Read here

Frania Poranek. Jej dalsze losy

Gabriela Zapolska · 1922 · Free in the US

65,186 words · about 4 h 34 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1922 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Frania_Poranek._Jej_dalsze_losy&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Gabriela Zapolska
Language
Polish
Published
1922
Length
65,186 words · about 4 h 34 min
Sections
18 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (18)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 17 min
  3. I about 8 min
  4. II about 11 min
  5. III about 6 min
  6. IV about 4 min
  7. V about 14 min
  8. VI about 4 min
  9. VII about 6 min
  10. VIII about 11 min
  11. IX about 8 min
  12. X about 9 min
  13. XI about 11 min
  14. XII about 13 min
  15. XIII about 10 min
  16. XIV about 9 min
  17. XV about 12 min
  18. XVI under 1 min

Continue:

Front matter

GABRYELA ZAPOLSKA

FRANIA PORANEK

Y

całość

GABRYELA ZAPOLSKA

FRANIA PORANEK

Y

A

NAKŁADEM KSIĘGARNI

A

2

DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI W KRAKOWIE

I.

Rozjęczały się poprostu jakieś rozpłakane demony nad miastem. Szarpały duszami ludzkiemi i wstrząsając szybami okien dobierały się do tych najgłębszych smutków, które zdawało się, że już dawno wywiały ludziom z serc i z pamięci. Krajewski książki nawet po którą wstąpił do księgarni, nie otworzył. Wszedł do pokoju swego, jakby do świeżo wykopanej jamy i miał uczucie, że się poślizgnął i wpadł na samo dno pełne lepkiej, grząskiej gliny. Książkę, cuchnącą jeszcze farbą drukarską i wyziewami jakichś ścisłości filozoficznych rzucił na nieposłane łóżko i sam usiadł w ciemności na krześle koło stołu. Opuścił głowę na piersi i ręce wsunął w kieszenie palta. Źle napalony piec roztaczał wstrętną woń, sprawiającą zawrót głowy. Krajewski wiedział, iż należy poprostu wstać, pchnąć okno i napuścić świeżego powietrza, aby odetchnąć szerzej i lepiej. Lecz — nie chciał tego uczynić. Teraz — lubił się dręczyć nawet fizycznie. Czasem miał ochotę zanurzyć ostrze paznogci w swe ciało i to tak silnie, aby ociekły gorącą krwią. I wtedy dobyłby się może z tajni jego nerwów ból, przeogromny Ból szarpiący go na drobne części i zajmujący brutalnie jego uwagę na drgania, kłujące całą jego istotę, jakby tysiącem rozpalonych cienkich noży. Lecz nie miał siły wprowadzić tego zamiaru w czyn. Wogóle nie miał teraz siły do niczego. Postanowienia rozmaite rodziły się w nim i zamierały pierwej, nim dały ze siebie znak życia. Zdawało mu się, że ktoś wydarł z niego szkielet, na którym było poprzednio rozpięte jego ciało i to coś nieuchwytne, co niem rządziło i zmuszało do całej serji postępków, nagle zniszczył. — Nic! nic! nie mogę nic, nie chcę nic, nie pragnę nic... W tem jednem słowie skoncentrował się teraz on cały. To — »nic« — to było wyznanie jego wiary, serce, myśl, dusza, kultura, wiedza, chęć, pragnienie. Nic! wielkie nic. Beznadziejna pustka, po której hula wicher urągliwy i nikczemnie rozigrany. Nic! Chwilami nachodziło na niego jeszcze jakby zbuntowane pragnienie rozgrzebania tego kurhanu, który zaczynał róść dokoła niego z szybkością niezrozumiałą. — Właściwie — myślał — dlaczegóż to tak? Cóż znów się tak bardzo zmieniło, cóż się przełamało? Cóż? Obejrzał się dookoła siebie. Świat ten, z którego powstał i w którym on żył — istniał niezmienny, niestarty, ten sam — wyznający raz powzięte prawa i linje, — głupoty i mądrości — bezskażność i brud, szastający jakąś pstrą płachtą, nazwaną »kulturą« — z poza której widniały nogi o sinych plamach — zgalwanizowanego trupa. Istniało to wszystko, a przecież nie działało już nań ani jednem drgnieniem, pobudzającem go do brania udziału w tak zwanem »życiu«. Głupie to, marne — nawet... komiczne. Te »wrażenia«, nastroje, — komedje! błazeństwa! Bim—bam! jęczały kościelne dzwony. Śmieszność. Aktor we fraku na estradzie, wywracający oczami — obok drugie wyfraczone indywiduum, łomocące w fortepian... Co tu dzwonów! skąd te dzwony... I tam dalej. A potem dewotki przytłoczone kultem i zbyt ciężką watowaną peleryną i monotonja litanij przez nos śpiewanych. A poza tem mus, konieczność posiadania jakiejś religji — tak zwanej... Wiary. Słowem kłębi się to wszystko, splata, brzęczy, huczy, przedziera do mózgu, do duszy. I nagle — takie coś, sekundą przeszyje ten mózg i wszystko się odwraca, zapada w nicość. To co miało nadludzką wartość, co wydźwigało się tragicznemi wysiłki na szczyt jakiejś niedostępnej góry — co miało tworzyć ten punkt świetlany, nieodzowny na godzinę skonu, oto z niego Nic — wielkie, ociekłe lodem Nic. I właściwie nie chodzi tu w takiej gorżkiej, piołunnej chwili o wierzenie w coś wielkiego. Tu raczej chodzi o możność udawania przed sobą samym, że się wierzy, a zwłaszcza, że się będzie wierzyło. — Cóż! kiedy przyjdzie taka chwila i już po wszystkiem. Siedzi się, ot tak, ze zwieszoną głową na piersi i żuje się, a raczej przeżuwa własne istnienie, z którego przecież powinno się wydostać choćby trochę cieplika dla podtrzymania zamierającego »ja«... Zaskrobało