęło od tej pamiętnej chwili, a ona ani o godzinę się nie zestarzała. Ale mimo tych cnót, a może przez nie właśnie miała ona wielu nieprzyjaciół. Najsilniejszą przeciwniczką była panna Nowotna, nienawidząca jej z całej duszy. Panna Nowotna pięć lat później od panny Iraskówny ujrzała światło dzienne. Patrząc na nią przypominała sobie zawsze, że za lat pięć i ona tak staro będzie wyglądała. Nic więc dziwnego, że gorycz w niej zbierała. Los zaś najczęściej zbliżał te dwie istoty. Po skończonym obrzędzie wszyscy zaczęli opuszczać kościół, u drzwi powstał ogromny ścisk, w którym panna Iraskówna i Nowotna (pod opiekuńczemi skrzydłami swej matki) znalazły się znów obok siebie. Pani Nowotna pierwsza się ukłoniła, jej mąż bowiem miał sklep bławatny, a panna Iraskówna dosyć w nim kupowała, należał się więc jej i miły uśmiech, jakkolwiek nie był wyrazem wyjątkowo przyjaznych uczuć. — Któżby pomyślał, że Gabryela!... — wycedziła pani Nowotna, pięćdziesiąty już raz chyba tego wieczoru. — Szczęście bywa ślepe — odpowiedziała panna Iraskówna takim tonem, jakby chciała dodać: gdyby się wszystko działo według zasług jabym dzisiaj była panną młodą. Panna Nowotna miała zamiar uśmiechnąć się sarkastycznie, gdyż odgadła myśl swej nieprzyjaciółki, ale jednocześnie dojrzała nową zmarszczkę pod jej okiem — i uśmiech zamarł na ustach. — Za pięć lat i ja pewnie mieć będę podobną... Panna Iraskówna instynktownie przeczuła, co się dzieje w duszy „tej żmii“ i krew w niej zakipiała. Pani Nowotna nie przeczuwając niczego, ciągnęła dalej: — Szczęście? Któż wie, czy to jest rzeczywiste szczęście? Swój do swego — droga pani — to moje hasło. Jabym się nie dała uwieść mamonie, jak to uczynił ten stary Borotin. Dzięki Bogu, znam swoje obowiązki macierzyńskie, a do tego mam pewne zasady chrześcijańskie. Panna Iraskówna słuchała pokornie, ale nie spuściła z oka swego nieprzyjaciela. — Wszyscy jesteśmy słabymi śmiertelnikami — odparła z pobożnem westchnieniem, a potem dodała z impertynencyą: — Niech więc pani dziękuje Bogu, że ani jej, ani córki nie wystawił dotąd na pokuszenie. Pani Nowotna, co się jej rzadko zdarzało, nie znalazła słowa odpowiedzi, córka jednak zaczęła gniewnie: — Czyż ci nie mówiłam nieraz, moja mamo, że niektórzy ludzie są tak nieprzyjemni, ba, nawet wstrętni, iż stronić od nich należy. — Tak? — zapytała panna Iraskówna i machinalnie ściągnęła z ręki rękawiczkę, jakby chciała ukazać swe długie i ostre paznokcie. — Wstyd, moje panie, wstyd! — rozległ się głos pani Obratilowej, żony naczelnika. — Zapominacie o świętości miejsca, na którem się znajdujemy. I ona była podrażniona, boć przecież posiadała również córy na wydaniu. Po kościele rozglądała się, niby lew rozjątrzony, wypatrujący nowej ofiary; mówiąc zaś prosto, bez przenośni, szukała kogo, z kimby się mogła posprzeczać. Pojedynek słowa dwu panien zjawił się w samą porę. — Otylio droga — przemówiła słodko pani Nowotna, posiadająca dyplomatyczną żyłkę — przestań szczebiotać, nie słyszę bowiem, co nam prawi pani Obratilowa, a wiesz przecie, jakby mi było przykro stracić choćby jedno słowo, wychodzące z ust tej szanownej, doskonałej damy. Ukłoniła się grzecznie, z miłym uśmiechem na twarzy, ale bez najmniejszego narzucania się, przeciwnie, chciała okazać, że wie, jaka przepaść leży między nią, zwykłą obywatelką miasteczka, a tą dygnitarką, żoną naczelnika. To też pani Obratilowa udobruchała się prędko. Miła