Read here

Historja o bladej dziewczynce z pod Ostrej-Bramy

Józef Ignacy Kraszewski · 1872 · Free in the US

39,411 words · about 2 h 46 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1872 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Historja_o_bladej_dziewczynce_z_pod_Ostrej-Bramy&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1872
Length
39,411 words · about 2 h 46 min
Sections
22 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (22)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 23 min
  3. I about 4 min
  4. II about 7 min
  5. III about 5 min
  6. IV about 4 min
  7. V about 5 min
  8. VI about 6 min
  9. VII about 4 min
  10. VIII about 6 min
  11. IX about 5 min
  12. X about 4 min
  13. XI about 6 min
  14. XII about 4 min
  15. XIII about 4 min
  16. XIV about 2 min
  17. XV about 3 min
  18. XVI about 4 min
  19. XVII about 2 min
  20. XVIII about 4 min
  21. XIX about 2 min
  22. XX about 1 min

Continue:

Front matter

HISTORJA

O BLADEJ DZIEWCZYNCE

Z POD OSTREJ — BRAMY.

całość

HISTORJA

O BLADEJ DZIEWCZYNCE

Z POD OSTREJ — BRAMY.

PRZEZ

Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

W.

W księgarni Gubrynowicza i Schmidta

przy placu św. Ducha l. 43.

2.

A.

W księgarni Michała Glücksberga.

Zbiór powieści

J. I. Kraszewskiego.

Wydanie nowe, przejrzane, poprawione i uporządkowane przez Autora.

Ogólnego zbioru tom dwudziesty.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.

Drukiem Kornela Pillera.

I.

Byłeś kiedy wieczorem u Ostrej-bramy?... może nigdy; może tylko przechodziłeś przypadkiem, prędko, na nic nie uważając, świszcząc piosnkę wesołą, otulając się od chłodu, powracając z wieczoru za miastem. Wątpię bardzo, żeby ciekawość lub nabożeństwo przyprowadziły cię tam późną nocą, wątpię żebyś doznał tego, czego doznaje człowiek nie ze wszystkiem zepsuty w tem świętem miejscu. Pozwól więc opisać Ostrę-bramę wieczorną. Widziałeś ją w dzień, może w chwili nabożeństwa, kiedy ulice założą barykadą i tłum ciśnie się przed obraz Matki Bożej, gdy na odgłos dzwonka głowy się strojne i niestrojne uchylają, gdy przy blasku słońca wśród wrzawy dziennej skupia u nóg swoich małą liczbę nabożnych wmięszaną w tłum obojętnych; ale inna, inna jest Ostra-brama wieczorem. Gasną światła latarni, ustaje turkot powozów, ciemnieją po jednemu okna kamienic, doróżki nawet powoli oddalają się i nikną, następuje cisza, w której najlżejszy szelest staje się znaczącym, wybitnym, że tak powiem charakterystycznym. Wśród dnia wrzawy, hałasy, stuki, głosy, szmery mieszają się i zlewają w jeden dźwięk nierozwikłany, pospolity, nie znaczący; w nocy każdy głos osobno nabiera znaczenia, zwraca uwagę, każe myśleć o sobie. Mało jest przesuwających się postaci, każda też postać wabi oczy, zastanawia. Ulica Ostro-bramska jedna z pierwszych usypia i pustą się staje... natenczas widzisz w niej tylko, między niebem a ziemią zawieszone światełko przed obrazem Bogarodzicy, drobne, słabe, lecz nie gasnące nigdy. Zbliżasz się, pusto i cicho, jakaś atmosfera spokoju cię owiewa, zda ci się że płaszcz Matki Bożej zsunął się aż na ciebie i osłonił cię, otulił. W górze za szklannemi drzwiami błyskają odbite od ozdób obrazu iskierki, które wedle kaprysu fantazji składają się na dziwne konstelacje. Jeśli z innego świata idziesz, postój chwilę i poczekaj, aż cię przejmie wiara, aż uczujesz potrzebę modlitwy. Naówczas z rozgrzanem sercem, wśród tej ciszy, ciemnoty, przed jedynem tem światełkiem, dusza twoja wyrwie się z objęcia ciała i poleci do Boga! O! nigdy wśród wrzawy tak się człowiek nie modli. Cóż jeśli traf szczęśliwy da ci tam towarzysza, jakże potężnie naówczas uczujesz żeś mu bliźnim, bratem, choćby on był w łachmanach; jakże silnie zrozumiesz, gdy twój i jego krzyk boleści wyrwą się z piersi razem, żeście obydwa z jednej gliny ludzie! Jakże boleśnie przeszyje cię i ubodzie przechodzącego zimnego człowieka piosenka pusta, podobna szatańskiemu szyderstwu! Taką jest Ostra-brama w nocy, takie wzbudza uczucia... nie w każdym może, ale przynajmniej w niezewszystkiem jeszcze popsutych ludziach. Jednego wieczora jesiennego, kiedy już ulice puste były zupełnie, gdy światła pogasły i to jedno tylko, które nabożeństwo u obrazu Matki Bożej zapala, gorzało, szedł ktoś świszcząc piosenkę wesołą z za Ostrej-bramy w miasto. Dochodził do samych wrót, które ciemne i straszne otwierały się przed nim, gdy wśród najweselszych myśli, przyszło mu do głowy podanie o owych Szwedach, którzy za nieuszanowanie obrazu Matki Bożej, skarani śmiercią na temże miejscu zostali. Młody człowiek świstać przestał mimo woli, wszedł dość bojaźliwie w przejście ciemne i westchnął. Owionęła go owa atmosfera Ostrej-bramy wieczorna, niosąca w piersi uczucia religijne. Minął szybko wrota i wyszedł w ulicę. Tu zdjął kapelusz z głowy i znowu pod wpływem miejscowym, zastanowił się szepcząc modlitwę, której początek był próżnemi słowy, a koniec zajaśniał dopiero uczuciem. Już miał odchodzić, gdy usłyszawszy blisko siebie szelest jakiś i westchnienie, zastanowił się zadziwiony, jeśli nie przelękły... Spojrzał. W galerji, na kamiennej posadzce klęczała postać, oświecona bladem światłem lampy od obrazu; długi cień czarny wlókł się za nią, niknąc w ciemnościach. Nie widać było twarzy, nie poznać wieku, nie odgadnąć postawy, uczuł jednak bardziej niż zobaczył młody przechodzień, że to była kobieta. Któżby był tak obojętny, aby w tej godzinie, ujrzawszy kobietę modlącą się na klęczkach, nie zapragnął poznać, jaka boleść ją tu przywiodła. Młody człowiek cicho się przesunął, i stanął za nią. Zdało się że nic nie widziała, a przynajmniej na nic nie uważała, bo nie postrzegł poruszenia żadnego. Wśliznąwszy się w galerją naprzeciw światła, które ją oświecało, dokładniej mógł rozpoznać tajemniczą kobietę. Ujrzał zgrabną postać, każącą się domyślać młodości, drobne kształty, maleńką główkę gładko uczesaną i niczem nie pokrytą, ręce załamane i ściśnione. Im bardziej się w to zjawienie wpatrywał, tem więcej dla niego nabierało zajęcia. Uczuł że po za tą modlitwą musiało być życie ciekawe, zarody cierpień, wiele boleści i pojął że po tej modlitwie następowała przyszłość niemniej zagadkowa i tajemnicza. Przeszłość i przyszłość tej kobiety zajęły go i zapaliły, dałby był wiele, żeby to życie wiedzieć, które w tej chwili wykwitało w smutnej modlitwie. Pomyślał, że dziewczynka skończy kiedyś przecie, odejdzie i czekał. Ona klęczała z załamanemi rękoma, tylko po chwilce opadła, skurczyła się, opuściła ręce, obwinęła chustką, sparła o mur i zdawała się już dumać nie modlić. Wśród dumania wyrywały jej się niezrozumiałe pół słowa, zrozumialsze westchnienia; nareszcie głowa co raz na piersi się pochylać zaczęła, jak gdyby pod ciężarem jakim i dziewczynka widocznie usnęła. Młody człowiek ujrzał to ze zdumieniem, sądził że przypadkiem chyba, ze znużenia w takiem miejscu zadrzemać mogła i umyślnie stuknieniem o kamienie ją przebudził. Obejrzała się, westchnęła, podniosła oczy na obraz i usnęła znowu. — Miałażby tu noc przepędzić w ulicy? — pomyślał, — to niepodobna prawie! Cóżby to znaczyło? — Poczekajmy! — I znowu czekał pochwycony za serce tą postacią tajemniczą. Czekał długo, czekał niecierpliwie, nic się nie mogąc doczekać, gdyż dziewczynka w pół siedząc, w pół klęcząc spała. Zegar u św. Kazimierza bił pierwszą z północy. — Pójdę do domu, — rzekł w sobie Edward, — to chyba żebraczka. Już miał odchodzić, kiedy spiącej kilka słów z ust się wyrwały; zatrzymał się, spiąca mówiła przez sen. — Matko Boża, Matko Boża!... Zlituj się nad sierotą! Potem znowu. — Widzisz żem niewinna!... Umrzeć... umrzeć... z głodu! I jeszcze po chwili. — Nikt nie przyjął! Matko Boża... biedna Julka! Te słowa z głębi duszy wschodzące, jak echo myśli, które tylko co jeszcze na jawie głowę biednej dziewczyny opasywały; przejęły głęboko Edwarda. On nigdy nie płakał, bo łzy się wstydził, jak niemęzkiej rzeczy, teraz przecie uczuł łzę na powiece i drżenie serca. Sięgnął do kieszeni, wyjął co miał i po cichu położył pieniądze na kolanach dziewczynki... Przeżegnał się i po cichu oddalił.