coś koło drzwi. Krajewski nie poruszył się. Wiedział, że to będzie stróżka ze zwykłą komedją troskliwości płaconej. Rzeczywiście — ona — już weszła. Poczuł woń jej ohydnych, niezniszczalnych łachmanów. Skrzypi mu za plecami głosem, który żre już piwniczna gruźlica całe dziesiątki lat. — Może w piecu zapalić?... Czuje, iż trzeba jej odpowiedzieć, ale nic nie mówi. — Może lampę zaświecić? Milczenie. Tylko dzwony jęczą i jęczą ohydnie, jakby gromada piewców nad otwartą mogiłą. — Co wielmożny pan będzie jadł na kolację? Musi ją uspokoić, bo poprostu może ją za ten skrzek zadusić. — Nic... idźcie sobie! Lecz oma się nie rusza. Wzdycha i wreszcie przeciągle wystękuje. — Bo wielmożny Pan niepotrzebnie tak się martwi i gnębi. Jak Boga kocham, to tylko plunąć i tyle!... Porwał się. — Proszę iść stąd! co to... skąd? Ona kieruje się ku drzwiom. — Ja tylko tak. Ot... po kobiecemu. — No! no!... dobrze! Wyszła. Słychać, jak schodzi postękując po drabinie schodów w przepaście wilgotnych lochów, gdzie żreć się będzie także tęsknotą za córką, która teraz włóczy się gdzieś po oślizgłych trotuarach za łatwym zarobkiem i szeleści spódnicą, ocierając się, niby wypadkowo, o mężczyzn. Tylko choć ma trochę powietrza i perspektywę nocy spędzonej nie na barłogu pod ścianą, przeciętą wodociągową rurą, z której zwieszają się zamarzłe sople lodu. Więc może i nie należy się tak bardzo dziwić, że ta młoda — gruźlicza pierś nie miała tej rezygnacji, jaką dyszy ta stara i wywionęła w świat, choćby na trotuarze miała się skończyć linja jej horyzontu. A że tam do świeższego powietrza dorzucono i zażądano nawzajem trochę pieszczoty i rzucono na odchodnem trochę monety... więc może nie należy się tak bardzo dziwić! Krajewski stoi na środku pokoju i nagle doznaje złudzenia słuchowego, dziwnego, tak subtel- nego, że zdaje mu się, iż zapada sam w niezmierzoną dal. Za ciężkiem stąpaniem rozklapanego obuwia stróżki, jakby lekko stukają czyjeś obcasiki tanecznym rytmem. Znany mu ten rytm, trochę rozpustny — trochę rozbawiony. Coś z tanga, coś z przytupywania oberkowego. — Nieraz zasypiał przy niem. Było mu to kołysanką jakąś. Zamykał oczy i zwolna ciepło posłania ogarniało go. A czyjeś szparkie nogi wciąż wybijały takt po podłodze. I zerwały się od primusa, na którym grzało się trochę wody, to znów ślizgały się ku kwiatom, umieszczonym na grzędzie okna. A czasem zatrzymywały się koło posłania, koło niego. I »śpisz Tatuńciu« — ciche, delikatne, ostrożne... Ogarniają go te drobiazgi cacane, wydobyte z głębi prostego, miłego serca. W jednej chwili rozumie, co było czarem głównym tej, która zniknęła. Ta niepojęta zdolność nadawania rzeczom zupełnie i codziennym, czasem szpetnym — prostackim, wdzięku i krasy dziwnej, a tak nieprzebranej w bogactwo, iż nigdy nie brakło jej, i nigdy nie było znać wyczerpania ni ubytku. Szła do niego zawsze z rękami pełnemi tego mistycznego kwiecia, które zdawała się zbierać w ogrodzie własnej duszy, witającej każde zdarzenie, a nawet i przeciwieństwo z uśmiechem swobodnej, uprzejmej radości. Tem owiewała jego całego i gdy pytała go naprzykład o to, »co będą jedli na kolację« — w tem przechyleniu kociem główki, w geście rąk wytwornym prawie, pomimo, iż sięgały już po kraciaty fartuszek, przerzucony przez parawanik, w niecierpliwych hołubcach, jakie wycinały obute w aksamitne pantofelki nóżki — a zwłaszcza w czarującej intonacji głosu — był ten cały mały światek kobiecego uroku, poddańczego i zwycięskiego. Służebność jej ofiarowana w ten sposób miała dar prawie królewski i ta »kolacja« — rosła do potęgi sutej, podanej na srebrze, i strojnej w przepychy kwiecia. I były tam rzeczywiście delikatne brzęki srebrne gdy siedli do skromnej zastawy, bo dźwięczały czyste, srebrne dźwięki jej młodego głosu. I były tam róże świeże i wonne, które padały gierlandami na stół biesiadny — róże jej uśmiechu, które on chwytał wlot i poił się niemi i upajał, jak winem przedoskonałem i słodkiem. Jakże mu po tem wszystkiem, po tych ucztach kochanych i rozmarzonych — zasiąść samemu do stolika poto, aby poić się trucizną wspomnienia i ubóstwem rzeczywistości. Zrozumiał to właśnie w tej chwili najlepiej, gdy tak stał w tym ciemnym, wystygłym pokoju, nie rozdziany z palta, pełen takiej goryczy — takiego wyziębnięcia w sobie, iż nie umiał nawet to zebrać i określić duchowo. Tylko to jedno czuł, iż jest sam i że nie potrafi już teraz być sam. — »Byłem sam dawniej. Teraz jednak, tyle się zmieniło!« — myślał i wzrok jego w tej prawie ciemni wyczuł to, co jest z martwych przedmiotów dokoła niego. Przedewszystkiem ta ciemna, głupia, masa kufra, tego kufra, mieszczącego w sofcie tragedję młodego, zeszarpanego na strzępy istnienia. — Przejrzę go! zobaczę co w nim jest. I zaraz chciał usprawiedliwić tę chęć przed samym sobą. — Muszę wiedzieć, co pozostawiła, zamknę, zapieczętuję — przecież to jej własność!... Klucze wisiały przy zamkach. Zapalniczką od papierosów zapalił ogarek świecy, o którym wiedział, iż wala się pomiędzy gratami — zbliżył się do kufra i podniósł wieko.