Otylia obróciła się plecami do panny Iraskówny, która pospiesznie wkładała znów rękawiczki. Burza więc była zażegnana, a to cza przymierza zajaśniała nad głowami przeciwniczek. Panie wyszły bezwiednie z kościoła i oprzytomniały dopiero, znalazłszy się na głównym rynku. Zrozumiały, poczuły teraz, że cały świat kobiecy miał w tej chwili jednego, wspólnego nieprzyjaciela, a nim była ta mała Gabryela. Jakby na umówiony znak zaczęły ją wszystkie obrabiać. — To jest zagadkowe — odezwała się panna Iraskówna — dlaczego nikt ze strony pana młodego nie przyjął udziału w dzisiejszej uroczystości? Czyż to możliwe, aby taki bogaty pan nie miał krewnych; przynajmniej matki, siostry. Rozkoszna Brygida wypowiedziała te słowa z całą naiwnością swych czterdziestu pięciu lat. Obie panie uśmiechnęły się przyjaźnie i kiwnęły potakująco. To już było za wiele dla zazdrosnej panny Otylii; rozgniewana powodzeniem rywalki, szła szybko, miotając błyskawicami spojrzeń, podobnie, jako Dido w szóstej pieśni „Enejdy“, z tą różnicą jeno, że wpatrywała się nie w głębię ciemnych gajów, lecz w cień wązkich uliczek. Nagle rozległ się głos pani Obratilowej. — Kochana pani jeszcze niedoświadczona, nie zna złości i przewrotności ludzkiej. Któż wie, czy ten człowiek jest rzeczywiście tak bogaty? Czyż pani nigdy nie słyszała o przeróżnych podstępach kawalerów? — Jezus, Marya! — krzyknęła pani Nowotna — czyż pani ma powody do tego podejrzenia. Nie życzyłabym tego tej niebogiej, aczkolwiek zasługiwałaby na to za swą lekkomyślność. Pani Nowotna pragnęła dla niej wszystkiego najgorszego, ale jej zasady chrześcijańskie nie pozwalały przyznać się do tego otwarcie. — Dotąd nie mam żadnego wyraźnego powodu — odparła pani naczelnikowa. — Zwracając się zaś do panny Iraskówny, dodała: — O czem pani myśli? Twarz starej panny promieniała radością, szczęściem. — Pani jesteś niedoświadczona — brzmiały jej w uszach słowa pani Obratilowej. — Któż bywa niedoświadczonym? Ludzie młodzi — ergo... Rozejrzała się po rynku, by się przekonać, czy całe towarzystwo usłyszało złote słowa tej drogiej, miłej damy. — Moje panie! — przemówiła po chwili namysłu — moje panie, otrzymałam z Pragi od... od pewnego młodzieńca całą pakę toruńskich pierników, zapraszam was zatem na tę słodką przekąskę, przy której opowiem wam szczegóły z życia tych ludzi. Panna Iraskówna dostawała ciągle podarunki od pewnych panów, których nazwiska nie mogły przejść przez jej dziewicze usta, a przecież to było tak proste! Zagadkowe postacie nosiły nazwiska kupców, gdzie panna Iraskówna sama to „podarki” obstalowywała. Nasze znajome nie zwróciły jednak uwagi na ten drobiazg i przyjęły chętnie zaproszenie. Słodki kąsek dla siebie, a słowa pełne goryczy dla bliźnich — to rzecz nęcąca. Panna Iraskówna była sprytna, wiedziała, czem można ludzi przyciągnąć do siebie. Kiedy rozsiadły się wszystkie na staroświeckiej kanapie, zabrały się do pierników, a gospodyni rozpoczęła swe opowiadanie, bez najmniejszego wstępu: — Od tej chwili upłynęło już lat siedemnaście, byłam wówczas jeszcze bardzo młoda — słuchaczki zamieniły z sobą znaczące spojrzenie — byłam bardzo młodą — powtórzyła — ale mniejsza z tem, słowem, poszłam wtedy odwiedzić moją ciotkę, która przebywała w roli gospodyni w pewnym zamku książęcym w Nachodsku. Zamek był odosobniony, widywaliśmy tylko ludzi, dostarczających nam produkty gospodarskie. Do nich należała jedna stara