II.

Nie wiem co powiodło nazajutrz Edwarda na mszą do Ostrej-bramy... pewnie wczorajszy dobry uczynek, który mu duszę zeschłą odwilżył i zostawił po sobie miłe wspomnienie. Wczorajsze wieczorne uczucia, których jeszcze nie starł ocierając się o ludzi, ciągnęły go znowu do miejsca, w którem, po raz pierwszy od dawna ich doznał. Ale też miejsce, o jakże teraz było różnem! Ulica pełna ludu gwarnego, przesuwające się powozy i dorożki, świegotliwe mleczarki, krzykliwe przekupki, fury drzewa, otoczone targującymi, napełniały wczoraj wieczór tak puste miejsce. Kilka pobożnych niebieskich i różowych kapeluszy świeciły pod galerją, kilka ich kręciły się na górze, kilka płaszczów czerniało o mur . A przed ołtarzem jaśniejącym światłami, odprawiała się msza, której dźwięki tonęły w szumnym gwarze miasta. Edward, który szedł pełen uczucia, na widok tego życia zwierzęcego, poruszającego się w ulicy, bezwstydnie wrzeszczącego; ostygł i nie potrafił się pomodlić. Szukał tylko okiem miejsca, w którem wczoraj widział spiącą dziewczynkę. Było zajęte, klęczała tam kobieta, zdało mu się że ta sama, ale któż wie? Skromny był jej ubiór, sukienka ciemna, chusteczka wełniana, fartuszek, włosy uczesane gładko, obówie czyste i zręczne. Modliła się z zapałem, z przejęciem, ze łzami, wzniesione miała oczy, ręce załamane, nie widziała, nie słyszała otaczającego ją świata. Twarz jej w tej chwili byłaby malarzowi za wzór najlepszy religijnego uniesienia posłużyła. Blada, przezroczystej owej bladości, nie nosiła jednak żadnych śladów, które niemoc ciała i choroby zostawują. Oczy wielkie czarne, łzawe, nieruchomie utkwione były w obrazie; usta różowe, w pół otwarte, maleńkie, dziecinne, świeciły ząbkami białemi. Wyrazu jaki te rysy ożywiał, opromieniał, opisać niepodobna; nie zmieniał on tyle twarzy, aby je piórem lub pęzlem wydać było można, duszą je tylko uczuć i duszą odtworzyć wielki sztukmistrz byłby w stanie. Rzekłbyś, jedna z tych zapłakanych główek, które Greuze tak nienaśladowanie tworzyć umiał. Wpatrzywszy się w zachwycającą tę postać, Edward kilka razy pomyślał, że to wczorajsza Julka, która spała pod płaszczem Matki Boskiej, ale nie wierzył znowu w domysły, gdy szlachetnym rysom się przyglądał, zdającym się nie godzić z życiem tak biednej istoty, którą wyobrażał sobie uwiędłą, podciętą, zgniecioną. I jak wczoraj przytrzymała go niewyraźna w postać nieszczęśliwej, tak dziś zajęła go, przykuła jaśniejąca modlitwą i zapałem, cudna twarz nieznajomej. Stał i żył oczyma i wcielał się w jej modlitwę. I msza się skończyła i wszyscy się rozeszli i zgiełk w ulicy powiększył, a on jeszcze stał i patrzał, bo ona jeszcze klęczała i modliła się. Nareszcie powstała, ale nie odeszła, spojrzała na obraz, i usiadła na tem miejscu, w którem wczoraj zasnęła. Edward chciał się doczekać odejścia, chciał się dowiedzieć coś o niej... napróżno. Godziny biły, leciały, goniły jedna drugą, musiał ją porzucić i odejść. Wrażenia dnia dobrze zatarły w jego umyśle dwa te obrazy; wpleciony w koło towarzyskiego żywota, w którem my wszyscy stękamy, pod młotem rozmów próżnych, powitań, zapytań, interesów, zapomniał na chwilę o Ostrej-bramie. Przyjaciele, którzy nigdy nie pojmują różnicy dnia od dnia, zmusili go do wczorajszej wesołości, której po nim pod karą śmieszności wymagali, bo do niej, według nich był obowiązany. Edward nie mogąc się od nich oswobodzić, musiał zdusić w sobie myśli poważne, uczucia delikatniejsze, i znowu na świat patrzeć jak oni szydersko, zimno, zwierzęco. A w duszy jego wielka zaszła odmiana tajemna od wczoraj; szparą jeszcze nie zamkniętą spadło w nią nasienie myśli surowszych o świecie, wyobrażeń sprawiedliwszych o ludziach, o kobietach. Edward sam nie wiedział czemu to miał przypisać, bo przecie ta tajemnicza postać, domyślnem swem nieszczęściem nie mówiła za nikim, bo przecie przeszłość jej mogła być pokalaną... a jednak przekonawszy się, że jest prawdziwa wiara, głęboka i nie udana, poznał Edward, że musi być cnota także. Teraz, kiedy towarzysze jego szydzili wedle zwyczaju i z kobiet i z ich cnót, które tak często będąc tylko pozorem, nieufnym czynią na zawsze... czuł niesmak w ich szyderstwie, jak człowiek któryby nadto zjadł jakiej potrawy i wstręt ku niej powziął z przesytu. Prędko z towarzystwa wprzódy lubego, oswobodził się udanym bolem głowy Edward, pobiegł do siebie i zamknął się. Tu tak wiele myśli razem uderzyło mu o piersi, że nie mogąc znieść ich ciężaru, znowu zapotrzebował rozrywki i wyszedł na przechadzkę. Miasto dręczyło go jak przyjaciele, pospieszył dalej, aby sam na sam tylko zostawszy z przyrodzeniem, z niego wyczerpnąć zasiłek myśli, pociechę, uspokojenie. W istocie, w takich chwilach, w których człowieka nawiedza wiara w Boga i wiara w cnoty ludzi, przyrodzenie najlepiej do duszy przemawia, ono wówczas religijnych uczuć jest sprzymierzeńcem i pomocnikiem; gdy przeciwnie w momentach szału, rozpaczy, niedowiarstwa, widok jego nie mówi do duszy: rzekłbyś że przyrodzenie milknie, jak kwiat zamykający się przed burzą. Gdy Edward spojrzał w niebo, czyściejszem odetchnął powietrzem, usłyszał szum drzew, świergot ptaszków; wróciły mu uczucia kołyszące przyjemnie duszę, opadły kajdany, które narzuciło zimne towarzystwo przyjaciół. Dziwnym sposobem, jął myśleć o bladej dziewczynce, a razem o pociechach religji, o szczęściu jakie daje głęboka wiara. — A! — pomyślał, — jakaż