Front matter
WINCENTY RAPACKI
▽▽
HANZA
całość
WINCENTY RAPACKI
▽▽
HANZA
Powieść z XV wieku
Z 6-CIU ILUSTRACYAMI
WARSZAWA, NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SP. ▢▢▢▢ 1912
DRUK PIOTRA LASKAUERA | WARSZAWA, NOWY-ŚWIAT 41.
CIEKAWE POWIEŚCI
MIESIĘCZNIK, POŚWIĘCONY NAJWYBITNIEJSZYM
POWIEŚCIOM I ROMANSOM POLSKIM I OBCYM.
Nr. 1 ▭ Styczeń 1912
'
| ▢ |
I.
Drang nach Osten.
Odwieczne bory Oświęcima i Zatora patrzały zdumione. Dziwiły się zwierzęta i ptactwo dzikie. Kmieć patrzał pochmurnie i kiwał głową, jak dziś na przebiegającą lokomotywę. A była to jakgdyby jej zapowiedź. Przed pięciuset laty pierwszy wdarł się do ziem naszych w postaci Hanzy niemieckiej. A wiecie, czem była Hanza? Początek jej, jak wogóle każdej instytucyi, miał cele humanitarne. Zawiązała się w stowarzyszenie przed napadem band rozbójniczych. Miała być propagatorem wolnego handlu na wszystkich punktach świata. Przez nią miały wejść ludy w sojusz bratni. Za pomocą jej dróg i kanałów miały płynąć dobrodziejstwa cywilizacyi. W ciągu wieku wyrodziła się. Na sztandarze swoim wypisała: GOTT MIT UNS. Był to polip, który ssał ciało słowiańszczyzny:na całej jej przestrzeni. Ssawki tego potworu poczynały się w północnym Gdańsku a kończyły u podnóża południowych Karpat; tak jak z drugiej strony brały początek na brzegach Odry a kończyły się u Wołgi. I oto patrzcie na tę drogę świeżo wykarczowaną, przez bory, patrzcie na zrównane lub poprzecinane pagórki, zasypane doły i Bieleje trakt bity, a tym traktem, jak długi różnobarwny wąż, coś się porusza i posuwa i świeci i gwarzy. A butne, a zuchwale depcze tę ziemię stopą zwycięzcy, stopą pana i władcy. To Hanza prowadzi swoje towary do Krakowa. Wyjechała z jednej z głównych swoich faktoryi w Kolonii. Zostawiła ładunek w Frankfurcie, Wejmarze, Norymberdze, Pradze, a z resztą do Krakowa się wlecze. Jednocześnie, kiedy ich karawana ma się zagłębić suchym traktem w lasy oświęcimskie, druga jej odnoga płynie morzem i przybija do portu Gdańska, trzecia do Rygi, czwarta do Nowogrodu, piąta do Londynu, a szósta do portów skandynawskich, — a choć niema telegrafów, jednak wszyscy wiedzą o sobie. W Hanzie wszystko idzie, jak w zegarku. Co tu wozów i koni! Co tu ludzi! Wozy kute żelazem i ludzie błyszczą od stali. Każdy wóz ma swojego dozorcę zakutego w żelazo i dwóch konnych knechtów. A wszystko odziane w niebieską barwę z herbem Hanzy — krzakiem lilii, na której czystość przysięgać trzeba. Ci ludzie to mnisi. Pod karą śmierci nie wolno im się żenić. Celibat to ideał wszystkich stowarzyszeń średniowiecznych. Każde stowarzyszenie to klasztor. Mnich to najdoskonalszy wyrób człowieka owych czasów. We wnętrzu tych wozów, co się wężem wloką, po bitej drodze, znajdziesz wszystko, czem żyje społeczność ówczesna. Cel pożądliwości rozbójników wszystkich odcieni, począwszy od barona na wysokim zamku, aż do zwyczajnego opryszka, co się w gęstwinie lasu kryje. Ale kiedy baron stoczyć musi walną bitwę i wyjść z niej zwyciężonym, podłym zbójcom tylko się oblizać skrycie wolno. Bo z Hanzą nie żartować! Biła się z królami i zrzucała ich z tronu. Jej flaga na morzu i tarcza na lądzie mają pierwszeństwo przed wszystkiemi. Najdumniejszy pochyla przed niemi głowę. Przypatrzcie się tej karawanie. Płynie ona tak spokojnie, jakgdyby ją skrzydlaci cherubi strzegli. Każde oblicze oddycha wesołością i swobodą. Przodem jedzie n, który ją prowadzi, niby konduktor pociąg kolejowy. On wyznacza stacyę do popasu. On utrzymuje karność w załodze. On jest jej głową i opatrznością. Poza nim siedzi pisarz, którego zowią r. Jest to postać milcząca i poważna. Człowiek piśmienny Znaczył w owych czasach tyle, co ksiądz. Ober-furman, dla innych gromki i surowy, przed nim zniża głos i głowę chyli. Patrzono z uwielbieniem wielkiem na człowieka, który może badać nieprzystępna rzeczy dla wielu. Na kolanach dźwiga szkatułę misternie okutą i zamkniętą na kilka zamków, od których klucze wiszą mu na srebrnym łańcuchu i bujają się na piersiach w miarę jak wóz się toczy. W szkatule spoczywa buchhalterya Hanzy i jej korespondencya. Dźwiga on ten ciężar z godnością, o ile mu znużenie pozwala, bo w końcu, jak zwykły śmiertelnik, zaczyna drzemać i kiwać się wraz z kluczami, co mu wiszą na szyi. Obok ober-furmana, tłustego i zażywnego Niemca, z grubym karkiem, siedzi młodzian lat ośmnastu, z dziwnie sympatycznem obliczeni. Z niebieskich oczu patrzy mu dobroć i jakaś zaduma głęboka. Twarz ta różni się wielce