kobiecina, która przynosiła nam, stosownie do pory roku, to grzyby, to jagody, to owoce. Pochodziła ona z gór, gdzie miała chałupę, na skraju lasu, zdala od wioski położoną, a przy niej kawałek roli, raczej kamienie, niż zboże rodzącej. Mówiono o niej powszechnie, iż zajmuje się zbieraniem i suszeniem ziół rozmaitych, że jest znachorką. Ciotka ją znała już oddawna, naopowiadała mi o niej wiele. Miała ona syna, który w młodym wieku pojechał w obce strony, gdzieś daleko, nie wiem gdzie, i tam podobno zdobył znaczny majątek. Pomagał matce o tyle, że swoje dawne zajęcia prowadziła z zamiłowania więcej, niż z potrzeby. Bywała ona, według opowieści, nader gadatliwa, od niejakiego zaś czasu, stała się milcząca, dziwnie roztargniona, wreszcie zniknęła na parę miesięcy. Tymczasem zaczęły krążyć między ludem pogłoski. Wciąż ktoś przychodził z nową wieścią o ukazywaniu się bladej, powabnej postaci kobiecej przy tak zwanym małym jeziorku, obok chałupy naszej staruszki. Postać ta przywabiała widocznie młodzież i wciągała ją do czarodziejskiej wody. W jeziorku bowiem znajdowała się jakaś odmienna woda: jeśli coś do niej wpadło, nigdy już, jak w innych stawach, nie wypłynęło na powierzchnię. Ja tym baśniom nie dawałam posłuchu, lecz ciotka moja wszystkiemu wierzyła. Ostatecznie jednak, gdyśmy tak same spędzały w zamku długie, smutne wieczory, a opowiadaniom końca nie było, i mnie zaczął ogarniać jakiś lęk nieokreślony. — Jakiż współudział mogłaby mieć ta stara kobieta w całej sprawie? — przemówiła raz moja ciotka. — Nie posądzałam jej dotąd, ale w jeziorku podobno spoczywa skarb zatopiony, ktoż wie zatemn, czy chciwość nie sprowadziła jej na manowce, a zresztą znachorki zawsze coś mają z dyabłem do czynienia. Jak tylko przyjdzie, muszę ją wybadać. Tydzień nie upłynął, a nasza kobieta zjawiła się, jakby na zawołanie. Zanim jednak zdążyła ciotka przemówić, znachorka poprosiła ją o chwilkę rozmowy na osobności. Ciocia wyprowadziła ją z kuchni, gdzie była czeladka zebrana, do pokoju, w którym siedziałam nad szyciem. Nie zważając na moją obecność zaczęła: — Czyby wielmożna pani nie zechciała kupić tego klejnotu i wyjęła z kieszeni rzecz arcyoryginalną. Była to maleńka rączka szczero-złota ze dyabelskiemi z drogich krwawych kamieni, rączkę tę zakończała niebieska gałka, nakładana jakiemiś tajemniczemi znakami złotemi i srebrnemi. Nachyliwszy się nad tym klejnotem, by go lepiej zobaczyć, poczułam dziwną won, z niego bezwątpienia pochodzącą. Czyż kto słyszał kiedy, żeby drogie kamienie zapach wydawały? To też przeraziłam się tego ogromnie. — Zkąd to macie? – zapytała ciotka ostro, patrząc na kobietę podejrzliwie. Znachorka zmieszana, spuściła oczy, nie wiedząc, jaką dać odpowiedź. — Syn mi przysłał tę zabawkę — wybełkotała. — Zdaje mi się, że już o tem pani opowiadałam. — Nie, nie mówiliście mi o tem, ale to wszystko jest kłamstwem. Ot, lepiej poradźcie się księdza proboszcza, w jaki sposób należy wam się zwrócić z drogi, która duszę waszą do zguby prowadzi, już jesteście w szponach dyabelskich. Wynoście mi się z tem klejnotem, w piekle ukutym. Bóg niech będzie z nami, a zła moc niechaj nas omija! Ciotka się przeżegnała, stół, na którym rączka leżała, pokropiła wodą święconą. Znachorka, przerażona początkowo, później chciała się tłómaczyć, ale ciotka wyrzuciła ją za drzwi. Od tej chwili nie zjawiła się już więcej w naszym zamku. Panna Iraskówna przerwała dla