to boleść, jakie to cierpienie, jaka męczarnia nie ustąpią z serca, gdy tylko człowiek ma wiarę w przyszłość, w Bogu. Nieszczęściem, nikt jej nie ma tak głębokiej, tak wielkiej, aby wystarczała na wszystkie życia próby; nikt nie pochwali się taką wiarą, a taka wiara, to więcej niż wszystkie szczęścia, bo ona je wszystkie wyłącza i nieużytecznemi czyni! Wystawmy sobie człowieka, któryby żył nie światem i dniem dzisiejszym, ale Bogiem i wiarą, wiarą cały... jakaż filozofja, jaka nieczułość, jaka pociecha zewnętrzna, wyrówna tej tarczy jego, którą zbrojny, niezwyciężonym się staje? A jednak, dla czegoż ta wiara tak sponiewierana, że ją ledwie ci w sercach chowają, którzy już żadnej ofiary nie czynią z życia, gdy je dla niej święcą? Czemuż wszyscy wolą cierpieć, wolą rozpaczać, niż wierzyć w pokoju? Bo — tu się Edward zamyślił — bo jedna część ludzi, — rzekł do siebie po chwili, — od dzieciństwa nie widziała przykładów wiary i nie uczuła jej potrzeby, nie pojmując ważności; a druga wstydzi się wierzyć! Alboż nie ma takich, którzy się modlą tajemnie, a pokrywają uczucia religijne jak występek, aby ich nikt nie zobaczył, tak jak gdyby one były tylko zabawką, jakiemuś tylko wiekowi i pewnym położeniom towarzyskim właściwą? Tak myślał Edward, a serce jego otwierało się, czuł się szczęśliwszym, spokojniejszym, ufniejszym w przyszłość niż kiedykolwiek. Zdawało mu się, że świat nawet popiękniał, drzewa pozieleniały, niebo pojaśniało, i ptacy weselej śpiewali i ludzie polepszeli. Wieczór był, gdy do miasta powrócił. Miasto tylko co się oświecało jeszcze i stroiło do zabawy, która ustać miała dopiero o północy, po północy. Okna zapuszczone sztorami, całemi rzędami jaśniały w ciemnościach, rewerbery jeden po drugim zapalały się, stragany i sklepy łojówkami i kienkietami stroiły. Ruch trwał jeszcze jak we dnie, tylko przechodnie byli rzadsi, a wśród pieszych wybitnie, odznaczali się chłopcy uliczni świszczący piosenki i dziewczęta chichoczące lub nucące, jakby dla przywabienia do siebie. Tam i ówdzie odzywały się fortepiany, skrzypce, szajne-katarynki popularyzujące muzykę; w szynkach basetle zawsze warczące ponuro; a dźwięki te pomięszane przerywał i krajał stukot pojazdów po bruku. Złapać też było można w powietrzu urywki rozmowy, pytania bez odpowiedzi, odpowiedzi bez pytań, uśmiechy i łkania, powitania i pożegnania, łajania i pochlebstwa, wszystko to bijące o siebie, spotykające z sobą, ocierające o siebie a połamane jak te sztuczki różnobarwne, które do kalejdoskopu rzucają. Wszedłszy w ten tłum, gwar i ciasnotę, Edward uczuł się znów przyciśniony życiem ludzi niespokojnem i minąwszy kilka ulic, skierował się ku Ostrej-bramie. Co go tam wiodło? O biedna naturo ludzka! jeśli szczerze wyznać mamy, wątpię aby myśli nabożne: raczej ciekawość, interes, jaki w nim wzbudziła owa dwa razy widziana kobieta. Może być, że w mieszaninie uczuć, były i inne jakie, ale w nich nie przemagała pewnie potrzeba modlitwy... Takim jest człowiek, pod ciężarem ciała, które mu czynić każe często, czem się w duchu brzydzi: posłuszny jego instynktom, patrzy na siebie, zna co czyni, a nie ma siły aby się odmienił. Edward szedł ku Ostrej-bramie, może dla tego powolnie, aby się sam oszukał i skłamać mógł przed sobą, perswadując sobie, że się bez myśli i celu przechadza. W ulicy był ruch jeszcze, światła, ludzie. Edward zwolnił kroku dochodząc do galerji, zdjął kapelusz, obejrzał się, postrzegł postać, którą odgadnął, i modlić się zaczął. Nie omylił się, znowu była tu dziewczynka. Ale nie sama, ktoś drugi stał przy niej i rozmawiał z nią. Nie postrzegli Edwarda i mówili dalej, on podsłuchiwał... darujmy mu tę ciekawość. — I jakże moja panienko, — mówił głos chrapliwy żebraczki, — to ty tu nocujesz? — Już to będzie trzecia noc. — Tak sama jedna, pod tą bramą? — Ot tutaj. — I nie boisz się? — A czegoż mam się bać, Matka Boska nademną. — Czyżbyś już taki sobie kątka nie znalazła? — Miejsca nie mam, a do karczmy nie pójdę. — No, no, alećby to taki gdziekolwiek można znaleźć kątek; chyba już grosza przy duszy nie masz, a i tak... — Ja się tu sobie modlę i dobrze mi... — A zimno? — Mam chustkę, a przywykłam do wszystkiego, bom sierota. — A dla czegoż to straciłaś miejsce? — O! to długa historja! — Ta, ta! dla tegoby ją można krótko powiedzieć. Dziewczyna milczała, po chwilce. — Może panienka i nie jadła? — Jadłam trochę w dzień. — A nie chce się jeść? — Nie; dla czegoż się pytasz? — Dałabym ci obwarzanek. — Bóg ci zapłać stara! ja go nie potrzebuję, ale jak gdybyś mi go dała, tak ci wdzięczna jestem, tyś sama uboga. — Uboga! — odpowiedziała stara, — ale ja już do tego przywykłam! A do tego moja panienko, niechaj ludzie gadają a taki poczciwi i litościwi po świecie chodzą, a jałmużna kapie, a ubogi z głodu nie umiera. Alboby to panience obwarzanek zaszkodził? Stara dobywała z torby powoli, zdmuchnęła, otarła, dała go dziewczynie i nie czekając podziękowania, głośno zacząwszy mówić — Zdrowaś Marja — odeszła. Edward w czas naskoczył, żeby jej rzucić złotówkę na rękę. — To za obwarzanek, — rzekł. — Co? co jegomość mówi? — To za twój dobry uczynek. — Jaki? — Coś dała dziewczynce z jałmużny. — Niech cię Bóg błogosławi panuniu, nie ma o czem gadać. Edward ją zatrzymał. — Chciałabyś żeby cię przyjęto do Dobroczynności? — A mnie to na co! siedzieć jak przykutej! — zawołała, — dajże pokój. I poszła.