od wszystkich współplemienników; najprzód wyrazem dobroduszności i szczerości, a potem i w rysach jej więcej ściągłych, z pięknie wykrojonym profilem, jest coś, co niepodobne do żadnego niemieckiego pucołowatego i pochmurnego oblicza. Pochyła głowę to w tę, to. w ową stronę, jakby słuchał szczebiotu ptasząt, jakgdyby łowił uchem szmery mowy ludzkiej, przesuwających się kiedy niekiedy kmieci. Wtenczas trąca go przyjaźnie łokciem stary towarzysz i pyta o przyczynę tej zadumy i wołać każe a, aby go rozbawił. O Till tylko co spłatał Niemcom sztukę, za którą wywołał z jednej strony przekleństwo i złorzeczenia, z drugiej śmiech i kilka kułaków oberwał — bo u tych ludzi kułak ma nieraz wartość uścisku lub pieszczoty. Potrafił on wmówić w jednego z Niemców, że jest ślepy na jedno oko i że wszystkie przedmioty, które widzi z prawej, są właściwie z lewej strony. A miał siłę argumentacji, bo Niemiec, zamiast konia z prawej, okładał batem sąsiada z lewej strony. Ten Till Eulenspiegel, zwany po polsku m, jest duszą, całej karawany. Jest wszędzie i nigdzie. Przeskakuje, jak wiewiórka, z wozu na wóz po karkach i grzbietach końskich ze zręcznością ekwilibrysty. Wczoraj jeszcze zabawiał chłopów i mieszczan na kiermaszu w Ostrowie, a przedtem płatał figle na zamku w Prauensztacie, dziś przyczepił się do Hanzy, aby się tanio i wygodnie dostać na jarmark do Krakowa. Hanza woziła na swoich wozach i podróżnych, czyli jakby się wyrazić po dzisiejszemu: miała swoich pasażerów. Podróżnik, szanujący siebie i swoje mienie, oddawał się jej w opiekę, a ona ręczyła za jego przejazd, kazawszy sobie dobrze zapłacić. Dziś dostał się jej pasażer y, bo błazny i komedyanci, to jest ludzie śmiechu i zabawy, tak przed wiekami, jak i w obecnej naszej dobie, honorowani byli na równi z ptactwem wędrownem: mógł siąść, gdzie mu się podobało, byle świergotał za to wesoło. Rzucono mu przytem okruch ze stołu. Błazen ten jest z kolei m „Tillem Eulenspieglem“, bo prawdziwy, pierwszy, umarł już przed pół wiekiem, a że dowcipem swoim i figlami zyskał nieśmiertelną sławę, Każdy więc z błaznów brał sobie nazwisko, przyznając się do pokrewieństwa, i wdziewał jego barwę, niby szyld, niby reklamę, by najkorzystniej sprzedać swój towar. Dobra firma już i wtenczas miała swoje znaczenie. Byli Tilowie podrzędniejsi, którzy się żywili pożyczanym dowcipem od starego, nosili bowiem spisane w książeczce jego figle, ale najczęściej przyłapani na tem złodziejstwie, płacili grzbietem. Ten godnie reprezentował starą firmę; mógł był nawet uchodzić za protoplastę nowego gatunku błazna, bo obok figlów i humoru posiadał ciętość satyryka. Wszystko się z czasem doskonali. Było to jednak niebezpieczne rzemiosło, bo trzeba wielkiego znawstwa ludzkiej natury, aby wiedzieć, kiedy właściwie, w jakiej chwili podać gorzką pigułkę; wyrwanie się nie w porę życiem przypłacić można. Ale za to dobre słówko, rzucone w chwili właściwej, stawało się niby życiodajnem ziarnkiem. Błaznowie nieraz więcej zdziałali, niż spowiednicy. Niewdzięczna przeszłość pogrążyła ich w toni niepamięci, niby mszcząc się ran zadanych. Najszczęśliwszym z nich był Stańczyk — bo się znalazł w epoce politycznej, w epoce rozbudzenia umysłów, gdzie ceniono już dowcipne i głębokie słowo. Ówcześni błaźni — to artyści, to poeci! Trzeba było być i autorem z potężną inwencyą, i aktorem z talentem. Smutne czasy. Najpiękniejsze intelektualne dary kryła czapka błazeńska! Jakie tam nieraz myśli i idee wirowały w tej głowie ubranej w dzwonki! Wysoki, chudy, miał małą i okrągłą głowę, nos zadarty, ale kształtny, misternie wykrojony, co prawie zawsze oznacza delikatność uczuć. W oczach błyszczał rozum, a na ustach igrał uśmiech, ten uśmiech, co to przypomina Cervantesa lub Montesquiego. Jest godzina piąta z południa. Ciepły wietrzyk pogodnego maja muszcze drzewa i krzewiny przydrożne. Słońce sypie złote blaski na całą, tę pstrokacizną ludzi i koni. Gościniec, tak pracowicie ręką Niemców wykuty, zniża się z gór Morawii. W głębi na północy sinieją lasy oświęcimskie. Gwar, śmiechy, przekleństwa — jak w ciżbie ludzkiej. — Rudolfie, moje dziecko — rzekł Sowizdrzał do młodzieńca — gdzieś ty podział swoje niebieskie oczy, co tak wesoło; patrzały? Czy ci strach tych borów, które tam przed nami, sinieją? To wesoła ziemia dobrych ludzi! I zanucił piosenkę w języku, który był obcym dla wszystkich:
— Gdziem nie bywał, gdziem nie płynął, A Krakowa-m nie wyminął: Bo w Krakowie dobrzy ludzie...