Zbladł dziwnie i zacisnął usta. Miał wrażenie, iż podniósł wieko od trumny. Ta słodka woń zmieszanych perfum była dlań tem samem, czem byłby smród gnijącego trupa. Oddychał ciężko i czuł, iż mu serce drga nierówno w piersi. Nie przypuszczał, iż zaczyna się w nim robota tęsknoty na wielką skalę z całą mordującą powoli drobiazgowością moralną i fizyczną. Zaczynał w nim wstawać i budzić się właściwy ból, a ta jakaś cisza, przemieniająca go w manekina, w którą popadł — jakby rozszemrywała się groźna właśnie tem, że prawie nieznajoma a konieczna i istniejąca. Pchnął rękę w masę porozrzucanych szmat, zalegających wnętrze kufra. Były to szmaty przeważnie letnie, troszkę futra, szeleszczących taft, ob- leśnego aksamitu. Potem, jakieś pudełeczka, bombonierki, fotografje w obrzydliwych ramkach. Ręka jego wędrowała wśród tego wszystkiego, macając, mnąc co napotkała. Jakby woń ciała Frani poruszona skradała się powoli ku jego nozdrzom i to mu zaczynało być i męką i jakąś niewyznaną rozkoszą. Przymknął oczy, aby nic nie dostrzec, a tylko żył cały w dotknięciu tych miękkich szatek. Nie przeklinał, nie pragnął, nie reasumował nic. Tylko drżał i chłonął w siebie gamę tajnych pędów. Minęło kilka minut a może kilka kwadransów. Nie wiedział ile, lecz czuł, że może tak klęczeć przed skrajem tego kufra długo bardzo i nie nasyci się i dłużyć mu się nie będzie. A jeszcze, co więcej. Nabierał przeświadczenia, że Frania żyje, że to co pisała w liście, iż się »straci« było czcze i nieziszczalne, że ta czerń, w którą wyskoczyła nie była przepaścią grobową, że... I nagle drgnął cały. Ręka jego wśród szmat jedwabiu i koronek wyczuła jakiś kanciasty, uparty, płaski przedmiot. Nie widząc, odgadł, że to jest owa tragiczna książeczka, którą mu Frania wraz z ostatnim listem przesłała. Wyczuł ją po dreszczu, jaki spłynął mu po najtajniejszej skrytce duszy. Równocześnie mignęła mu przez myśl możność dowiedzenia się, czy Frania istnieje właśnie zapomocą tej książeczki. Lecz przeląkł się swej myśli. Jeżeli Frani policja jeszcze nie złapała, naprowadziłby tę sforę na jej ślady. Zawirowało dokoła niego nieznanym, a raczej znanym powierzchownie światem. Wyciągnął z trudem rękę, jakby z lepkiego błota. Przypomniał sobie, że to on wrzucił tę książeczkę do kufra tej samej nocy, gdy Frania uciekła. — Niech tu zgnije! — pomyślał — i wtedy i teraz znowu! Gdy podniósł się z klęczek, odetchnął ciężko. Zdawało mu się przez chwilę, że wydostał się na powierzchnię z czarnej, przepastnej topieli, w której już tonął, a tonąc, napotkał ciało gnijącego trupa. Wyprostował się i otrząsnął jakby resztki czających się po zakamarkach jego nerwów, dreszczów przesiąkłych śmiertelnym potem. I równocześnie powstała w nim myśl, ta główna, która była jakby nierozłączną towarzyszką jego życia. — Nie mogę istnieć bez kobiety choćby powierzchownie! I zaraz dodał sobie z jakąś prawie chłopięcą fantazją: — Przecież są inne! Jak stał — w palcie, po którem włóczyły się ślady zakurzonej podłogi, porwał ze stołu porzucony kapelusz, wcisnął go na głowę i ku drzwiom się skierował.

II.

Lecz na ulicę wyszedłszy, w wilgoć lepką i wstrętną, w ciemnię ponurą i natrętną, zaczął borykać się z pytaniem. — Gdzież one są — te inne — nie piętnowane, nie znaczone czarnym stygmatem, nie podane usłużną ręką policji. Zatracił bowiem o nich już wieści w sobie samym, zaryty cały w swem poprzedniem pożyciu z Franią. — Lecz są! — powtarzał z uporem. Przyszła mu nagle na myśl Gwozdecka, ta kobieta jakby zamarła w budzeniu żądz a doskonała jako towarzysz i ostoja w chwili rozpaczy lub życiowej rozterki. — Ją odnajdę, pomoże mi przebyć tę ciężką chwilę przez jaką los mnie wlecze. Poszedł w stronę jej mieszkania. Szedł wolno, nie spiesząc się, pewny, że ona jest w swoich dobrych przytulnych ścianach i z uśmiechem łagodnym a rozumiejącym wszystko, czeka na niego. I ta myśl, że w tym uśmiechu nie czai się żadna ko- cia przewrotność kobieca, pragnąca wciągnąć jego, mężczyznę, w fałszywą igraszkę namiętności, pozorną przychylnością wyzyskującą chwilową niemoc duchową — właśnie czyniła mu bezpiecznem to spotkanie z Gwozdecką i dawała mu pewność jakiegoś pewnego schronienia. A przytem, było jeszcze w nim coś więcej — prawie naiwnego — romantycznie komicznego. Chęć zatrzymania się wiernym dawnym wspomnieniom z jakąś jakby nadzieją możności powrotu do ubiegłych rozkoszy, które już nie byłyby tak pełne i piękne gdyby prześlizgnął się po nich choćby cień świeżych wrażeń i rozgarnął je brutalną ręką rzeczywistości. — Przy Gwozdeckiej nie będę narażony na to — myślał. Gdy stanął pod drzwiami tej kobiety doznał już uczucia ulgi. — Dobrze, że tu przyszedłem! — powinszował sobie. Zadzwonił. Natychmiast rozległy się poza drzwiami miękkie, śliczne kroki. Tak jakby tam ktoś czekał był, na to dzwonienie przygotowany. I otwarły się drzwi bez szelestu. — Proszę, wejdź pan! Gwozdecka stała przed nim smukła, oświetlona elektryczną lampą, płonącą w sieni. Gdy wszedł do przedpokoju zdawało mu się, że był tu przed godziną, tak wszystko było mu znane, tak wszystko było mu bliskie. A przedewszystkiem pani tego domu, od której rozpylała się wśród tych ścian wytworna jakaś, spokojna, beznamiętna dobroć kobieca — prawdziwa ostoja na poszarpane burzą życiową nerwy. — Wejdź pan! Wskazywała mu wąską, białą ręką drzwi saloniku. Były uchylone i widać było przez nie zielonawa smugę światła. Poznawał w tem ulubioną barwę, w której Gwozdecka przebywać lubiła. Szła przed nim i zatonęła w tym blasku łagodnym i kojącym jak cała jej istota. Postępując za nią, dotknął się wiszącego na ścianie jakiegoś okrycia. Był to żakiecik pluszowy, czarny, wonny i jakby ciepły jeszcze od ciała kobiecego. Woń od niego szła — trochę sztuczna i bardzo a bardzo subtelna. — Pani ma gości? — zapytał prawie niechętnie. Odwróciła się ku niemu. — To nikt, to tylko ona. I znów dodała: — Wejdź pan!