III.

Nie będziemy rozbierać i opisywać stanu duszy Edwarda, może i tak czytelnicy nasi, (zawsze czego innego wymagający od pisarza nad to co uczynił i czyni) może i tak niecierpliwią się w trzecim rozdziale powieści, stojąc w miejscu, na którem ich pierwszy postawił. Cierpliwości, panowie mili, cierpliwości; kiedy pisarz czuje potrzebę zatrzymania się, czytelnicy powinni z nim razem uczuć konieczność tego chwilowego spoczynku! a jeśli nie ma między nim a niemi tej sympatji, lepiej książkę porzucić niż kłócić się z nią czytając. Po tak krótkim wstępie (proszę uważać, że gdybym tylko chciał, mógłbym go był dziesięć razy dłuższym uczynić) powracamy do rzeczy. Edward trzeci raz już spotkawszy nieznajomą dziewczynkę, skutkiem zapewne szczególniejszego usposobienia duszy, uczuł się nią silnie zajęty. Nie każda jałmużna, którą dajem, przywiązuje do obdarzonego, jego dar tajemniczy, zdawało się, że połączył jakimś węzłem z ową biedną Julką, że na niego włożył jakieś względem niej obowiązki. Broniąc się myślom o niej, bo czuł całą ich śmieszność, mimowolnie dumał, w nocy widział ją we snach, wstał z postanowieniem mocnem wyszukania jej, ofiarowania pomocy, dowiedzenia się o przeszłości. Nie poszedł jednak rano do Ostrej-bramy, oczekując wieczora, a prawie pewnym będąc, że ją wieczór na zwykłej modlitwie zastanie. Dzień mu się wydał długi i nudny, i nie dziw, oczekiwanie zawsze czas przedłuża, doświadczył tego każdy. Śmiesznie też, gdy kto utrzymuje, że dwie godziny są sobie równe, bo mają równą ilość minut i t. p. Śmiesznie, gdy chcą koniecznie zrównoważyć rok szczęścia z rokiem cierpienia, bo oba równą ilość dni miały. Nadszedł wieczór. Edward zmrokiem był u Ostrej-bramy... omylił się, nie było jej tutaj. Zaledwie oczom swym wierzył. Przeczucie mówiło do niego tak głośno, tak wyraźnie, że ją tam znajdzie: byłby przysiągł, że nie omyli, a jednak... Edward zaprzysiągł, że żadnemu przeczuciu nie uwierzy: i gdy tak przysięgał, nie odchodził przecie, sparł się i czekał. W kątku jego duszy była iskierka nadziei... patrzał na miejsce, które zajmowała Julka, niekiedy spoglądał w ulicę, ale nikt nie przychodził. Edward zaczął się modlić, uczuł się bardzo smutnym, wstydził się sam siebie. Wśród modlitwy usłyszał szelest w ulicy, drobnemi kroki, spieszno szła jakaś kobieta. — To ona! to pewnie ona! — pomyślał i serce mu zabiło. Spojrzał i już nie wątpił: postać jej była tak charakterystyczna, ruchy tak cudownie zręczne i szlachetne, iż druga jej stanu dziewczyna mieć by ich nie mogła. Tem mocniej się przekonał, iż to była jego nieznajoma, gdy się zwróciła ku galerji, i uklękła na swojem miejscu, żegnając się do modlitwy. Lecz zkąd wracała?... Więc miała znajomości, stosunki w mieście, zajęcia? Edward postanowił dowiedzieć się o wszystkiem i nie chcąc jej przerywać, czekał aż dokończy pacierzy. A tymczasem mierzył ją okiem badawczem, nie mogąc pojąć jak wprzódy, zkąd pod ubogą suknią służebnej, sieroty, mogła wykwitnąć twarz taka, taka postawa? przez jaką szczególną przyrodzenia igraszkę dostały się jej wdzięki innego rodu ludzi, których jej równi cenić nawet nie umieją? — Przypadek — powiedział sobie, bo inaczej pojąć tego nie potrafił. W pół godziny może wstało dziewczę od modlitwy, ale nie siadła usypiać tu jak pierwszej nocy, przeżegnawszy się odchodziła. Edward potrzebował niesłychanej odwagi, aby ją zaczepić: im prędzej ją gonił, tem chyżej uciekała; rzucił słowo, odwróciła głowę, spojrzała i milcząc jeszcze żywiej pospieszała. — Nie bój-że się — rzekł Edward — zaklinam cię na wszystko, nie jestem zły człowiek, muszę się z tobą rozmówić koniecznie. — Czegoż pan chce odemnie? — spytała, odwracając się nagle zdyszana dziewczyna. — Dowiedzieć się tylko coś za jedna i dla czego spałaś kilka nocy w galerji: czy nie masz opiekuna, miejsca, służby, sposobu do życia? — Proszę, a cóż panu do tego? — odpowiedziała idąc już dalej nieznajoma. — Ale stój-że — zatrzymując ją, wołał