zaczerpnięcia powietrza. — To, co nam pani opowiadasz, nic przecie wspólnego nie ma z p. Borotinem — zauważyła gniewnie pani Obratilowa. — Zaraz panie usłyszą, trochę tylko cierpliwości — odparła zagadnięta i ciągnęła dalej swą opowieść: — Młoda krew zawsze bywa gorąca, więc też opuściła mnie prędko obawa, a spotęgowała się ciekawość, nieprzeparta chęć dojścia do jądra całej zagadki. Byłabym pragnęła wyruszyć w nocy do chałupy handlarki ziołami i tam ją przez okna śledzić, ale tyle odwagi nie posiadałam. Pewnej niedzieli po południu, kiedy moja ciotka spała, wybrałam się w drogę. W godzinę byłam już we wsi, a w pół znalazłam się przy samem jeziorku, gdzie ukryłam się wśród krzaków. Rozmyślałam właśnie nad tem, co dalej czynić mi wypadnie, gdy z trzaskiem otworzyły się drzwi chaty, a w nich ukazała się kobieta blada, jak śmierć, lecz piękna, jak święta. Skierowała się szybko ku jeziorku — śmiertelny dreszcz mnie przejął. Za chwilę przybiegł mężczyzna, wołał na nią językiem mi nieznanym. Piękna kobieta zatrzymała się, mierząc go pogardliwem wejrzeniem. Skoro ją dogonił, zaczęli się żywo sprzeczać, aż im z oczu iskry padały. Nie wiem, co ona mu powiedziała, dość że on ją uderzył. Wtedy młoda kobieta wydała taki okrzyk rozpaczy, że całym lasem on zatrząsł i padła na ziemię. Mężczyzna uciekł, a mną owładnęło takie straszne przerażenie, że nie zważając na niebezpieczeństwo, wyszłam z krzaków i pobiegłam do domu. Nie przyznałam się odrazu do tego, co uczyniłam i widziałam, później jednak wszystko opowiedziałam. — Czyż tam aby nie spełniła się zbrodnia? — przeraziła się ciotka. Ta myśl nie dała jej spokoju. Wzięła służącego z sobą i poszłyśmy do znachorki pod małym jakimś pretekstem. Ale tam nie dostrzegłyśmy żadnej zmiany. Pytana o to i o owo znachorka spokojnie odpowiadała. Wracałyśmy wieczorem do domu bez najmniejszego rezultatu. Ciotka naśmiewała się ze mnie i twierdziła, że to wszystko przyśniło m1 się tylko. Ja stałam przy swojem, z czego wywiązała się sprzeczka. Ciocia powiedziała coś nieprzyjemnego ja się na nią rozgniewałam, opuściłam zamek i powróciłam do rodziców. — Lecz i to nie odnosi się do p. Borotina — zauważyła pan Obratilowa, zjadłszy już całą swą porcyę toruńskiego piernika. — Opowiadanie pani trwa trochę zadługo. — Pięć, sześć lat później — mówiła dalej panna Iraskówna z olimpijskim spokojem, jakby nie słyszała nawet uwagi pani naczelnikowej — byłam w licznem towarzystwie u mojej siostry ciotecznej, która następnie przeprowadziła się do Paryża. Między jej gośćmi znalazł się i pan Borotin. Przyjechał on właśnie w tych dniach, jako nauczyciel muzyki. Opowiadano o nim przeróżne rzeczy: jedni mówili, że jest pięknym, młodym wdowcem, że wciąż się pieści ze swą małą córeczką. Inni dowodzili, iż zbyt wiele pije i jest wogóle dziwakiem. Byłam niezmiernie ciekawa go zobaczyć. Kiedy wszedł do salonu, nie mogłam się powstrzymać od okrzyku, w nim bowiem rozpoznałam owego mężczyznę, który, według mego najgłębszego przekonania, popełnił wówczas w lesie tę okropną zbrodnię. Słuchaczki podniosły się żywo i zbladły z silnego wrażenia. — Pani się pewnie pomyliła — wycedziła po chwili p. Nowotna. — Sama tak myślałam początkowo, lecz późniejsze wypadki utwierdziły mnie w pierwotnem przypuszczeniu. Wiedzą panie, o czem zresztą wie cały świat, że Borotin jest pijakiem. Przed rokiem wskutek nieszczęsnego nałogu popadł w ciężką chorobę. Już wtedy