I w ramach drzwi, jakby w ramach obrazu, ujrzał Krajewski postać młodej dziewczyny, którą odrazu ocenił (mgnieniem oka), jako doskonałą piękność. Siedziała przy stole pochylona nad jakąś pracą, cała wchłonięta tak w swoje zajęcie, iż nie zwracała najmniejszej uwagi na to wejście mężczyzny. I tem właśnie odrazu podbiła go i zniewoliła ku sobie. Było bowiem coś imponującego i rzadkiego w tym spokoju z jakim odniosła się — ona — kobieta — do pojawienia się Jego — mężczyzny. Nie było w tem ani cienia tego niepokoju żali tam niema jakiegoś braku w kokieterji stroju, tego charakterystycznego biegnięcia ręki ku włosom, oblizywania ust, aby wydały się świeżością i krasą. Spokojnie kończyła swą pracę, którą był jakiś piórkowy, mozolny rysunek. Pochyliła głowę całą oblaną potokiem zielonawego, łagodnego blasku, płynącego jak strumień górskiej odżywczej wody wśród zieleni wilgotnego mchu i bluszczów. Trudno było o piękniejszą formę głowy i doskonalszą linję karku, którą hojnie odsłaniały wysoko podczesane w górę lśniące ciemne włosy i nisko wycięty czarny kołnierz bluzki. Profil twarzy miał rysy o wielkiej, przeczystej szlachetności. To, co dostrzec było można z łuków brwi, osadzenia i ocienienia oczów, zwiastowało jakąś rasowość, graniczącą z doskonałością wielkiej, nieskażonej Urody. — Usta drobne, trochę rozchylone, opuszczone w kącikach, jakby ciągłą troską były, w rysunku swoim jakby wschodnie, z tym przepysznym wyrazem pogardy — z jaką kobieta z pod namiotów przyjmowała swą niewolniczość i poddaństwo. Tyle na razie dostrzegł Krajewski w tej »onej« — tak nazwanej przez Gwozdecką i która dla niej mogła być »nikim« — ale dla niego odrazu przedstawiła wszystko — to jest całą królewskość kobiecą. Nie słysząc co mówi Gwozdecka, przeszedł śmieszną ceremonję przedstawienia. Wiedział, że się wymawia w tej chwili jego nazwisko przed tą przepyszną nieznajomą i że on musi skłonić się pokornie i poddańczo napozór, tak jak zwykle kłoni się mężczyzna, a patrzy z pod oka spojrzeniem wysłanem na zwiady, nurtującem już głąb i istotę rzeczy. Chętnie zajął miejsce przy stole, cokolwiek cofnąwszy krzesło i umieściwszy się tak, aby z poza kryształowego wazonu, w którym drżała więdnąca trochę gałąź białego bzu, obserwować świeżo poznaną. Nie porzuciła swego zajęcia, oczy jej szafirowe, niewielkie, lecz pięknie podłużne, na chwilę obiegły postać Krajewskiego i obojętnie ześlizgiwały się spojrzeniem ku dawnemu zajęciu. Gwozdecka zajęła swe zwykłe miejsce w rogu bidermajerowskiej kanapy, pokrytej ciemno-czerwonym aksamitem. Biała i wiotka, wydała się Krajewskiemu bardziej zmęczoną i schorowaną jak była poprzednio. Może być, iż obecność tej drugiej, wspaniale rozwiniętej i dyszącej zdrowiem, przygniatała ją i usuwała w cień. Zachowała jednak mimo to cały swój wdzięk, trochę smutny i spłowiały. Zaczęła rozmowę umiejętnie i miło. Nie pytała Krajewskiego dlaczego nie widziała go tak dawno u siebie. Przeciwnie — nadała natychmiast ton taki — jakby go spodziewano się codziennie. Wszystko tu bez słów jakby mówiło: — Czekano na Ciebie! Odczuł to i było mu dobrze, miło i swojsko. Tajała w nim lodowa powłoka, która mocą woli narosła na ranie jego serca. Zaczynał rozumieć, że może jeszcze wziąść udział w życiu, w którem rosną i rozwijają się kwiaty miłych wrażeń. I choćby uwiędły powoli, jak ta gałąź bzu, to nic, wykwitną znów nowe — może piękniejsze, może budzące zda się zamierające już siły Woli i mdlejącą chęć istnienia. Panna zajęta swą pracą rysunkową milczała ciągle, pochylona i uważająca na ruchy swej prawnej ręki, kreślącej subtelne punkty i linijki po papierze. Czasem podnosiła cienkie powieki i spoglądała przed siebie. Krajewski dostrzegł, iż rysowała właśnie więdnącą gałąź bzu, dzielącą ich oboje delikatną przegrodą. Gdy patrzyła na kwiaty i jego twarz muskało jej spojrzenie. Było mu tak, jakby dotykała go lekko i pieszczotliwie. Śliczne to było i nad wyraz sympatyczne. Pragnął, aby przedłużało się w nieskończoność. Odpowiadał Gwozdeckiej machinalnie, nie starając się wyzyskać możności ujawnienia swego beau parleur’stwa. Na razie nie chciał nic dać ze siebie. Pragnął tylko brać, chłonąć — zakładać opatrunek na jątrzącą się ranę. O to mu szło, o nic więcej. I gdy Gwozdecka, jakby wyczerpana tem ciągiem prowadzeniem wstępnej rozmowy umilkła — był jej za to wdzięczny i nie podejmował szermierki słów wcale. Może i ona uczyniła to wiedziona instynktem i odczuwająca, że należy się temu człowiekowi, który przyniósł ze sobą na twarzy brózdy, które żłobi tylko jakaś głęboka, żrąca boleść — wiele pobłażliwego i dobrego milczenia. Więc powoli, stopniowo wywołała to milczenie i utrwaliła je. Z rozkoszą prawdziwą pogrążył się w nie Krajewski. Lękał się przez chwilę, aby piękna, obca mu jeszcze dziewczyna nie przerwała tego milczenia jakiemukolwiek odezwaniem się. Nie wiedział bowiem, czy należy ona do tych ludzi, którzy umieją milczeć. Co do Gwozdeckiej był już o tem przekonamy. Ale ta druga była mu z tej najsympatyczniejszej może strony w kobiecie jeszcze nieznaną. Prędko jednak uspokoił się. Dziewczyna milczała pięknie i wytwornie. Za to patrzyła częściej na kwiat i jakby na niego, nie mieszając go i nie wyzywając tem spojrzeniem. Był jej za to wdzięczny, bo czuł, że w tym stanie w jakim był, nie mógłby znieść ostrza kokieterji kobiecej. Musiałby odejść, a pragnął zostać. Jak długo tak milczeli, nie wiedział sam. To jedno tylko uczuł, iż uspokajał się stopniowo i to nie sztucznie i pozornie, ale prawdziwie i głęboko. Rana jego serca jakby zasklepiała się przed błotnistym wichrem, który bił weń nieubłaganem, okrutnem skrzydłem. Rozumiał, iż są inne kobiety, odnalazł je i ucztował teraz z niemi, chro- niąc się w ich samarytańską piękność z pokorą i poddaniem. Jakże był im wdzięczny, i jakże w tej chwili duchowo klęczał u ich stóp, które nawykły były tylko do prostych ścieżek i nie znały nawet istnienia błotnych i cuchnących dróg życiowych.