Edward — nie wiedzieć czego boisz się mnie. Ja nie jestem z tych młodych ludzi, którzy dla twarzyczki tylko gonią za dziewczętami, mogłaś mnie widzieć modlącego się... Uczułem litość nad twoim losem, zwierz mi się i zaufaj. Dziewczyna wstrzymała się znowu, zastanowiła i spojrzała Edwardowi w oczy ciekawie, ale nic nie powiedziała. Zdawała się zdziwiona niezmiernie. — Trzy dni, jak co dzień widzę cię rano i wieczorem u Ostrej-bramy: czuwałem nad tobą, gdyś spała pod galerją: słyszałem cię narzekającą przez sen, płaczącą przed obrazem... Musisz być nieszczęśliwa: może nie masz sposobu do życia, może... — Ale zkąd-że ta litość? — spytała dziewczyna naiwnie. — Alboż ona jest tak dziwna? — Nie dziwuję się jej, ale boję od pana — odpowiedziała. — Dla czegoż? mam-że minę zbójcy? Dziewczyna kręcąc końce chustki, nic nie odpowiedziała, spuściła tylko głowę. Edward sam skończył: — Pojmuję zresztą, moja miła. Całe życie widziałaś młodych roztrzepańców i boisz się mojej młodości. Uśmiechnęła się dziewczynka, i kłaniając się powiedziała: — Dobranoc! — Ale poczekaj-że, na Boga! nie lękaj się choć kilka słów przemówić.. Masz-że ty już służbę, boś jej nie miała wczoraj jeszcze, kiedy ta stara żebraczka. — Zkąd-że pan?... — Mówię ci, żem szpiegował dni kilka. — Mnie! umyślnie? — I stałem nad tobą, gdy — dodał Edward — gdy ci N. Panna zesłała we śnie jałmużnę! — To pan!! — zdziwiona krzyknęła dziewczynka. — Wszystko widziałem; miałaś wówczas sen niespokojny, przez sen wołałaś do Matki Boskiej, aby się zlitowała nad sierotą, nad Julką... Wszak nazywasz się Julka? — Zkąd-że pan to wiesz? — Powiedziałaś przez sen. — A! a! — przerwała dziewczynka — i pan wszystko słyszał! a ja... oczu już nie podniosę... — Nic złego nie słyszałem... lecz wiem, żeś biedna. Wracasz do miasta, musiałaś znaleść służbę? — Nie panie! — odpowiedziała dziewczynka; — kiedy pan już tak gwałtem chce wiedzieć, to powiem, cóż robić... Z tej jałmużny założyłam sobie sklepik szkaplerzy, obrazków i paciorek, z którym siedzę w Ostrej-bramie: a tu niedaleko najęłam mizerną izdebkę w suterenach. — Z czegoż będziesz żyła? — Z czego? — spytała sierota głosem zadziwienia i odwagi — a mój sklepik, a mój zysk, który mi da Matka Boża, pod której kościołem siedzę? — Ubogie to będzie życie, bardzo ubogie. — Ale swobodne — rzekła Julka — już za nic nie chcę służby! za nic! to niewola, to nędza! Bylem miała choć suchy kawałek chleba, na co mi więcej. — Ale sama jedna, bez pomocy, rady, opieki, tak młoda, cóż ty poradzisz? — Mam Opiekunkę. — Kogo? gdzie? Odwróciła się ku Ostrej-bramie i przeżegnała, mówiąc: Matkę Boską! — Słuchaj — rzekł Edward po chwilce milczenia — a naprzód odpędź wszelki strach, wszelkie niedowiarstwo. Widziałem cię w największem twojem nieszczęściu, pobożność twoja podobała mi się, interesujesz mnie; jeślibyś kiedy potrzebowała mojej pomocy, zgłoś się do mnie, oto mój adres i nazwisko. Teraz na początek handlu daję ci jeszcze sto złotych, najmij lepsze mieszkanie... Za moją litość zapłacisz mi, jeśli opowiedzieć zechcesz, co cię do tego stanu przywiodło, żeś nie miała gdzie głowy położyć? Dziewczyna zdziwiona, przelękła prawie na widok pieniędzy, cofnęła się. — Cóż to, boisz się znowu? — Panie! ale panie! — bąknęła — bo prawdziwie, bo... — Weź to jako dar Matki Bożej, nie mój, jako nagrodę ufności w jej opiece. Jutro nad wieczorem przyjdę do twego sklepiku pogadać z tobą. — Ach! zmiłuj się pan — zakrzyknęło dziewczę, wzięte, oddając pieniądze — nie czyń-że tego, proszę! nie czyń. — Czemuż? — Ja nie chcę, nie chcę, dośćby na moją zgubę jednej takiej rozmowy. — Przecież się muszę dowiedzieć więcej o tobie. — Ach, ale nie tam... wszyscy będą myśleli... — Do siebie nie pozwolisz mi przyjść, i o to nie proszę... to by ci więcej szkodzić mogło. Dziewczynka temi słowy zdziwiona, nabrała odwagi od nich. — Jutro wieczór u Ostrej-bramy... pod Obrazem; będzie święty świadek rozmowy, a ja nie tyle się będę lękać.