zajmował obok nas mieszkanie. Jednej nocy usłyszałam, jak w przystępie gorączki krzyczał rozpaczliwie: „Przeklętą bądź ręko, któraś tę zbrodnię spełniła.” Nikt prócz mnie nie rozumiał znaczenia tych słów, wywołujących we mnie dreszcz przerażenia. Nazajutrz poszłam zapytać Gabryelę o zdrowie jej ojca. Spał on spokojnie. Przybliżyłam się cichutko do łóżka, chcąc twarz jego przyrównać raz jeszcze do widzianego mężczyzny w lesie, którego obraz wyrył mi się w duszy i tkwił żywo w pamięci. W nocy widocznie Borotin rozerwał na sobie koszulę, spostrzegłam więc, że na czarnym sznurku miał zawieszony na szyi jakiś dziwny amulet, przyjrzałam się lepiej i, o zgrozo, poznałam złotą rączkę ze szponami z czerwonych kamieni, z gałką niebieską, słowem, ów piekielny klejnot znachorki... Teraz rozsądźcie zatem, moje panie, czy może zachodzić jakaś wątpliwość. — I córkę takiego człowieka poślubił pan Pagani — wołała oburzona Obratilowa, załamując ręce. — Jak pani potrafiła przechować tę rzecz tak długo w tajemnicy? — pytała zdziwiona Nowotna. — Obawa mnie wstrzymywała od wyjawienia tego. Słyszę otwieranie się okna. Po tych słowach udała się panna Iraskówna do przyległego, ciemnego pokoju. Za chwilę zawołała obie panie i wszystkie trzy skierowały wzrok na okno przeciwległe, otwarte na oścież, w którem ujrzały Gabryelę. Gabryela, powróciwszy z mężem z kościoła, poszła do drugiego pokoju, aby strój weselny przemienić na wygodniejszy, podróżny. Lambert z jej ojcem usiedli przy stole, wspaniałą wieczerzą zastawionym. Skoro powróciła Gabryela w podróżnym kostyumie, zachęcał ją małżonek do zjedzenia czegokolwiek, lecz nie dała się jednak namówić i zaledwie usta koralowe umoczyła w winie szampańskiem. Lambert wstał wkrótce, wyszedł na podwórze, gdzie był jego ekwipaż i polecił służbie pośpiech w przygotowaniu do drogi. Borotin rozmarzony jakoś i rozrzewniony wychylał tymczasem kielich za kielichem szampana. Gabryela zbliżyła się do okna i rozglądała się po dalekiej perspektywie. Patrzyła na wijącą się kręto ścieżkę, wiodącą do Pragi. Księżyc ukazał się właśnie na szarym horyzoncie, a promienie jego odbijały się i drżały w oddalonym stawie, snuły po gaiku osikowym, kładły na smukłe topole, tworząc dziwaczne cienie. Gaik — jedyna ozdoba tej monotonnej okolicy — oryginalnie wyglądał, drzewa bowiem rosnące gęsto na wzgórzu, stawały się coraz rzadsze ku równinie i sprawiały wrażenie, jakby jedno drugie goniło. Ostatnia topola tak odbiegła od swych towarzyszek, iż znalazła się tuż obok starej jabłoni, stojącej już przy samej drodze. Wzrok Gabryeli spoczął na tej jabłoni, boć przy niej zrodziła się jej miłość, a widok jej przypomniał dziewczynie przeszłość, krótką, uroczą, jak sen. Gabryela skończyła na wiosnę lat szesnaście; ojciec w dzień urodzin spełnił jej dawne życzenie — ofiarował pierwszą, długą, białą suknię. Radość dziewczęcia nie miała granic. Mogła być dumną ze swego stroju. Gdybyż już była niedziela, gdybyż mogła ukazać się w nim całemu światu! Ale nowe zmartwienie — przecież deszcz wtedy może padać... Nie, nie, pocieszała się dziewczyna, Bóg, ani mój anioł stróż nie dopuści do tego! W niedzielę rano z bijącem sercem podniosła zasłonę u okna. Co za szczęcie! firmament był jasny, bez najlżejszej chmurki... Stary Borotin, który, mówiąc nawiasem, nie był tak stary, jakim się wydawał, mimo wstrętu do przechadzek wśród gwarnych uliczek miasteczka, poszedł z