— Hę? Co? — przerwał mu młodzieniec z wykrzykiem, jakgdyby ze snu przebudzony. Potem, oglądając się trwożnie po towarzyszach, przyciągnął błazna do siebie, popatrzał nań jakgdyby z niedowierzaniem i rzekł półgłosem: — Ty umiesz... po polsku? Skąd ty umiesz? Ale również zdziwiony był Sowizdrzał. — Ach, to i ty umiesz!... a gdzieżeś ty się chował? — Nad Renem, mnie chowano, a rodziłem się w tym Krakowie, za którym tęskniłem całe życie. — To nie tak dawno było. Ileżeś miał lat, gdy cię wywieźli? — Mogłem mieć ośm do dziesięciu, ale pamiętam tak wszystko, że cię zaprowadzę, gdzie zechcesz. — A któż są twoi rodzica? — Pamiętam tylko matkę... — Aha! już wiem resztę... Podczas tej rozmowy Sowizdrzała z Rudolfem n patrzał się na nich wyłupiastemi oczyma, w końcu spytał a, który się najspokojniej kiwał, drzpmiąc: — e? — h — rzekł, poziewając i nie otwierając oczu. — ! — powtórzył i zadumał się głęboko. Potem wyszeptał: — a. Popatrzył przytem na młodzieńca, jakby się dzisiaj popatrzył Prusak na nowej konstrukcyi działo Kruppa. On w tym młodzieńcu zwietrzył jedno z tajemniczych kółek wielkiej machiny związku. Usunął się też od niego na pół łokcia i z boku tylko zerkał nań skrycie, jakby na drogocenny przedmiot. Postrach we wszystkich swoich podwładnych i tajemniczość — była to jedna z uprzywilejowanych cech tego szanownego ze wszech miar związku. Wszyscy jej członkowie byli tylko kółkami w dobrze zorganizowanym nie wiedząc nic jedno o drugiem. Zdradzenie bowiem jakiegoś planu, jakiegoś zlecenia, karano śmiercią. Świeżo przyjęty członek musiał wytrzymać mnóstwo prób, równających się torturom, które gdy przebył, mógł się uważać za szczęśliwego, a Które wdrażały weń postrach wielki i poszanowanie bez granic. Nie wolno było pytać, badać, — należało tylko spełniać — milcząc. Przypomina to inny związek, który powstał w półtora wieku potem. Tymczasem Sowizdrzał z tajemniczym młodzieńcem prowadzili ożywioną i swobodną .rozmowę, bez obawy, aby ich ktoś mógł podsłuchać. — Toś ty podobny do mnie, bratku — mówił Till, klepiąc Rudolfa po ramieniu — i ja nie wiem, komu zawdzięczam żywot, a jednak błogosławię tego niewiadomego rodzica, bo mi dał pazury, którymi się jakoś drapać umiem. Poczekajże! takie jak my powinny żyć w zgodzie i przyjaźni. Biorę cię pod moją opiekę. — Chętnie przystaję. — O ile mną wicher szamotać nie zacznie, będę przy tobie, gdy mnie porwie i zaniesie gdzieś na drugi koniec świata, będziesz musiał cierpliwie czekać na mój powrót... A gdzież matka? — Matka w Krakowie oczekuje mnie tęskna; mam również i ojczyma, którego nie lubię i on mnie nawzajem. — Oho! zaczyna jajko o kwoczce myśleć; już widzę, że z tym ojczymem weźmiemy się w załebki. — Byłem dzieckiem, kiedy mnie bił, dziś wracam mężem i mam pięści. — Pięści czasem mało, mój synku. Nauczymy cię, jak lisa w dołek złapać. — Ech, ja sobie z nim poradzę; ale matki mi żal. — Żal zaszyjesz sobie w nogawicę, on ci nie ucieknie... Ale sza! rozchmurz lice, bo Niemcy na nas patrzą. Już im za dużo tego polskiego gwarzenia. Nie lubią bestye tego, czego kupić, albo wydrzeć nie mogą. I podśpiewując rubaszną niemiecką piosnkę, pognał do wozów, gdzie go przyjęto z wielkim zapałem. Tymczasem karawana wjechała w las. Dzisiaj las dla podróżnika stanowi niewypowiedziany urok spoczynku i wytchnienia, dawniej przenikał go dreszczem tajemnej trwogi. Ideałem siedziby ludzkiej i spoczynku były mury miasta. Dziwnie się stosunki ułożyły! Tak jak dawniej do murów ciasnych, tak dziś do przestrzeni i wolnego powietrza ludzie tęsknią. Wieki średnie to panowanie miast i zamków. W lesie każdy szmer, każde poruszenie listka szeptało człowiekowi o strachach i wilkołakach, każdy odgłos przywodził na pamięć Ukrytych zbójców. To też pierwszą myślą każdego była myśl bezpieczeństwa, pierwszym ruchem zapewnienie się, czy ma broń. Gdy się o tem przekonał, zrobił znak krzyża i niepewnym krokiem zapuszczał się w gąszcz ciemny. Słońce jeszcze dosyć wysoko, zanim się skryje, staną na nocleg w Żywcu. Dniem pociągną przez całą długość księstw Oświęcima i Zatora. Cisza... Wszyscy w nią zasłuchani z poszanowaniem pewnem. Rozmowa umilkła, czasem wyrzeknie się jakieś słówko półgłosem. I konie, jak ludzie, są powściągliwe, strzyżą uszami, nie parskają. Wozy nawet, ciągnione zwolna a ostrożnie, wydają mniej turkotu; czasem tylko słychać uderzenie o korzeń jakiś lub o kamień. Wtem furman u pierwszego wozu krzyknął: Ober-furman podskoczył, Rudolf się zsunął prędko z wozu, a poważny buchfirer wytrzeszczył oczy szeroko. Konie wpadły w dół głęboki, przekopany przez całą szerokość drogi. Wyminąć go niepodobna. Z obu stron zagradza drogę gąszcz lasu. — Zasadzka! — wykrzyknęły wszystkie usta. — Baczność! — woła ober-furman. Na otwartem miejscu wobec wroga Niemcy są nie do zdobycia. Tworzą, z wozów uprawiany później tak korzystnie przez husytów czeskich. W gęstwinie lasu wobec niewidzialnych potęg walczyć ciężko. Gdzie napastnicy? Jeszcze ich niema, czekają ciemnej nocy, tymczasem rzucili im zaporę, której przebycie trochę czasu zabierze. Przebyć rów głęboki i szeroki trudność nie wielka. Ażeby go przebyć, potrzeba go zasypać. Na to Hanza jest przygotowana. W jednej chwili, na skinienie ober-furmana, błysnęły topory i gałęzie drzew Wypełniają rów; inni go zawalają ziemią. Robota idzie składnie i gładko, ale słońce coraz niżej. Ostatnie jego promienie tylko wierzchołki drzew złocą. Mrok idzie od ziemi. Pierwszy wóz przejechał po faszynowym moście, w ślad za nim poszły inne. Zadudniło po ciemnym już lesie. Jednak wiedzą i czują wszyscy, że chwila stanowcza już się zbliża... Już się zbliżyła. Wozy stanęły, bo im zagrodziła większa przeszkoda: zwalone kłody drzewa w poprzek drogi. Nieprzyjaciel tuż. Niemcy boju jednak staczać nie myślą. Krzyczą: Świsnęła strzała z góry i utkwiła w poręczy siedzenia tuż przed zdumionym ober-furmanem. Na strzale zatknięty papier. — Zapalono pochodnie. Buchfirer wyczytał:
II.