IV.

Mam-że mówić o niespokojnem oczekiwaniu jutra Edwarda?... nie, szeroko o tem piszą tylko ci, którzy sztukować się muszą rzeczami oklepanemi, którzy w braku ładunku prawdziwego, pakują balast nic nieznaczący: my (nie wyrzekając się nadal, bo to ludzka rzecz) damy temu, ten raz przynajmniej, pokój. Jak tylko dzień zmienił się w wieczór, który wieczorem z biedy tylko nazwać było można, bo jeszcze zmierzchać nie poczynało, Edward poleciał do Ostrej-bramy. Zastał już tam Julkę, która klęczała i modliła się, mając przy sobie w chustce zawinięty cały swój sklepik, tylko co z zydelka zdjęty. Szanował Edward modlitwę i stanął z daleka: jeszcze też ulica nadto była ludna, aby nie narażając się na śmieszność, na dziwaczne przechodniów domysły, można było do rozmowy pod oczyma owego świata miejskiego, który sam zepsuty, we wszystkiem widzi (tam nawet, gdzie go nie ma) złe tylko. Powoli też ruch ustawać począł, Julka skończyła modlitwę i obejrzała się. — Dobry wieczór — rzekł Edward. — Dobry wieczór — odpowiedziała smutnie. — Dziękuję ci za dotrzymanie słowa. — Nie ma za co — odezwała się — prawdziwie, teraz jakem się namyśliła... — Cóż takiego? — Tutaj, w tem świętem miejscu. — Nie zechcesz zapewne rozmawiać — podchwycił Edward. — Nie potrafię... ja tu tylkobym się modliła. — Gdzież więc? — Ale ja nie wiem, prawdziwie... — Pozwolisz mi wejść do siebie?... — Pan jesteś nabożny... ufam panu... pan jesteś tak dobry... ale... boję się ludzi — przerywanym głosem tłumaczyła się Julka. — Gdyby kto widział, że pan jestem u mnie, pomyśleliby, że jestem nic dobrego. — Jak chcesz — rzekł Edward, który pałał ciekawością bliższego poznania osobliwszej dziewczyny. — Jeśli nikt nie przychodzi do ciebie, któżby mnie zobaczył? — No to chodźmy — biorąc swój węzełek i ogarniając się chustką, odpowiedziała Julka. — Nie daleko ztąd; tylko że nie wiem, jak pan wejdziesz... u mnie tak mizerna izdebka. — Chodźmy! chodźmy! — zawołał Edward. Poszli w milczeniu. Minąwszy cerkiew św. Ducha, dziewczynka zwróciła się na prawo, ku jednej z większych kamienic; poszła prędzej, potem zastanowiła się, obróciła i rzekła: — Uważaj pan, gdzie wejdę, a daj mi czas przynajmniej świecę zapalić; przez litość nad biedną dziewczyną, żeby nikt nie widział. — Dobrze, dobrze — odpowiedział Edward, któryby był w tej chwili przystał na wszystko; cofnął się i powolnie szedł z daleka. Wkrótce ujrzał Julkę odmykającą drzwi suterenu i spuszczającą się w głęboką jego szyję. W chwilkę potem wyszła ze świecą, którą zapaliła u sąsiadki w dziedzińcu, i przyniosła zakrywając fartuszkiem od wiatru. Naówczas Edward obejrzawszy się ostrożnie dokoła, przekonany, że nikt go nie widzi, prędko przybiegł do drzwi, ale się u nich mimowolnie zatrzymał. Nigdy w życiu nie spuszczał się do podobnego mieszkania. Było to istne wejście do lochu, długim wązkim kurytarzykiem, po schodkach niezmiernie stromych, ślizkich i chwiejących się. Ciemno też było i w drugich drzwiach w dole, a świecące przez szybę światełko wiodło go tylko. Nareszcie nie bez trudności dobił się tych drzwi drugich i wszedł powoli. Uderzyła go ciężka i wilgotna atmosfera tego podziemnego mieszkania, do którego światło dzienne i promienie słońca nie dochodziły nigdy, bo kilko-szybowe okienko, na wpół w bruk zapadłe, nie dopuszczało ich. Izba była sklepiona, mur nie bielony, zielony od wilgoci, piecyk maleńki i kominek na prawo; na lewo łóżeczko i zydel, skrzynka pod łóżkiem, składały sprzęt i wygodę całą. Na kominka kapturze paliła się świeczka, dziewczynka siedziała na zydlu z twarzą rękoma zakrytą, u nóg jej leżał węzełek przyniesiony. Trzeba przyznać, że o ile tak mizerne mieszkanie czystem być mogło, o tyle niem było. Nad łóżkiem wielki niezgrabny obraz Matki Bożej Ostro-bramskiej przylepiony był opłatkiem. Ujrzawszy wchodzącego, podniosła głowę Julka, wstała i podeszła ku niemu. — Ja jestem biedna, uboga, nieszczęśliwa sierota, pan bogaty i szczęśliwy... często podobni panu za żart mają zgubić kogoś; wszak tego nie uczynisz? Edward odskoczył. — Przysięgam ci na tę Matkę Bożą, przed której obrazem pierwszy raz cię obaczyłem, że nigdy myśli tej nie miałem i mieć nie będę! Nie ufasz mi, lękasz się?... pójdę. — Ach panie! — odpowiedziała Julka — sam powiedz, cóż to dziwnego, że nie ufam, że się lękam? Dałeś mi pieniądze, gonisz za mną, jesteś młody! Ludzie i litość udają. — Więc dobranoc ci i uspokój się, nie chcę cię niepokojem nabawiać, później może, gdy lepiej mnie poznasz. — Nie idź pan, nie — zawołała dziewczynka — przysiągłeś na Matkę Bożą, ja wierzę teraz, bo ktoby taką złamał przysięgę, ten by wart paść trupem jednej minuty. Była chwilka milczenia, dziewczynka uspokojona, pokazała na chwiejący się zydelek Edwardowi, a sama pobiegła usiąść na łóżku. — Przyjąć pana nie mam czem. — Tem, o co najmocniej proszę, na co czekam, twoją historją. — Och! — odpowiedziała — smutna! I nie raz mi się wśród niej łzy potoczą, bo ich było dużo w życiu... więcej niż na moje lata być ich powinno. Zaczęły się bardzo wcześnie, a Bóg wie kiedy skończą! Ale nadzieja w Bogu i N. Pannie, że nie opuszczą sieroty. — Jesteś tutejsza, z Wilna? — spytał Edward, naprowadzając ją na początek. — Zaraz wszystko powiem. Podparła się na łokciu, westchnęła, zaczęła.