Gabryelą, przybrany w najlepszy, świąteczny surdut. Przed wyjściem przejrzała się dziewczyna w starem zwierciadełku, wiszącem przy drzwiach, a zobaczywszy odbicie swej twarzy promieniejącej i białego stroju, pokryła się rumieńcem i doznała dziwnego, nieznanego dotąd uczucia. Miała wrażenie, jak gdyby prąd wiosennego, ożywczego powietrza owiał jej serce, bijące wówczas przyśpieszonem tętnem. Było jej tak słodko w duszy, jakby po długiej zimie usłyszała nad swą głową pierwszy śpiew skowronka. Uczucie to trwało tylko chwilkę, pozostawiło jednak po sobie wyraźne ślady, niby meteor, który, zjawiwszy się nagle na ciemnym obłoku, gaśnie prędko, ale długo jeszcze rozlewa tajemniczy odblask po całym firmamencie. — Tak dziwnie wpływa na mnie ta wiosna — myślała Gabryela, nie zdając sobie sprawy z istnienia drugiej wiosny — wiosny życia i serca dziewiczego, jaką ona właśnie rozpoczynała. Z dziecka stała się dziś panną dorosłą. — Patrzcie, słońce wywabiło z domu nawet i starego Borotina — mówili przechodnie. — Jego córka w tym wspaniałym stroju wcale niebrzydko wygląda. — Kroczy ona tak dumnie, a oczy jej błyszczą niby dwie gwiazdy — dodawali inni. Gabryela jaśniała radością, szczęściem. Cały świat przygarnęłaby do serca, każde ptaszę całowała, każdą stokrotkę zrosiła łzą radości. Sama nie mogła zrozumieć, co ją właśnie tak uszczęśliwia. Jedna tylko myśl trapiła ją srodze, że ten dzień świąteczny zbliża się już ku końcowi i przeminie, jak wszystkie inne. Wracając do domu, spostrzegła staruszka, grającego pod jabłonią przy katarynce, równie, jak on, starej. Tak smutnie rozbrzmiewała melodya: „Kiedym ten len zbierała...” każdy ton był łkaniem. Sięgnęła do kieszeni, by starcowi rzucić choć grosik, ale nic w niej nie znalazła i szepnęła doń smutnie: — Szkoda, nic nie mam. Staruszek kiwnął przyjacielsko głową, znał ją bowiem dawno i dodał: — Nie martw się, panienko, dasz mi innym razem. — Zarobiliście dziś wiele swoją muzyką? — pytał żartobliwie Borotin. Starzec zaprzeczył ruchem głowy, smutnie wzdychając. — Na mnie starego już nie zwracają uwagi, przechodzą, nie spojrzawszy nawet na biednego grajka. Ot, gdyby tak panienka za mnie grała, byłoby zupełnie inaczej. Gabryela z uśmiechem zdjęła pośpiesznie kapelusz, położyła go na trawniku i, nim ojciec zdołał temu zapobiedz, stanęła pod jabłonią i zaczęła grać na katarynce. Gabryela nie była piękną, ale w tej chwili, z zarumienioną twarzyczką, otoczoną ciemnemi, lśniącemi puklami włosów, z czarnemi oczyma, w słońce zapatrzonemi, na tle rozłożystej jabłoni, pięknem kwieciem osypanej, oświetlona czerwonemi promieniami zachodzącego słońca, śpiewająca z przejęciem pieśń czeską, wyglądała uroczo, niby nadziemskie zjawisko. Zdziwieni przechodnie zatrzymali się mimowoli, ona jednak śpiewając, jak młode ptaszę, nie widziała ich wcale, nie zauważyła tego nawet, iż zbliżył się, rzadko tu widziany, wspaniały ekwipaż. W powozie tym siedział młody człowiek, który, spostrzegłszy Gabryelę, kazał się woźnicy zatrzymać i patrzył na nią zdumiony. Po chwili wyskoczył z pojazdu i wyjąwszy z kieszeni garść banknotów, rzucił je starcowi. Dziewczę pochwyciło z ziemi swój kapelusz i, wziąwszy ojca za rękę, oddaliło się szybko, pozostawiając całą gromadę oniemiałych widzów. Tym młodym człowiekiem był Lambert Pagani. Miał on lat 28, był wspólnikiem największej firmy bankierskiej w Czechach: „Pagani i syn.” Ojciec jego należał do tych