'
Jesteśmy w komnacie zamku oświęcimskiego. Izba to nieduża, a trzecią część jej ścian zajmuje wielki komin, na którym płoną szczapy drzewa. Światło było drogie — taki komin ogrzewał i oświecał. Przez skąpe okna, w których więcej było ołowiu, aniżeli szyb, dzień daje swoje ostatnie blaski. Nieopodal ogniska, na niewygodnem krześle, którego poręcze tem się odznaczały, że wyobrażały potworne głowy smoka, spoczywa człowiek już stary i łysy stękając i jęcząc bez ustanku. Na nizkim taborecie wyciągnął nogi, obute w pilśniowe buty, których śpiczaste końce na ćwierć łokcia długie. Ma na sobie aksamitną szubę, podbitą futrem, z wielkimi otworami miast rękawów; pod spodem fioletowy kaftan. Twarz tego człowieka czerwona i obrzękła, o krótkim karku. Nic w niej nie wyczytasz prócz fizycznego cierpienia, a fioletowe plamy, mięsiste wargi i worki pod oczyma mówią, że na nie pracował gorliwie. To książę Cieszyna i Oświęcima, zwany Podagra trapi go od lat kilkunastu, tak, że chodzić nie może, ale go noszą w onem książęcem krześle z potworami. Stąd lud przezwał go tem imioniskiem. Rządy księstw zdał na dwóch synów. Cieszynem rządzi starszy; Oświęcimem — młodszy. Mimo to zgryźliwy starzec wglądać chce w sprawy obudwu synów. To też jeden, tydzień bawi w Cieszynie, a w Oświęcimie spędza drugi. Stąd wieczne spory i zacięte nieraz walki się toczą. Przy chorym po obu stronach krzesła stoi dwóch ludzi. To lekarze. Jene jest Żydem, drugi Niemcem. Nia twarzy Żyda igra ironiczny uśmiech, podczas gdy Niemiec, uzbrojony powagą wielką, wykłada traktat o podagrze. Dowodzi on, że skutkiem nacisku Wenery na Marsa, następuje wielka w atmosferze Ta gęstość działa szpetnie na wątrobę i stąd wywiązują się humory, które znów sprowadzają zaburzenia w całem ciele. Radzi więc tłuc w moździerzu mandragorę, dodawszy proszku koziorożca, i pić trzy razy na dzień. Starzec, któremu lek i Niemca snadź już mocno dojadły, spluwa z pasyą i odwraca się do Żyda. Ten pogładził brodę i rzekł chłodno: — Niema na podagrę środka w medycynie. Możemy dać tylko niejaką ulgę w cierpieniach, zalecając jak najmniej irytacyi. Radzimy choremu spokój i oderwanie się wszelkie od spraw powszednich a zabawienie umysłu rozrywką. Przepisujemy dekokt z ziół na oczyszczenie i zalecamy dyetę. Starzec jeszcze gwałtowniej się porwał z siedzenia i odtrącił Żyda kułakiem. — Niech was gromy spalą! Jeden mnie truje lekami, a drugi zagłodzić pragnie dyetą. Precz!... Pójdź ty, wolę twoją mandragorę z koziorożcem. Naprzeciw krzesła chorego, po drugiej stronie komina, siedzi przy stole sługa książęcy, rodzaj kanclerza i doradcy, Czech, zwany Jest bo człowiek lat czterdziestu, twarzy okrągłej, ale niezmiernie sprytnej i ruchliwej — bez zarostu, z włosami ciemnymi; w piwnych oczach jego czytać można przebiegłość. Nie stracił on jednego słówka z rozmowy dwóch lekarzy. Zamyślił się chwilę, oczy przymrużył, jakgdyby obydwa systemy doktorskie ważył w myśli; potem; z po korną miną przystąpił do chorego, który zda się czekał tego, bo się ku niemu zwrócił. — Kadzę waszej książęcej mości posłuchać zdania Ten Żyd jest chyba przekupiony przez synów waszych, kiedy wam radzi spokój i usunięcie się od spraw państwa. To brat tamtego zausznika, — I ja tak myślę! — ryknął chory. — Precz z Żydem! Bo lochu z nim! — Mam wasze słowo! — rzekł Żyd z powagą. — Jestem lekarzem królewskim i żądam w imieniu mego pana bezpiecznego przejazdu do Krakowa. — Milcz, podły Żydzie! twój król, to dziki niedźwiedź z puszcz litewskich, poganin, który skradł Piastów berło! Zamknij go, Chrzanie, zamknij na cztery spusty. — Nie warto dla tak podłego stworzenia otwierać lochów — rzekł Chrzan — wypędzić go za bramy. Idź, Żydzie! i bądź kontent, żeś się dziś z świętym Mojżeszem nie zobaczył. — I poprowadził go ku drzwiom. — Na drugi raz nie wzywajcie lekarza, bo ten wam niepotrzebny, dość na to szarlatanów. — Och! pies niewierny! — krzyknął książę za odchodzącym. — Kto mi poradził tego niecnotę? — Książę Przemysław — szepnął Chrzan — namówiony przez Natana. — Och wyrodny! Och przeklęty! — jęczał starzec, bo uczuł bóle gwałtowne, które nim szarpały. — Do Cieszyna już się przeniosę, aby go nie widzieć więcej. Bolesław, jak myślisz, jest, dobrym i uległym synem? — Uległość tamtego a srogość tego na jednej szali zaważy: tamten bierze uległością, ten gwałtem. — Obadwaj, obadwaj okrutnicy! Wtem z dolnych komnat dochodzą, wesołe wrzaski i śpiewy. Tam, przy suto zastawionym stole, siedzi hulaszcza młodzież. Jest Henryk, książę z Libenu, jest Hinko z Głogowy, jest Bolko ze Świdnicy, są burgrabiowie na Lanckoronie, Berwałcie, Zatorze, a między nimi pan zamku, książę Przemysław, w towarzystwie dwu niewiastek. To Małgorzata i Krystyna. Obie już przekwitłe i dobrze podstarzałe. Małgorzata jest wdową po panu kasztelanie z Zatora, Krystynę wypędził od siebie mąż, pan na Frankensteinie i Ostrowie. Jest tam jeszcze pani Agata z Karlsbergu, której mąż, wstrętny opilca, kiwa się na wszystkie strony, gotów już pod ławę się stoczyć. Jest sławna Dorota z Tęczyna, której bracia walczyć muszą z gachami bez ustanku. Jest wreszcie nadobna Krzysia