Jakiś cień służebny — cichy i cudownie wytresowany wniósł błyszczące przybory do herbaty i ustawił je w cieniu na gierydonie. Gwozdecka podniosła głowę. — Proszę Cię Francesco! — wyrzekła sennie, zajmij się herbatą! Lecz tamta odmówiła z wdzięcznym uśmiechem. — Nie... — odparła niskim, altowym głosem — ty wiesz, że ja tego nie lubię. Gwozdecka jednak nalegała dalej. — Proszę cię!... ty tak umiesz to zrobić doskonale. — Wreszcie, skoro taka twoja wola! Powstała i poszła powoli w stronę gierydonu. Krajewski doznał dziwnych, skomplikowanych wrażeń. Przedewszystkiem dowiedział się, jakie ma imię to wspaniałe stworzenie. Francesca! A więc poprostu — Frania. I załopotało mu serce na tę myśl, na to wspomnienie. Lecz rzeczywiście. Frania byłoby tu niewłaściwe. Za piękna była, za rasowa, za pyszna na to krótkie, przedmiejskie imię. Francesca wiała cała wonią jakiegoś obrazu, zrodzonego na południu, jakiegoś sonetu, wydzwonionego harmonijną pieśnią pod urokiem lagunowej nocy. To było udoskonalenie »Frani« — choćby nawet tamta była... Porankiem. Potem, uderzyło weń timbre, (dźwięk) jej głosu. Jakby akord oddalonych harf eolskich, po których powiał wicher konającej jesieni. — Cudowny głos! — pomyślał wzruszony — nie przerywa milczenia, dopełnia je! Z wzrastającym zachwytem śledził ruchy Franceski. Bez pozy układała się jednak jak pozujący wybornie materjał. Ubrana zupełnie czarno, rysowała się w swych miękkich szatkach bardzo Tycjanowska, a tylko biała maska jej twarzy i śnieżne płatki jej rąk dawały jej pozór lilji, kłoniącej się tu i tam wśród wichrów księżycowej nocy. Wbrew trochę śmiesznej modzie, która kazała kobietom odsłaniać nogi bez względu na to, czy ma pięknością linij i stóp do tego prawo, suknia jej dość długa opadała aż do kostek w czarne, wdzięczne fałdy. I tylko w poruszeniach wolnych i jakby niechętnych ujawniały się jej szlachetne i mądre nogi, wysokie na podbiciu, otulone w cienki jedwab czarnych pończoch, przez które przeświecał złotawo-biały koloryt ciała — i czarny aksamit głęboko wyciętych pantofli. Dawno już Krajewski nie był tak bliski cichej i dyskretnej piękności kobiecej. Co główne, opromieniał to wszystko jakiś blask idący z wewnątrz, coś czego określić nie sposób, a co niosą ze sobą dziewice, spokojnie wyczekujące u bram świątyni życia, aż spełni się ich Przeznaczenie. — Byłażby to Virgo intacta? — pomyślał prawie zdumiony i jakby onieśmielony wobec możności odczucia senzacyj niebywałych i dlań niezrozumiałych. Zbliżała się do niego powoli, niosąc ostrożnie filiżankę pełną złotego, wonnego płynu. Miała powieki spuszczone i zlekka widne były tylko przez jedwab rzęs, szafiry bezcenne jej ócz. Czuł, iż popełnia niewłaściwość, że powinien był iść naprzeciw niej, skrócić jej drogę i odebrać od niej podawany mu napój. Lecz tu egoizm przeważył. Była tak piękna w tem powolnem zbliżaniu się, iż pragnął, aby to trwało jak najdłużej. Wreszcie — stanęła przed nim. — Proszę — wyrzekła — wyciągając rękę. Wziął od niej podawaną mu delikatną cienką filiżankę z chińskiej porcelany i cofnął się na dawne swe miejsce. — Dziękuję pani! — wyrzekł prawie zmieszany. Skłoniła się lekko i odeszła znów w cień, z którego powróciła ze srebrną, dawnej dziwacznej formy cukierniczka i koszyczkiem keksów, złocących się wabnie i pociągająco. Ustawiła to przed nim, położyła mikroskopijną serwetkę i teraz spojrzała mu prosto w twarz. — Proszę! — powtórzyła, znów podkreślając uprzejmość swoją wytwornym gestem. Ani na chwilę nie straciła bowiem królewskości swojej w zajęciu tem drobiazgowem i codziennem. Służąc, potrafiła imponować i czyniła łaskę — a łaska ta nadawała cenę wysoką każdemu jej krokowi i gestom napozór poddańczym. Spojrzenie to, w jakiem oboje utonęli, przerwał nagle cichy i jakby dziecięcy głos Gwozdeckiej. — A ja? czy nie dostanę herbaty? Franceska odwróciła się ku zapomnianej i pominiętej. — Przepraszam cię! — tłumaczyła się z zakłopotaniem — przepraszam. Natychmiast naprawię moje zapomnienie. Lecz tamta uspakajała ją, śmiejąc się wesoło. — Ależ to nic! drobnostka! cieszę się nawet z tego. Patrzyła na nich dwoje przychylnie i jakby jakieś niewyznane myśli nurtować zaczęły jej bezcelowe i smętne istnienie. Za chwilę Franceska podała jej herbatę i usiadła przy niej na brzegu