Front matter
FANTAZYJA D-RA OX.
PRZEZ
JULIUSZA VERNE.
całość
FANTAZYJA D-RA OX.
PRZEZ
JULIUSZA VERNE.
Nakładem F. Stopelle księgarza wydawcy.
Дозволено Цензурою,
Варшава, 30 Декабря (11 Января) 1875 г.
Drukiem, J. Korzeniowskiego, Ś-to Jerska, Nr. 12.
FANTAZYJA D OX
I.
Jeżeli szukać będziecie na mappie starożytnej lub nowożytnej Flandryi, miasteczka Quiquendonc, prawdopodobnem jest, że go tam nie znajdziecie. Czyż więc Quiquendonc zaginęło? Nie. Czy ma być miastem dopiero w przyszłości? Wcale nie. Istnieje ono na przekór geografii, istnieje od lat ośmiuset czy dziewięciuset nawet, a przypuszczając że ma duszę każdy z jego mieszkańców, liczy dwa tysiące trzysta dziewiędziesiąt trzy dusze. Quiquendonc leży o trzynaście i pół kilometrów na północo-wschód Audenardu, a o piętnaście i ćwierć kilom. na południe Bruges, w samym środku Flandryi. Vaar rzeczka wpadająca do Escaut przepływa pod jego trzema mostami, silnie przypominającemi budową odległe czasy średniowieczne... Chwalą tu stary zamek, którego węgielny kamień położył w 1197 r. Baudouin (późniejszy cesarz w Konstantynopolu), oraz ratusz o dwóch oknach gotyckich i okrągłej wieżyczce wzniesionej po nad poziom o 357 stóp. Z wieżyczki tej daje się słyszeć co godzina kurant zegarowy o pięciu oktawach, istny fortepijan napowietrzny, którego sława przewyższa o wiele sławę głośnego zegaru z kurantem w Bruges. Cudzoziemiec, zabłądziwszy kiedy niekiedy do Quiquendonc, nie opuszcza go nigdy nie zwiedziwszy sali Statuderów, ozdobionej portretem Wilhelma de Nassau, malowanym przez Brandona; ambony kościoła świętej Magloiry, arcydzieła architektury XVI wieku; studni z żelaza lanego, wydrążonej w środku wielkiego placu św. Erunfa, której wspaniałą wykonał Quentin Metsys, malarz kowal, i grobu kiedyś Maryi Burgundzkiej, córki Karola Śmiałego, spoczywającej teraz w kościele Notre-Dame w Bruges... Głównym przedmiotem handlu miasteczka Quiquendonc jest sprzedaż na wielką skalę śmietany i cukru owsianego. Władza miejska od niepamiętnych czasów, spoczywa w ręku członków rodziny van Tricasse, a mimo to przecież wszystko, Quiquendonc nie znajduje się, jakeśmy już powiedzieli na karcie Flandryi! Czy to więc nieudolność geografów czy umyślne złośliwe opuszczenie? Tego wam wytłómaczyć nie mogę; ale za to zapewniam najuroczyściej, że Quiquendonc istnieje w rzeczywistości, że ma małe wązkie uliczki, niekoniecznie pokaźne domostwa, targi i burmistrza, a nadto Quiquendonc niezbyt dawno było widownią wypadków zadziwiających, nadzwyczajnych, nieprawdopodobnych a jednak prawdziwych, które w dalszym ciągu jak najwierniej opowiem. Trudno doprawdy nietylko powiedzieć, ale nawet pomyśleć choćby cokolwiek złego o wschodniej Flandryi. Ludzie to bogaci, mądrzy, oszczędni, towarzyscy, uprzejmi, gościnni, trochę może ociężali w mowie i na umyśle, ależ ten ostatni niedostatek nie wyjaśnia dla czego jedno z najbardziej zajmujących miast na ich terrytoryjum, ma dopiero kiedyś tam kiedyś figurować w topografii nowożytnej. Opuszczenie to byłoby ma się rozumieć daleko smutniejszem, gdyby historyja lub w braku historyi kronika, albo w braku kroniki tradycyja kraju czyniły już kiedy wzmiankę jaką o tak niesprawiedliwie zapoznanem miasteczku! Aliści ani atlasy, ani przewodniki ani też opisy podróży nic o niem nigdzie nie mówią. Nawet M. Jeanne, ten przezorny historyjograf wiosek, nie mówi o niem ani słowa. Bogu samemu wiadomo jak takie milczenie źle oddziaływa na handel i przemysł miejscowy, chociaż muszę tu nadmienić, że Quiquendonc nie ma ani przemysłu ani handlu, i że obchodzi się bez tego doskonale. Cukier owsiany i śmietana konsumuje się na miejscu i nigdzie się nic nie wyseła. Mieszkańcom wszakże Quiquendonc niczego nie brakuje. Żądze ich są umiarkowane, życie skromne; spokojni są, zimni, flegmatyczni, jednem słowem „Flamandowie są,“ jakich się spotyka jeszcze niekiedy pomiędzy Escaut i morzem Północnem.