z Wrocławia. Wszystkie te panie mają sławę i rej wiodą w ówczesnym Ci wszyscy paladyni i rycerze zdobią się ich wstęgami, noszą przy hełmach ich rękawiczki, podwiązki etc. Dawna piękna galanterya, którą się zdobiły średnie wieki, zeszła... ot do takich. Małgorzata chwyta za szyję Przemysława i lubieżnymi pocałunkami go darzy. On jej się odwzajemnia a obok tego płaci za nie gotówką, bo zdejmuje z szyi drogocenny łańcuch i wiesza go na jej obnażonych ramio- nach. Wczoraj go zdarł z pana von Wolzogen i posłał jego duszę do raju. Uradowana podarunkiem kobieta szepcze mu długo coś do ucha. Nie słowa to podzięki, bo książę zamyślił się ponuro. Czyżby jej tego za mało? Krystyna z Frankensteinu niecierpliwie uderza puharem drzemiącego Henryka. Agata wsparła się na ramieniu rosłego Hinka z Głogowy, patrząc mu lubieżnie w oczy. Rycerz klnie się jej i poprzysięga dozgonną wierność, lecz ona żąda dowodu namacalnego, jaki przed chwilą otrzymała pani Małgorzata. Damy były bardzo interesowne w owych czasach. Rycerz się kurczy, wreszcie zdejmuje pierścień z palca i kładzie go na paluszek swojej bogini. Bogini popatrzała, potem podeszła ku Natanowi, podskarbiemu książęcemu, aby ocenił wartość klejnotu. Przemysław jest to młody, ale już przedwcześnie wyniszczony rozpustnik; długie blond włosy spadają mu na ramiona. W rysach tych już niema śladu piastowskiej energii, jest tylko gorączka jakaś pijacka, żądna użycia i rozboju. Zrazu się nachmurzył na słowa Małgorzaty, potem się zerwał, uderzył pięścią w stół, tak, że powywracał szklanice, i krzyknął: — Słuchajcie! Hanza! Hanza obładowana towarami wlecze się jutro przez lasy oświęcimskie. Hejże na Hanzę! — Na Hanzę! — zakrzyczały wszystkie usta i podniosły się wszystkie pięści. Kobiety wydały ryk radości, który zapieczętowały ogniste całusy. Ileż, w tym wykrzyku drapieżnej chuci, bo Hanza — to stroje, to klejnoty, to bogactwo, to wdzięk, to użycie! Burgrabia z Lanckorony protestuje. — Nie można! — powiada — umowa trwa. Zapominasz wasza książęca mość, że książę starszy... — Precz! Na Hanzę! — odpowiada mu pijany Przemysław. — Ubierzemy nasze kobiety w złotogłów i jedwabie. Na stołach naszych zastawimy zamorskie przysmaki, zdobędziemy zbroje i miecze. Co myślisz o tem, Natanie? Natan, Żyd, to prawa ręka księcia, podskarbi, doradca. Rządzi Przemysławem, tak jak Czech Uśmiechnął się złośliwie i wykrzyknął z innymi: — Na Hanzę! — Hej ha! Na Hanzę! — Krzyk, się wzmaga coraz większy, tak, że dochodzi już najwyraźniej do chorego, który się wije z boleści. Nareszcie przemógł się. Słowa „Na Hanzę“ dały mu czarodziejską siłę. Każe się nieść w swojem krześle do dolnych komnat. I gdy powzięty projekt zapijają ochoczo, drzwi się otwierają a w nich staje starzec, oparty na ramieniu nieodstępnego Czecha. — Nie ważcie się! — krzyczy — nie ważcie! Z Hanzą trwa umowa zaprzysiężona uroczyście. Gwar z razu ucichł, lecz wznawiają go kobiety i podżegają, na chwilę oniemiałych mężczyzn. — Umowa? Jam jej nie zawierał i nie przysięgał! — woła Przemysław. — Czy jestem wreszcie księciem Oświęcima i Zatora? — Póki ja żyję... — Otóż to! Póki wy żyjecie, to ja mam siedzieć za piecem. Młodzież podpiła podśmiewuje i zachęca do większej zaciętości. Niewiastki patrzą szyderczo. — Łatwo to bawić się w świętego i dotrzymywać umowy, kiedy podagra nie puszcza ze stołka! — woła podbudzony syn. Śmiech wybucha z całych piersi. — Milcz! milcz, przeklęty! — krzyczy starzec., — Wyście wzięli pieniądze od nich, a jam ich nie widział. — Och, niech siarczysty grom kary niebios dosięże głowę twoją, wyrodku!... ty... ty... Nie dokończył — padł na stołek omdlały. Zapanowała, cisza... Czech stał przy nim nieporuszony, zabraniając sługom ruszać go z miejsca. Patrzał spokojnie po zgromadzonych, których ten widok zda się przeraził na chwilę. Wreszcie, gdy starzec zaczął powoli przychodzić do siebie, usunął go szybko z ich oczu. Po chwili ozwały się ciche szepty, w końcu głośna rozmowa, dalej wesołość i puhary. Przekleństwo schorzałego, prawie konającego starca to słabe pociski dla tych młodych zwierzęcych natur. Dopóki ich coś nie zabolało fizycznie, dopóki nie szarpnęło ich dziecięco-lękliwej wyobraźni, to wszelki taki pocisk prześliznął się po ich gładkiej skórze, niby kropla, rosy po skórze węża. Któż byli ci książęta? To zwyrodniali Piastowie. To owa gałąź, odpadła od pnia starego, co tyle potęgi zlał na Polskę. Oni otwierają pierwsi ten długi korowód rodzin, co konał w uściskach germanizmu. Zapomnieli już dawno ojczystego języka. Obyczajem, duchem, wiarą — to Niemcy. Tak jak ich przybrani bracia, to Ich zamki to gniazda rozbójnicze. To najwięksi wrogowie tej korony, od której odpadli. W nieprzyjaciół szeregu stawali zawsze pierwsi. Rwali kawałami, jak sępy, łono matki. Ile zdrad, ile przeniewierstw spełnili przeciw tej ojczyźnie, z której łona wyszli! Gdy nie mogli się związać z Niemcem, wiązali się z Czechem. To też usuwała się im z pod nóg macierzysta ziemia, tak, że jej im w końcu na grób zabrakło... Do dziś dnia w podaniach ludu plączą się o nich wspomnienia dreszcz budzące.
III.
Nieprzewidziany figiel.