kanapy. — Uważaj! gorąca! — upominała, jakby z wielką siostrzaną troskliwością. Krajewski zapominał o sobie, tak piękny obraz przedstawiały mu te dwie kobiety o niby odmiennych typach piękności, a właściwie jednakie w za- sadniczej, podstawowej formie swej urody. Był to whistlerowski typ — rasa kobiet wysokich, smukłych, o długich szyjach, małych kształtnych głowach i bujnych włosach. Barwa ich szat odcinała się doskonale w czarno-białej harmonji. Uśmiechały się do siebie przyjaźnie i z wielką ufnością. Były piękne, wytworne, dobre — czuły to i nie zazdrościły sobie, bo w równej mierze doskonałością, na jaką kobiecość zdobyć się może — obdarzone były. Gwozdecka miękkim, delikatnym ruchem gładziła Franceskę po lśniących włosach, macierzyńsko i wyrazem twarzy przypominała teraz wzrok Madonny ze słynnych zaślubin Świętej Katarzyny Tycjana. — Gdzie dziś twój ojciec, Francesko? — zapytała wreszcie. — W kościele! — odpowiedziała tamta. — Spowiada się. Ja idę jutro. — Rocznica? — Tak! Zamieniły tych kilka słów prawie szeptem i urwały na tem osobistą rozmowę. Dosłyszał ją jednak Krajewski i uderzyło go to, że Gwozdecka zimno a nawet opornie zachowująca się wobec kultu, tym razem zupełnie spokojnie przyjmowała zawiadomienia Franceski. Wstał i podszedł ku nim, pragnąc przyjąć jakiś bliższy udział w tym przyjaznym kręgu, który zaczynał się dokoła nich wytwarzać. — Pozwolicie mi zbliżyć się do siebie? — zapytał z uśmiechem. — Jeśli nam podasz cukier, ciastka, najchętniej! — odparła, żartując prawie wesoło Gwozdecka. Szybko ujął żądane przybory i wtedy to wzrok jego padł na rysownicę, na której rozpięty leżał rysunek gałęzi bzu, wykonany przez Franceskę. Zachwyciła go prostota i doskonała technika wykonania, lecz równocześnie doznał dziwnego wrażenia. Ujrzał bowiem, tam w głębi poza więdnącemi kwiatami swe oczy i nadzwyczaj delikatnie, jakby eterem podane zarysy górnej części swej twarzy. Występowało to z jakichś głębin, zjawą-majakiem, duchem, lecz było, istniało, patrzyło rozumnie, a przedewszyslkiem smutno bezbrzeżnie i prawie rozpaczliwie. Równocześnie uczuł, że Franceska patrzy na niego i czuje, że odkrył tajemnicę jej pracy. Powstała bowiem i zbliżyła się do stołu. Szybko zaczęła odpinać sztyfciki i zdejmować papier z rysownicy. — Skończyłaś? — zapytała ją Gwozdecka. — Tak! — Pokaż. Ale on patrzył na nią błagalnie. Pragnął, aby ta rzecz, zrodzona z pierwszych chwil ich poznania stała się wyłączną ich własnością. Zrozumiała go. — Nie udało mi się! — wyrzekła — jutro przyniosę inny bez. Zacznę na nowo. Zwinęła papier w rulon i odłożyła ten rulon na bok. — A teraz iść muszę! — dodała — już późno! ojciec chciał, ażebym po niego wstąpiła. — Idź! Rozstały się — lecz już coś pomiędzy niemi zarysowało się i rozpoczęło kruszyć ich szczerość. Pojawił się mężczyzna i to wystarczyło. Franceska idąc, zabierała ze sobą swój rysunek. Gwozdecka zwróciła się do Krajewskiego. — Odprowadź ją pan! — wyrzekła z łagodnym a tajemnym jakimś uśmiechem. Ucieszył się myślą wyjścia na ulicę nie samotnie. Przeczuwał bowiem, że wpadnie znów w ciemnię, zimno, i ogarnie go znów jego rozterka duchowa. — Pozwoli pani sobie towarzyszyć? — zapytał Franceski — a w głosie jego brzmiało nie zapytanie, ale prośba błagalna i nie znosząca odmowy. — Chętnie! — odparła uprzejmie już na progu przedpokoju, i nagle ręką rzuciła lekki, ledwo zarysowany pocałunek w stronę Gwozdeckiej. Było w tem jakby podziękowanie nawpół zmieszane z pożegnaniem. Krajewski, ściskający w tej chwili rękę Gwozdeckiej, uśmiechał się rozradowany. — Przyjdę tu znów! — powiedział ciepło i także z wdzięcznością. Gwozdecka skinęła głową. — I dobrze zrobisz! — odparła przyjaźnie — to jedno cię uratuje. — A? — Widzę bowiem, że przeżywasz więcej niż ciężkie chwile. A chcesz wiedzieć coś więcej? Zniżyła głos tak, że prawie już mówiła szeptem. — Ratunek jest przed tobą podwójny — rozpusta albo wielka Miłość. Na rozpustę cię już nie stać, pozostaje przed tobą to drugie... — Skąd pani wie? — zapytał z niepokojem. — Dość spojrzeć na twoją twarz, na wyraz twych oczów. Przeszedłeś Kalwarję. Teraz masz przed sobą ścieżkę odrodzenia. I powolnym, spokojnym gestem wskazała mu uchylone drzwi, przez które widać było ubierającą się Franceskę. — Idź za nią! Skłonił się w milczeniu i wszedł do przedpokoju.