ludzi, którzy posiadają specyalną zdolność wzbogacania się, wstępują na drogę życia z pustemi rękoma, a później, dzięki własnej umiejętności i zasługom, dzięki szczęściu, posuwają się coraz wyżej na złotych szczeblach finansowej spekulacyi, a niekiedy zasiadają nawet na tronie giełdowego molocha. Był on synem kupca włoskiego, który zajmował się początkowo sprzedażą uliczną owoców południowych. Wkrótce jednak przy swej oszczędności i żyłce spekulacyjnej założył sklepik, a synowi sklep duży razem z praktycznemi radami. Szkoda, że nie dożył sławy swego syna, choć napewno nie stałby się pysznym, jak i syn, który pozostał człowiekiem skromnym, zimnym, nie zmieniając się w przyzwyczajeniach. Po za biurem bankierskim nie obchodził go cały świat. Ożenił się nie z miłości i nie z wyrachowania, żona jego bowiem, choć niezwykle piękna, nie zasługiwała bynajmniej na kochanie, a majątku wcale nie posiadała. Mimo to zdawało się jej, że czyni wielki mezalians, wychodząc za Paganiego, ponieważ pochodziła ze starej rodziny szlacheckiej, niegdyś ogromnie bogatej. Była ona przeznaczona oddawna za żonę krewnego, dyplomaty austryackiego przy poselstwie francuskiem, skoro jednak ojciec jej tak się zadłużył, że to, już zagrażało jego honorowi, poświęciła się, oddając rękę temu nowemu Krezusowi. A uczyniła to w ten sposób, jak to robiły księżniczki z prastarych rodów, zmuszone przez okoliczności polityczne, wychodzić za Bonapartych naprzykład. Wrodzoną jej pychę potęgowało przekonanie uczynionego poświęcenia, dla uratowania czci nazwiska. Mieli dwoje dzieci: córkę i syna. Córka Izabela, równie piękna jak matka, młodo bardzo wyszła zamąż i prędko też owdowiała. O rodziców dbała niewiele. Po mężu został jej wielki majątek, otrzymała już swój posag, była więc od nich niezależna. Od czasu do czasu przyjeżdżała do matki, a jeśli ta nie przyjmowała wizyt, Izabela zostawiała bilet u portyera. Brat był jej więcej, niż obojętny. Nie przypominał on swej dawnej dumnej matki, był bowiem uprzejmym, dobrym, uczuciowym, a przytem i lekkomyślnym; nic też po ojcu nie

ani śladu jego zimnej krwi, ani ducha kupieckiego. Stary Pagani w każdym calu był finansistą, młody w każdym ruchu, myśli gentlemanem.

Jednego wieczoru Lambert wyszedł z domu bez celu, szedł tam, gdzie go nogi prowadziły. Włócząc się tak po przedmieściach Pragi, znalazł się przy teatrzyku, w którym jakaś wędrowna trupa aktorów dawała właśnie przedstawienie ośmioaktowej tragedyi. Mając nadzieję pośmiania się przynajmniej — na krotochwilach ziewał zwykle z nudów — kupił bilet. Kiedy wszedł do sali, aktorka kończyła deklamować jakiś długi monolog; deklamowała go śmiesznie, zupełnie fałszywie, ale wyraz jej twarzy był tak wyzywający, oczy na przekór łzom, jakie miała wtedy ronić, tak wesołe, że Lambert znalazł się wkrótce za kulisami i zanim „Lady Rożodolska” (takie było jej „nom de guerre”) w ósmym akcie, wskutek zażycia strasznej trucizny, grzesznego ducha wyzionęła — wyznał jej swą gorącą miłość. Po miesiącu oświadczył rodzicom, że ma zamiar wstąpić w związek małżeński. Pagani ojciec przejęty był właśnie jakąś ważną operacyą finansową, prosił zatem syna, aby go taką drobnostką nie zajmował w tej chwili. Pani Paganiowa dowiedziawszy się o wyborze syna — głównego reprezentanta firmy bankierskiej — zemdlała... Między matką a synem ciągłe były odtąd starcia, burza za burzą następowała. Tymczasem trupa artystów i jej