Gdy buchfirer odczytał pergamin, przyczepiony do strzały, zapanowało milczenie. Ober-furman powiódł wzrokiem po gromadce ludzi, co się zebrała trwożnie przy czerwonym odblasku pochodni, potem stanął na wozie i spojrzał wokoło siebie. Nie dostrzegł nic prócz czarnej nocy, którą jeszcze światło, ale usłyszał śmiecił szyderczy i przeraźliwe wycia, które tuż przy nim, wokoło niego, ponad nim się ozwały. Zdawało się Niemcom, ze każde drzewo, krzak każdy ma twarz potworu, a ten potwór szydzi i wyje i urąga. Nie mogli pojąć, jakie zastawiono na nich sidła. Kto jest ten przemożny nieprzyjaciel? Wszakże z księciem Oświęcima wiążą ich układy. Układy! Na ten wyraz sami uśmiechnęli się szydersko. Układy zawierano... aby je zrywać. Czyż nie podawano jednej ręki do zgody, gdy drugą zaciskano w pięść? Wprawdzie płacili haracz dość duży staremu Noszakowi, ale któż chciwość łupieżcy zdoła zaspokoić! Tak myślał głośno buchfirer, na co ober-furman kiwał głową twierdząco. — Co czynić? — ozwał się wreszcie ostatni. — Układać się — rzekł chłodno buchfirer. — Jesteśmy w paszczy wilka, bądźmy roztropni, jak węże. — Hola! prosimy na rozmowę! — ozwał się całym głosem ober-furman. — Mów! — odrzekł głos jakiś. — Mów! — powtórzył drugi. — Mów! mów! mów! — posypało się na wszystkie strony, z rozmaitych tonów, różnymi głosy, w których Niemcy odróżnili kobiece wśród szalonego śmiechu. — Tu są i kobiety — szepnął ober-furman do buchfirera. — Tem gorzej. — Igrają z nami, niby kot z myszą. — Mają przewagę, my bezsilni. — Och, przekleństwo! — jęknął ober-furman, zaciskając pięści. — Dłużej czekać nie będziem! — ryknął jakiś głos gromki. Świsnęła strzała i ugrzęzła w czaszce końskiej tak celnie, że biedne zwierzę padło, jakby rażone piorunem. — Wystrzelamy tak wszystkich! — Kto jesteście i czego żądacie? — spytał oberfurman. — Wszystkiego tego, co tam w wozach chowacie. Buchfirer otworzył szkatułkę i przy blasku pochodni wyjął z niej papier. — Oto glejt księcia Przemysława, z jego pieczęcią, na wolny i swobodny przejazd hanzeatyckiego związku. Czy jest szanowane imię księcia? — Którego? — spytano. — Pana Oświęcima i Zatora, księcia Przemysława. — Jest ich dwóch, stary i młody. Którego sługami jesteście? — Więc dwóch rządzi tem państwem? — Za to pytanie powinieneś wisieć! Jeden jest panem udzielnym i samowładnym i ten was nie zna wcale i przez ziemię swoją was nie przepuści. Złożyć broni, otwierać wozy, albo żywa dusza stąd nie wyjdzie! Tak przemawiał młody książę Oświęcima i Zatora. — Złożyć broni i otwierać wozów my nie możemy — mówił buchfirer, w którego zakresie snadź leżało to wszystko, coby dziś nazwać było można dyplomacyą. Ober-furman milczał, bo on był przewodnikiem i dowódcą siły zbrojnej. — Myśmy słudzy związku. Szanujemy prawa i przywileje. Wiemy, że w tym kraju niema sił większych nad siły księcia. Jeżeli z jego rozkazów spełniacie gwałt, zanosimy uroczysty protest w imieniu całego związku i domagamy się sprawiedliwości u wszystkich naiszych protektorów i opiekunów, począwszy od najjaśniejszego cesarza Niemiec i króla... Wymawiając te słowa, zdjął czapkę, gdy celny strzał wytrącił mu ją z ręki i nie pozwolił kończyć przerwanej mowy. Niemiec cofnął się przerażony. — Pozwólcie nam wyjechać spokojnie z towarem. Dla rękojmi waszych pretensyi wybierzcie z między nas zakładników. Związek się o nich upomni. Wtedy błysnęła w gęstwinie jakgdyby wielka łuna pożaru. Zapalono kilkanaście pochodni i wtenczas Hanzeaci ujrzeli całe dostojne grono, posuwające się ku nim z powagą... Na czele szedł książę Przemysław. — Wszyscyście niewolnikami mymi i to, co wieziecie, należy do mnie. Kłaść im łańcuchy i otwierać wozy. Zaroiło się od pachołków, knechtów i wszelkiego żołdactwa, a każdy z nich miał dyby, sznury, łańcuchy. Zgrzytano zębami i przeklinano po cichu, ale ręce kładziono w okowy. Sowizdrzał, lubo figura neutralna, wyprosił sobie, aby go związano wraz z Rudolfem. — Takich dwóch głupców, jak wy, wystarczy przecie za jednego mądrego ober-furmana. Dobrze, dobrze. Jużem był zasnął z nudów w tej utrapionej podróży, gdyście mnie rozbawili. Uśmiałem się, jak w mięsopust. Pójdź, towarzyszu głupstwa, pokłonim się tym pięknym damom. — Niech żyją odważne niewiasty, co umieją wypróżniać mieszki ot takim niedołęgom! Kuku! kuku! kukaweczki! Zagrałyście z nami w straszaka... Co widzę! przezacna pani Małgorzata... i pani Krystyna i pani Dorota i pani Agata... i Krzysia nadobna... to niby całe grono różanego wianka.
— A wypróżniajcież skrzynie tym skąpcom. Poubierajcie się, jak anioły! Nie zapomnijcie dla mnie choć skraweczka na czapkę! Nie zważano na niego, bo wszystkich paliła gorączka rabunku. Otwarto skrzynie. Jak muchy do miodu, rzuciło się wszystko do wnętrza. Kobiety, których Niemcy nie widząc odgadli po głosie, były pierwsze. Rękami, trzęsącemi się z chciwości, jęły dobywać to wszystko, za czem i dzisiaj lgną duszą całą, a wyroby te były samą treścią ówczesnych rękodzielni. Począwszy od płócien flamandzkich i kolońskich, sukiennych, wełnianych a skończywszy na jedwabnych złotogłowach i aksamitach. Wszystko to w jaskrawych barwach, oblane światłem mnóstwa pochodni, połyskiwało w ich rękach. Mężczyźni przypatrywali się w milczeniu, drwiąc z ich chciwości. Tymczasem Hanzeaci dali sobie spokojnie kłaść więzy. Gdy zrabowano jeden wóz, wzięto się do drugiego. Wtem stało się coś strasznego.