III.

Wszedł w chwili, gdy Franceska, ubrana już w swój pluszowy czarny żakiet, sięgała po kapelusz. Półzmrok panował w przedpokoju. Jedynie tylko majaczyła na podłodze smuga zielonawego światła, pochodząca z salonu. Krajewski pełen był słów wymówionych przed chwilą przez Gwozdecką. — Rozpusta albo wielka Miłość. Przypomniało mu się arcydzieło z pałacu Borghese w Rzymie, owa Sacred and profane love. — Tak! — pomyślał — ale do czego tu właściwie teren przygotowany? Zbliżył się do Franceski i podał jej czarny, żałobny kapelusz, po który sięgała. — Proszę pani! — wyrzekł i równocześnie ze skonstatowaniem, iż Franceska jest w żałobie, ogarnął go zachwyt nad liljową białością jej długiej, wyniosłej szyi, wysuwającej się z intensywnej czerni pluszu. Nałogowo, prawdę bezwiednie podniósł rękę. — Pani pozwoli? — zapytał, pozorując to zbliżenie się do atłasowej bieli jej ciała, jakby troską o otulenie jej szyi odwiniętym kołnierzem. Lecz ona odsunęła się dumnie i tyle było wyniosłości w tym geście, iż cofnął się zmieszany i upokorzony. Lecz równocześnie ogarnął go zachwyt i jakby radość. Był więc przed prawdziwą, istotną, szczerą dziewiczością kobiecą. — Virgo intacta! I zadrgało w nim radośnie, jakoby rzeczywiście poczuł się zbawionym. — Virgo!... Cały świat nieznanych mu wrażeń, cały świat wzruszeń i pragnień, cały świat modlitwy przed nieskalaną, czystością dziewiczą roztaczał się nagle przed jego olśnionemi oczami. Nawet w tym świecie, do którego czasem zaglądał, świecie klasy wyższej — dziewice nie miały w sobie cienia tej płochliwości wyniosłej i szczerej. Była w nich raczej pruderja przymusowa i narzucona, szukająca dróg wykrętnych, aby zadowolnić swe budzące się namiętnostki przygodnym dreszczykiem, pochodzącym z przelotnego wrażenia. Tutaj jednak zrozumiał, iż Franceska jest jedną z tych rzadkich, cudownych istot, wyrosłych w jakimś zakątku, do którego dostępu bronią skrzydła matki i wrodzone, czarujące poczucie skromności. Z podziwem zrozumiał, iż jest w niej to niespotykane już dzisiaj pragnienie pozostania rzeczywiście doskonale czystą i nieskalaną dla tego, który przyjdzie, dla oblubieńca, którego się każda z dziew- cząt spodziewa, aby mu się oddać na śmierć i życie całe. Szedł za nią po prostej ulicy, jak za ciemnym jakimś duchem, śledząc rozwianie jej krep żałobnych, odziewających ją mistycznie i tajemniczo. Przez chwilę pragnął tak iść jej śladem, robiąc sobie złudzenie, iż ona go zaprowadzi w jakąś krainę ciszy i ciepła, w której wolno mu będzie pozostać ciągle już, aż do śmierci. Lecz należało się zbliżyć i zrównać z idącą. Uczynił to wraz z pytaniem. — W którym kościele jest ojciec pani? — W katedrze! — odparła, zwalniając kroku. — Lubi pani ten kościół? — Bardzo. Odpowiada mi w zupełności. Nie zdziwił go wybór tej właśnie świątyni. Była bardzo stylowa, strzeliście bijącą ku niebu rozmodlonem łukami wnętrza, wolna od pstrych świecideł, natomiast zakwitła pięknością tęczowych witraży. Zwłaszcza była tam kaplica Matki Bożej, jeden klejnot połączonych kamiennych koronek i blasków tęczowych świateł, okien, przez które płynęły drgające blaski purpury i szafirów. — Tak — wyrzekł, jakby sam do siebie — jest to piękne i dobre schronienie. Szczęśliwi są ci, którzy tam się schronić mogą. — Kościół jest otwarty dla wszystkich — odparła łagodnie. — Zapewne. Nawet i dla tych, którzy drzemią po ławkach, bo im zimno w domu i przychodzą się zagrzać! — ironizował mimowoli. Spojrzała na niego ze smutkiem. — Dlaczego pan tak mówi? — Widocznie inaczej nie mogę. — Szkoda. — Tak! Wielka to i nienaprawiona już szkoda. Mówmy lepiej o czem innem. Kto panią nazwał Franceska? — Moja nieboszczka mama. Głos jej ścichł i powiał, jak wicher płynący wśród mogił. — Matka pani nie żyje? — Jutro rok jak umarła. Te kilka słów zbliżyło ich więcej i prędzej, niż dziesięćkroć dłuższe badanie się wzajemne. Czuł w niej rozpacz i ból, na jaki tylko zdolne jest serce pozostawionej nagle bez matki dziewczyny, stojącej u progu życia w swej żałobie, bez ochrony i oparcia, z widmem katafalku, na którym drętwieje ukochana, dobra, przytulna pierś matki, mająca być właśnie ostoją i portem przed burzą życiową. I poczciwie, serdecznie jakoś podał swe ramię bez cienia fałszywej myśli tym razem. Chciał bowiem dla niej coś uczynić, otoczyć ją jakąś opieką, chociażby tylko chwilową. — Przyjmij pani moje ramię! — prosił zniżonym tonem. Ona, jakby wyczuła czystość jego intencji, na- dała swej odpowiedzi formę i ton cokolwiek przystępniejszy. — Dziękuję panu! — wyrzekła uprzejmie i z jakąś lekką sympatją w głosie — przywykłam jednak chodzić sama! — Tu ciemno, bruk nierówny... — nalegał mimo tej odpowiedzi. — To nic. Widzę doskonale i w ciemności. Wala mówi, że mam rysi wzrok. W tej odmowie wyczuł nie poprzednią skromność dziewiczą, każącą cofać się przed wyciągającą się ku niej zaborczą ręką mężczyzny. Było to raczej rzeczywiście przyzwyczajenie wystarczania sobie samej, chodzenia