V.

— „Nie wiem kto byli moi rodzice: znaleziono mnie maleńką w pieluchach, na słomie u bramy jednego domu na wielkiej ulicy. Chciano podobno z początku odesłać do Sióstr Miłosierdzia, ale potem jakoś zlitowała się nademną szynkarka, która na dole tam miała szynczek, wzięła i wykarmiła. Ona sama nie miała dzieci, kochała też mnie biedna. Ja tego mało co pamiętam, jak przez mgłę, słyszałam tylko od ludzi. W kilka lat biedna kobieta umarła i zostawiła mnie znowu na Bożej opiece, bo Bóg ojciec sieroty. Siostrzeniec jej wyrzucił mnie z domu, nie myśląc karmić: a gdym siadłszy płacząc w ulicy, głośno wołała matki, ludzie się zaczęli gromadzić koło mnie, rozpowiadać o nieboszczce i kląć nielitościwego siostrzeńca. Młoda jakaś pani przechodząca wstrzymała się, spostrzegła dziecię, rozpytała o mnie i wzięła do siebie. O! dobraż to była pani, nabożna, cierpliwa jak anioł, ale nieszczęśliwa, bo płakała często. Ona to nauczyła mnie modlić się i ufać w Bogu, ona dała mi wielki skarb na sieroce życie... pobożność, cierpliwość. Patrząc na nią, musiałam ją naśladować, i nigdy potem nie zapomniałam o niej, o jej macierzyńskich naukach. I ta umarła, zostawując mnie małą, znowu bez opieki, samą jedną. Mąż jej, który tego anioła nie pojmował, nie rozumiał też litości dla bezużytecznej sieroty. Poszłam z tego domu z wielkim bolem serca. Wzięła mnie potem jedna przekupka, z której kramikiem siedziałam długo w Ostrej-bramie, trzy lata prawie. Nie mogę narzekać, życie to było rozkoszne: gdy wspomnę, jeszcze łzy mi się kręcą po sercu. Rano bywało szłam z moim stołkiem i towarem, gdy jeszcze spało miasto, przychodziłam na pierwszą mszę u Ostrej-bramy, której słuchałam często sama jedna, albo z kilku mleczarkami, potem szłam na swoje miejsce i usiadałam. U mnie były do przedania obrazki N. Panny i świętych, małe książeczki nabożne, abecadła, szkaplerze, krzyżyki, paciorki, wstążeczki, szpilki, pierścionki mosiężne, medaliki... tyle pięknych rzeczy, którym się wieśniaczki, idące i wracające z targu, tak dziwiły! Dzień wschodził, siedziałam na świeżem powietrzu, wśród ludzi, targowałam złotych kilka, miałam co zjeść i byłam szczęśliwa, bardzo szczęśliwa! Ludzie, których tyle się do Ostrej-bramy zbiera, wszyscy się modlili, wydawali mi się poczciwymi i dobrymi! Nie jeden kupiwszy co, dał groszyk dla biednej dziewczynki, kupowałam sobie mleka, jabłek i długo błogosławiłam go. Wieczorem, o mroku, gdy tylko żebracy przychodzą modlić się u Ostrej-bramy, szłam do domu, tu przędłam, albo pomagałam gospodyni. I sny moje wówczas swobodne były i wesołe. Nie raz pamiętam widywałam we śnie N. Pannę z Panem Jezusem, która mi rzucała grosz na mleko, lub bułkę białą! Teraz nigdy mi się to nie śni, często i przez sen nie można się nawet poradować, kiedy na jawie serce pęka. Szczęśliwemu i we śnie szczęście, biednemu łzy i przez sen. Mój Boże! jak ja pamiętam te trzy wiosny u Ostrej-bramy i te trzy lata. Zima tylko dokuczała trochę, bo nie było się czem okryć, trzeba było chuchać w ręce, bić nogami, żeby się rozgrzać. Inne kobiety miały żar w garnkach, śmiały się, żem marzła: ja, kiedy było bardzo zimno, myślałam o wiośnie i o lecie, albom się modliła. Raz, w końcu tych trzech lat, wieczorem, chora czegoś wróciłam do domu, jesień to była chłodna, bijący z wrót, przemoczył mnie do nitki, bo miałam nie dobre miejsce: gorzej jeszcze, pomokły szkaplerze i obrazki. Przekupka zobaczywszy to, o mało mnie nie wybiła. Płakałam, nie wiedząc co począć; w nocy siedziałam i suszyłam po jednemu wszystko przed kominem, ale że ogień był z trzasek mokrych i więcej dymił niż grzał, do ranku przyszło i już dzwonili na czwartą, gdym robotę skończyła. Ledwiem się spać położyła i usnęła płacząc, przebudziła mnie gospodyni z łajaniem, przypominając niedzielę, i że chłopi rano bardzo na targ jadą, kazała zaraz iść z kramikiem do Ostrej-bramy... Mnie się spać chciało tak, że padałam ze snu. Całą noc nie spałam, czułam się chorą, głowa ciężyła, nogi drżały, oczy się mrużyły, ale kto służy ten musi słuchać... poszłam. W ulicy jeszcze