Gdy wóz otwarto i zbliżono się doń z pochodniami, huk stu gromów i ogień piekielny wybuchnął. Zdawało się, że ziemia rozpękła na dwie połowy. Wszystko, co żyło, popadało, potem jęło uciekać w przystępie szału w różne strony, gnane panicznym strachem. Jęk konających, krzyk rannych, rżenie koni, strugi ognia. Piekło. Las stanął w płomieniach. Kto mógł, uchodził z życiem. Komu nie dano, znalazł tam grób. Dotychczas w podaniach ludu zostało wspomnienie o lesie żywieckim, gdzie się piekło rozwarło i czarci Niemców ugotowali w smole... Był to proch strzelniczy, wieziony przez Hanzę po raz pierwszy do Krakowa.
IV.
'
W Sukiennicach, obok ratusza krakowskiego, usadowiła się Hanza i urągała ratuszowi, — bo gdy ratusz chciał karać, ona ułaskawiała i brała w obronę, a to, co ratusz, bronił, ona karała. Silna potęga swych przywilejów, które wycisnęła z niedołężnych władców, drwiła z praw i obyczajów miejscowych. Była rządem w rządzie. Gdy co wpadło w tę paszczę, nikt nie był w stanie jej tego wydrzeć. I nie mogło być inaczej. Była głową i wyrocznią całego świata. A czem ona nie handlowała! Wszystkiem, co kupić i sprzedać można. Ona pierwsza zbadała potęgę zamiennego handlu z ludami mniej rozwiniętymi. Brała od nich rzecz, dawała im w zamian błyskotki. Tak jak dzisiaj bierze się od Irokezów złoto za paciorki. Ona stworzyła kredyt i weksel. Od niej biorą początek wszystkie techniczne nazwy świata kupieckiego. Ona ustanowiła ceny, miary i wagi. Ona ubierała ludzi tak, jak się jej podobało. Kazała tańczyć tak, jak zagra, bo miała, nawet kapelę własną. Miała swoje wojsko i flotę. Biła swoje pieniądze. Miała swoich księży, swoich uczonych. Trzymała na swym rządzie kondotyerów i rozbójników wszelkiego rodzaju i rzucała ich nieraz na jaką nienawistną sobie głowę, jak się to działo w Skandynawii, albo w Czechach, — lub też sama była od nich niszczona. Zależało to od wielu na pozór drobnych nieraz okoliczności, które na razie przewidzieć i zapobiedz im trudno — tak jak w obecnym wypadku. Choć miała agentów swoich wszędzie i wiedziała o wszystkich zamysłach swoich przyjaciół i nieprzyjaciół, to przecież tajemnicze sprężyny serc ludzkich badać trudno. Staremu Noszakowi płaciła haracz i była pewna, że się jej zbrojnie napadać nie pokusi, bo — jak słusznie powiedział Przemysław — stary dotrzymuje Niemcom słowa, gdyż podagra nie puszcza go ze stołka. Miała więc rękojmię. Prócz tego Czech Chrzan, będący na jej żołdzie, obowiązany był czuwać nad jej bezpieczeństwem. Ale któż, tam obliczy uderzenia pulsu krwi kipiącej, zwłaszcza gdy w niej rozniecą pożar takie iskry, jak oczy nadobnej pani Małgorzaty! W jej igło wie powstał napad na Hanzę i ona to spiorunowała wszystkie głowy niby uderzeniem elektrycznej iskry. Nie wiedziała, jaką sobie gotuje dolę. W Sukiennicach tymczasem gwarno, ludno i rojno. Patrzcie się, czego tu nie dostanie? Oto buty i daktyle, pancerze i harfy, oliwa i pergamin, śledzie i cylnamon, zwierciadła i wino. Patrzcie tu: całe ubrania wiszą gotowe dla mężczyzn, kobiet i dzieci według ostatniej mody — bo moda już dawno tyranizuje ludzi. Mieszczanie i szlachta uginają karku pod jej władzą. Stroją się, bo to taniej i ładniej i szykowniej. Kraków się roi od tej pstrocizny i zdaje mu się, że jest Wiedniem, Norymbergą, Kolonią, Paryżem. Tak było przed pięciuset niespełna laty; dzisiaj inaczej. Krawcy i szewcy i kuśnierze i czapnicy przeklinają i grożą i pomstują. Hanza się śmieje i sprzedaje. Oto wyroby ze srebra i ze złota, maszkary różnego kształtu, peruki. Wysokie czepce kobiece, włosien- nice dla pokutników, różańce, pachnidła drogie, kołnierze i szczotki. Wszystko to rozłożone, jak długa wielka hala. Światła tu nie dużo, bo go nie trzeba za wiele. Piękny przedmiot będzie pięknym i po ciemku, a brzydki tylko zyskać może. Kupcy poza Sukiennicami to tylko filie Hanzy. Ona sama, jedyna, panią, samowładną. Oto jej kantor, albo jak zwano wówczas. Wchodzi się do niej po wschodach krytych, zewnątrz budynku. Jest to duża, sklepiona izba o kratowanych oknach. Przed wielkim stołem, zawalonym księgami i papierami, stoi Reinhold von Bonar z Ingermanlandu, głowa, faktoryi krakowskiej. Ma przy sobie sekretarza, Detmolda Reinhold jest mężem lat czterdziestu, poważnego i rozumnego oblicza, z dziwnie pięknemi, niebieskiemi oczyma, które wydają z siebie jakgdyby magnetyczny jakiś urok. Z pod beretu czarnego, obszytego futrem, kręcą mu się blond włosy i spadają w puklach aż na ramiona. Postać barczysta, wzrost piękny, ruchy poważne i szlachetne. Widzieć można takich na portretach Holbeina lub Dürera. Człowiek to na pierwszy rzut oka wzbudzający szacunek i zaufanie. Oparł się obu rękoma o stół i zamyślił głęboko, podczas gdy sekretarz z podniesionem piórem badawczo w niego patrzy, czekając na dyktando. Jest to figura sucha i pożółkła, jak wszyscy ludzie inkaustu. Ma wydatne policzki i nos dość duży; przy- tem uśmiecha się złośliwie, ale bardzo lekko, podczas gdy jego pan i władca suszy głowę. Wszyscy sekretarze od wieków są, podobni do siebie w tem właśnie, że ich panowie, wielcy wobec świata, są nieskończenie mali — wobec nich. Wiedzą o ich słabościach, a dla nich słabości zawsze przeważyć muszą zalety. To cała ich pociecha. Ojciec Detmold ma się za wielką głowę, ale tylko między bardzo zaufanymi, bo Hanza nie znosi żadnych pyszałków. Olderman wreszcie przemówił. — Na, czem stanąłem? — spytał. — „Możecie być spokojni“ — przeczytał Detmold. Olderman okazał znaki zniecierpliwienia. — Przeczytaj cały ustęp od góry. Detmold czytał: — „Naszą jest ta biała plama, którą miłoście wasze zwiecie a którą ja, będąc jeszcze wyrostkiem, gdym patrzał na mapę, zaludniać lubiłem w myśli miastami i burgami władców niemieckich. Naszą ta biała ziemia ludów cichych i spokojnych. Niemiecka Hanza owładnęła nią, od sinych wód Bałtyku, aż pod góry Karpackie. Możecie być spokojni...