wśród niebezpieczeństw z wysoko podniesioną głową i z wytężonym wzrokiem, przenikającym ciemności. Stąpała pewnie i śmiało, gotowa w każdej chwili do obrony. Zapewne, była to sierota — ale ujęła swe sieroctwo w pewne i śmiałe ręce. Czarna krepa jej welonów nie służyła do otarcia łez, raczej był to sztandar silnie przytwierdzony do jej głowy i umiejący stawiać odporność przeciw wichrom życiowym. Coraz więcej zachwytu wzrastało w nim, przy zbliżeniu się do tej kobiety, która umiała być samą i nie potrzebowała podpory i przewodnika na ścieżce życiowej. Z tej strony nie znał kobiet. Były mu one raczej bluszczami, padającemi mu w ramiona. Pomyślał, że przecież rozkosznie byłoby mieć obok siebie taką istotę pełną hartu i mocy. — Możnaby odpocząć życiowo!... Szli tak obok siebie, oboje wysocy, smukli, wybornie wzrostem dobrani. I to go zachwycało także. Rozmawiając teraz o formach rysunku piórkiem, stwierdzał tę doskonałość fizyczną, jaka ich nawet pozornie łączyła. Zapytał Franceskę kto ją uczył rysować. Wymieniła nazwisko jednego z błyszczących malarzy. Zadziwił się. Znał bowiem tego artystę, jako mistrza właśnie w brutalnej, silnej, pełnej forsy twórczości. Nie podejrzywał go ze strony drobiazgowej, subtelnej, cichej. — Właśnie on mi wykazał cały walor drobiazgowości! — mówiła Franceska. — Nie znałem go z tej strony. — Tak! — odparła — nie znał go z tej strony nikt prawie. Kryje się z tem, nazywając tę stronę swej twórczości — wypoczynkiem i własną tajemnicą. Mówi, że jest to jego kapliczka wśród ugorów, w którą się chroni, gdy jest bardzo zmęczony. Nikt nie ma do niej dostępu. Poczuł, jakby cień zazdrości. — Pani jednak miała tam dostęp! — wyrzekł nawpół z goryczą, nawpół ze smutkiem. — Tak! — odparła z prostotą — przyszłam bowiem w szczęśliwą chwilę. Było to w wielkiej ci- szy i wśród czarującej piękności Karpat. Spotkaliśmy się w sanatorjum. Było to dwa lata temu. Umilkła, jakby pogrążyła się w jakieś odległe, miłe wspomnienie. Wydostali się teraz na bardziej ludne ulice i zmierzali ku katedrze, która ciemną, strzelistą masą dźwigała się w oddali. Szedł obok niej nagle zdystansowany, obcy — poza nawiasem. Czuł, że ta dziewczyna ma cały świat swoich upodobań, pragnień, miłości, przyjaźni, z któremi on, obcy nie ma nic wspólnego. I tak, jak ona, zdołała wejść do tej kaplicy mistrza, któren otworzył przed nią zazdrośnie zamknięte wrota — tak on znów zkolei zapragnął przyjść »w dobrą chwilę« i dostać się do owego kręgu, w którym żyła i poruszała się ta doskonała istota. Chciał wytworzyć jakiś węzeł, łączący ich nie przelotną, łatwą do zerwania znajomością. Wzrok jego padł na rulon rysunku, którego brzeg bielił się w otworze mufki Franceski. I nagle powstała w nim zuchwała myśl. — Daruj mi pani ten rysunek! — wyrzekł szybko, jakby lękając się, że namysł może mu odebrać odwagę, konieczną do sformułowania tej prośby. Milczała chwilkę. Wreszcie spytała: — Zależy panu na tem? — Bardzo! — odparł prawie gorąco. Powoli, z wielką prostotą wysunęła rulon z mufki i podała mu. — Proszę! — wyrzekła z królewskim uśmiechem. Był prawie wzruszony, przyjmując ten dar z jej dłoni. Nie wiedział co począć i jak dziękować. Wszystkie używane słowa wydawały mu się banalne. — Należy mu się honorowa oprawa — zaczął — proszę, doradź mi pani. Nie jestem sam zdolny wybrać odpowiednie ramy. Pomyślała chwilę. — Wolałabym! — wyrzekła — aby ram nie było. — ? — Tak! niechby ten rysunek krył się w jakiejś tece. Skoro jednak ma tak być, to daj mu pan passe-partout koloru ciemno bordeaux z maleńką linijką białą. Ram żadnych. Poprostu szkło objęte wąziuchną listewką czarnego papieru. Widziałam tak oprawnego Odillon Rodana. To było bardzo odpowiednie. Wydawała te rozporządzenia śmiało i z pewnością siebie. Stała już w cieniu murów katedry, na które padały rzadkie smugi światła, tlejących zdaleka latarni. Mgła zapadała brudna i ziejącą miejską, zimną zgnilizną. Od niej jednak, od tej dziewicy nawodzącej lepsze, piękniejsze światy czystej, niesprzedażnej sztuki wiał jakby blask osobisty, jakby światło nie- zgaszone niczem i oporne przeciw wszystkim mgłom i ciemnościom. — Postąpię według rady pani! — wyrzekł, chcąc jeszcze za wszelką cenę przedłużyć chwilę pożegnania. Ale ona zawołała, jakby z wielką troską w głosie. — Spóźniłam się... oto mój ojciec, który nie mogąc się mnie doczekać, wyszedł już z kościoła. Wskazywała mufką na wyniosłą, trochę zgarbioną postać męską, idącą ukośnie placem w stronę splątanego węzła ulic. — Dogonię go! — rzuciła prawie wesoło. I nie podając Krajewskiemu ręki, skłoniła się wyniośle i z wielkim wdziękiem. — Żegnam pana! — rzuciła odchodząc. On odparł, nagle zdezorjentowany w tej całej sytuacji: — Do widzenia! To ją zatrzymało na mgnienie oka. Jakby badała się, czy może przyrzec to »do widzenia«, czy jest ono właściwie potrzebne w jej życiu. Wreszcie wyrzekła. — Do widzenia! I pobiegła za ojcem.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…