nikogo nie było, w Ostrej-bramie nikogo, nawet przekupek co najraniej siadały... zmrok i sen wszędzie, wszyscy spali, mnie tylko zasnąć nie dano. Usiadłam, płacząc, na mojem miejscu, i ciężkim snem, oparłszy się o mur, zasnęłam. Nie wiem jak długo spałam na moje nieszczęście, obudziwszy się, mało nie umarłam z przestrachu... przedemną stał tylko goły kramik, paciorki, wstążki, obrazki, szkaplerze... wszystko znikło. O mój Boże! języka nie mam na opisanie mojej rozpaczy; wolałabym była umrzeć; rzuciłam się na ziemię płacząc, przekupki zaczęły śmiać się ze mnie... pobiegłam do Obrazu Matki Boskiej i prosiłam Jej o pomoc, o ratunek... Ona cudowna, mogła cud zrobić, ale ja widać grzeszna, nie byłam cudu warta, bo mnie nie wysłuchała. Nie wiedziałam jak się pokażę przekupce i chciałam z początku uciekać, ale pomyślawszy, że ona mnie może o kradzież posądzić, że biedna ma troje dziatek a uboga, a ja powinnam przynajmniej odsłużyć, kiedy nie mogłam zapłacić... poszłam do niej, nie bez wielkiego strachu. Przekupka nie zważając na moje łzy, wybiła mnie, odarła z odzienia i wypchnęła z domu. Odszedłszy kilka kroków, usiadłam na kamieniu i płakałam: jakiś pan z panią szli ulicą, zaczęli do mnie gadać, rozpytywać się, a poszeptawszy coś między sobą, kazali mi pójść. Poszłam za nimi dziękując Najświętszej Pannie: Ona to ich sprowadziła... i to był cud dla sieroty. Pani moja i pan nowy bardzo byli dobrzy ludzie, łagodni, poczciwi, pobożni; żyli z sobą przykładnie i zgodnie, a mnie nie jak sługę domu, lecz uważali jak sierotę, której czynili dobrze dla miłości Bożej. Dla czegoż tak krótko trwała spokojność, tak prędko wszystko się zmieniło! Tak dobrze było mi u nich! Ale na świecie, od wieków to powtarzają, długo być dobrze nie może, bo na to ten świat. Naprzód pani umarła, po której płakałam gorzko; potem pan zaczął słabnąć, chorzeć, z żalu usychać i nawet przytomność tracić powoli. Jak tylko dowiedzieli się o tem jego krewni, pospieszyli do niego, obsiedli oni, opanowali bezsilnego staruszka i całym domem trząść zaczęli. Wkrótce z pana stał się ich sługą, a płacz brał patrzeć, jak z nim nielitościwie się obchodzono, jak często wszystkiego mu brakło, gdy słudzy obcych brali i porywali pełnemi rękami. Kilka razy ujęłam się za starego pana, nie dałam rozrywać jego dobra i niszczyć: ztąd gniew na mnie, odgróżki, a potem i zemsta. Słudzy obcych zmówili się na sierotę, i popełniwszy sami kradzież, jednogłośnie zwalili ją na mnie. Nie było dowodów żadnych, obrażona podejrzeniem, pobiegłam do pana z płaczem i skargą na krewnych. Chciał mnie bronić, ale nadbiegli, w oczach jego łajać mnie zaczęli, domagać się, aby mnie odprawił. Tyle krzykiem swoim sprawili na biednym, osłabionym starym, iż milczeniem na wszystko dozwolił. Nie miał siły się oprzeć. Płaczącą wyrzucono mnie za drzwi, wśród śmiechu, szyderstwa i naigrawań sług obcych. A! jakże mi się okropnie serce krajało, kiedym wychodziła z domu, w którym tak dobrze niegdyś mi było, w którym rzucałam biednego starego pana w ręku rozbójników! Lecz cóż począć było? Zabrawszy rzeczy, poszłam do Ostrej-bramy. Cały dzień tam przesiedziałam, całą noc... Pan widziałeś mnie i wiesz resztę. Edward, który z ciekawością słuchał naiwnego opowiadania Julki, powstał w tej chwili zadumany. — Biedna sierota! — zawołał — miałaś przeszłość ciężką, bez pociech, rodziny, opiekunów, rzucał cię los z tułactwa w tułactwo... mam nadzieję, że przyszłość lepsza będzie. Julka nic nie odpowiedziała. — Umiesz ty czytać? — spytał po chwili Edward. — Trochę. — Cóżeś czytywała? — Książki nabożne. — Co za szkoda — pomyślał w sobie młody opiekun. — Tak piękna, według wszelkiego podobieństwa pełna zdatności, oczywiście roztropna i poczciwa, zginie w tłumie, na dnie gminu! Chciał jeszcze coś do Julki powiedzieć, lecz ona wskazując na dogorywającą na kominku świecę, rzekła po cichu: — Dobranoc panu, już późno. Obejrzał się raz jeszcze Edward i wyszedł w ulicę milczący, myślący, niespokojny, sam nie wiedząc czemu i dla czego.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…