“ Detmold urwał. Olderman położył rękę na piersiach, rozpromieniony, jakgdyby z głębi duszy dobywał wyrazy, które miały padać na papier. — Możecie być spokojni dyktował — dostojni ojcowie niemieckiej Hanzy; fundamenty naszej budowy wiecznotrwałe na ziemiach polskich. Niech teraz szlachetny pan Dietrich Osterman przedziera się przez Kar- paty do Madziarów ziemi, a potem i dalej aż do Propontidy i niech się spełni to, co się spełnić musi. Tu się zatrzymał chwilę... przeszedł parę razy po izbie i dyktował dalej: — Co się tyczy usługnaszych dla wielkiego mistrza Zakonu, te spełniamy święcie i szybko. Wiele oni nam zawdzięczają i wielkich za to możemy wymagać od nich ofiar... Tu drzwi się zlekka otwarły i wszedł człowiek już lat podeszłych, z obliczem i ruchami przypominającemi kota. Wszedł po cichu, powiódł bystrem okiem po obecnych i czekał przyczajony, zgarbiony, niby na zdobycz jakąś. Spostrzegł go Detmold i prawie się podniósł z siedzenia; za: jego dopiero wzrokiem skierował swój Olderman. — Czego chcesz? — Jakiś człowiek w ważnym interesie do miłości waszej. — Kto? skąd? — Z Oświęcima. — Niech wejdzie. Tym człowiekiem był Chrzan. Stawił się bladym i wylękłym, tak, że na pierwszy rzut oka można w nim było wyczytać klęskę. — Co was tu sprowadza? — Nieszczęście! — Jakie? gdzie? — Cala kompania kolońska rozbita i zniszczona. — Szalony! przez kogo? — Przez księcia Przemysława. — Kolońska kompania! — powtórzył Olderman, ude- rzając się mocno w czoło — tam jest... — urwał nagle; potem przybiegł z wściekłością do Czecha: — Księcia Przemysława, powiadasz? Kłamiesz, nędzniku! — Przysięgam wam — rzekł, padając na kolana, Czech. — I tyś nie zapobiegł temu? Och, przekleństwo! Przekleństwo wam! Kamień na kamieniu nie zostanie z waszych murów! I ten nikczemnik ważył się? A nasza, umowa? a danina, którą mu się składa? A ty... Chwycił go za gardło i podniósł w górę, jak piórko. — Przebaczcie! miłosierdzia! Obaj ze starym księciem nie mogliśmy nic zrobić. Starzec to życiem przypłaci. — Więc to młody! młody!... Mów, gdzie oni są? Co się z nimi dzieje? — W lesie żywieckim oczekują ratunku. Książę z towarzyszami i kobietami uciekli, gnani strachem. Okropne, niewypowiedziane nieszczęście... ludzie boją się tam zbliżyć. — I żądają ratunku, i tyś tu, nędzniku. Ha, przeklęci! ty pierwszy padniesz pod moją zemstą. Wściekłość, rozpacz szamotały tym spokojnym i zadowolonym przed chwilą mężem. Rzucił Czechem w kąt izby, tak, że zdawało się resztki tylko jego zbierać trzeba będzie. Wydał jednak głos cichy i pokorny: — Ulituj się, panie, nie karz sługi swego. Spełnię wszystko, wszystko, co każesz, i powetuję moją winę. Olderman go nie słuchał; z zaciśniętemi pięściami oparł się o stół, tak, że zatrzeszczał cały, i gromkiem a urywanem słowem mówił do sługi, co w jednej, nieporuszonej, kociej postawie czekał u drzwi: — Hartmana z łucznikami! Sługa miał się do odejścia. — Luder! — Słucham. — Cztery wozy kryte i dla mnie telega. — Dobrze. — Wyjechać natychmiast, cicho, spokojnie, pojedynczo, przez bramę szewców i tam czekać. Folchard i Otbert niech się stawią. Idź! Luder wyszedł. Po chwili zaczął Olderman spokojniej: — Pojedziesz zie mną, nędzniku. Los twój zawisł od straty, jaką ponieśliśmy. Wielkość jej wyrównywa wielkości męczarni, jaka cię oczekuje. Czech milczał skulony, nie śmiejąc wydać ruchu i głosu. Weszło dwóch ludzi. Były to dwa typy rasy niemieckiej, jakie się dziś jeszcze nad Renem spotykać zwykło. Gęste złotawe brody i włosy. Twarze czerstwe, okrągłe policzki i pewne podobieństwo w rysach kazały ich uważać za braci, a przecież nimi nie byli. Odróżniali się tylko wzrostem. Folchard był wyższy, Otbert niższy i otylszy. — Zostawiam wam dom — rzekł Olderman. — Rządźcie nim i pilnujcie. Wyjeżdżam. Obydwaj skłonili się w milczeniu. Izba opustoszała. Pozostał w niej tylko Detmold. Twarz jego wyrażała cały jad nienawiści. Wstał z siedzenia, wziął w ręce niedokończony list, popatrzał nań, zaśmiał się uśmiechem dyabła, zmiął, potargał w drobne kawałki i rzucił do komina. Przeszedł się po izbie, przystanął przed krzesłem Oldermana, plunął nań z taką pogardą, że ślina obryzgała poręcz ciemnego fotelu i plamiła go białością, potem siadł na — wojem miejscu i jął na papierze kreślić cyfry. Nakreślił ich całą stronicę, złożył starannie, schował do woreczka, co mu wisiał: u pasa, i wyszedł pomału z izby.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Hanza.