korona, piękna „Różodolska”, opuściła Pragę. Lambert nie chciał puścić swej „Lady”, lecz ona, spostrzegłszy, iż jego podsyca się oporem, rodziców, wiedziała dobrze, że chwilowe rozłączenie dodatnio na niego wpłynie. Mówiła coś o swych zobowiązaniach względem dyrektora, o powołaniu artystycznem, o kontrakcie — i pojechała. Nie myliła się w zapatrywaniu na Lamberta. Nie mógł on długo wytrzymać bez swej boskiej „Rożodolskiej”; kazał zaprządz do podróżnego powozu, (kolej nie była jeszcze przeprowadzoną do miasteczka В.) i jechał do niej co koń wyskoczy, chcąc zrobić niespodziankę swojemi odwiedzinami. Wtedy to zobaczył Gabryelę, grającą na katarynce i śpiewającą melodyjnie. I to, do czego daremnie rozum nawoływał, czego przełamać nie mogły patetyczne tyrady matki, jasne, logiczne dowodzenia ojca, tego dokazała bezwiednie szesnastoletnia dziewczyna, mocą swych oczu jedynie. Lady Rożodolska została momentalnie zapomnianą. Widząc ją tego samego dnia wieczorem, dziwił się Lambert, jak go ta banalna, odpychająca istota przez jednę chwilę nawet mogła zająć. Jej wyzywające spojrzenia i uśmiechy, komedyanckie ruchy wydały mu się wstrętnemi. Z „lady“ przemieniła się w najzwyklejszą aktorkę. Zapoznanie się z Gabryelą przyszło mu łatwo; nie miała bowiem damy do towarzystwa, nie znała się na etykiecie. Nie widziała ona dotąd mężczyzny o tak wykwintnem ułożeniu, delikatnem obejściu, skoro więc zaczął mówić o swej miłości, zdobył jej półdziecinne jeszcze serduszko odrazu całkowicie i na zawsze. Wydawało się jej, iż spełniła się stara o pięknym, bogatym królewiczu, który przyszedł do biednej, wzgardzonej przez świat dziewczyny, aby ją unieść do czarownego pałacu... Jedna tylko myśl trapiła ją bezustannie. — Jak ja się będę mogła obracać w waszym świecie, moje wychowanie takie zaniedbane! — Miłość moja wszystkiego cię nauczy — brzmiała jego nieokreślona, niejasna odpowiedź, a Gabryela chętnie w nią wierzyła. Kiedy raz przyjechał z Pragi dla oznaczenia stanowczego terminu, w którym mieli się na wieki połączyć, witała go, jak zwykle serdecznie, ale była dziwnie zamyślona i nie odłożyła książki, jaką właśnie trzymała w ręce. — O czem myślisz? — zapytał Lambert. — To dziwne, patrz oto moja stara książka do nabożeństwa. Wydrukowana w niej „Pieśń nad pieśniami”. Czytałam ją sto razy już chyba, a zawsze mnie tylko nudziła, dziś zrozumiałam ją dopiero. Pragnęłabym, żebyś mnie raz jeszcze prosił o rękę, teraz wiedziałabym dobrze, co ci odpowiedzieć. — I cóżbyś mi rzekła? Otworzyła książkę i, tuląc się do niego, czytała: „Położysz mnie, jako pieczęć na sercu swojem, jako sygnet na ręce swej, albowiem, jako śmierć silną jest miłość!” Zwróciła na ukochanego swe gołębie oczy, a on wyrwał jej z ręki natchnioną modlitwę. Znał „Pieśń nad pieśniami”, lecz czytał widocznie niedbale, gdyż w tej chwili dopiero poznał jej piękność. — Poczekaj, określę twe serce powabnemi słowy rozmarzonego króla — zawołała, odwróciwszy kilka poprzednich kartek, czytał tę pieśń miłosną, podniosłą, wykwitłą pod szczęśliwszem niebem. „Ogród pełen zapachu jabłoni, granatów, ananasów, pełen woni cyprysów, mirry, aloesów — wszystkiego, co wonne. O ty źródło wód żywych, płynących z Libanu!” Książka upadła, a uścisk ich niemy był wymowniejszym od samego króla Salomona, któremu sprawiedliwie, czy niesłusznie przypisują od wieków ten namiętny hymn miłości.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…