II.
— Pan sądzisz? rzekł burmistrz. — Tak... sądzę... odpowiedział radny po kilku minutach milczenia. — Że tego nie można lekceważyć, dodał uroczyście burmistrz. — Lat to już dziesięć jak rozmyślamy o tym ważnym interesie, odpowiedział radny Niklausse, a jednak upewniam pana, panie van Tricasse, że na swoję odpowiedzialność przyjąć tego nie mogę... — Pojmuję dobrze pańskie obawy, odrzekł pan van Tricasse po kwadransie
pojmuję pańskie obawy i zupełnie je podzielam. Nie możemy wydawać decyzyi nie zbadawszy najdokładniej wpierw sprawy.
— Posada komisarza cywilnego, chyba że niejest potrzebną w mieście tak spokojnem jak Quiquendonc, odezwał się Niklausse. — Poprzednik nasz, rzekł van Tricasse tonem poważnym; poprzednik nasz mi powiedział, że nigdy nie ośmielał się tego powiedzieć, aby sąd jakiś mógł być zupełnie pewnym. Każde twierdzenie podlega często skutkom wcale nieprzyjemnym. Radny kiwnął głową na znak, że podziela to zupełnie sprawiedliwe zdanie i zamilkł na pół godziny. Po tej przerwie podczas której ani radny ani burmistrz palcem nawet nie poruszyli, Niklausse zapytał van Tricassa, czy jego poprzednik, tak przed dwudziestoma dajmy na to laty, nie miał na myśli zniesienia posady komisarza cywilnego, rok rocznie obciążającej budżet miasta Quiquendonc summą tysiąca trzystu sześćdziesięciu pięciu franków, z centymami. — W samej rzeczy to jest rzeczywiście, odrzekł burmistrz, podnosząc z majestatyczną powagą rękę do gładkiego czoła; w samej rzeczy, zacny ten człowiek umarł zanim zdołał zadecydować, tak tę jak i wiele innych kwestyj spornych. To było i taktowne i mądre. Dla czegóż nie miałbym pójść w jego ślady? Radny Niklausse, nie był zdolnym do opozycyi, więc nie odrzekł ani słowa. — Człowiek, który umiera nic nie zdecydowawszy, dorzucił poważnie van Tricasse, bliskim jest osiągnienia doskonałości na tym świecie! poczem przycisnął do ust koniec małego palca tłumiąc głos i wydając lekkie westchnienie. Prawie w tej samej chwili kroki jakieś lekkie, dały się posłyszeć w sieni. Mysz nie uczyniłaby mniejszego szelestu sunąc po miękkim kobiercu. Drzwi pokoju otwarły się i ukazała się w nich młoda dziewczyna, blondynka o długich włosach i jasnem wejrzeniu. Była to Suzel van Tricasse, jedyna córka burmistrza. Podała ojcu fajkę nałożoną z miedzianą, i nie rzekłszy słowa znikła tak cichutko, jak się zjawiła. Pan burmistrz zapalił lulkę i otoczył się wkrótce obłokiem niebieskawego dymu, a radny Niklausse pogrążył się tymczasem w głębokiej zadumie. Pokój, w którym debatowali dwaj znakomici mężowie, był gabinetem suto ozdobionym w rzeźby z ciemnego jakiegoś drzewa. Wysoki kominek z obszernem ogniskiem, na którem można było pomieścić cały dąb, albo upiec tęgiego wołu, zajmował jednę ścianę gabinetu, i stał naprzeciwko okna okratowanego, którego szyby kolorowe łagodziły promienie światła dziennego. Po nad kominkiem w ramach starożytnych wisiał portret jakiegoś dobrodusznego człeczyny, dzieło niby malarza Hemlinga, przedstawiające jednego z przodków van Tricassa, wywodzących ród swój od XIV wieku i z czasów w których Flamandczykowie i Gui z Dampierre, walczyli przeciwko cesarzowi Rudolfowi Habsburskiemu. Gabinet ten to część domu burmistrza, najpiękniejszego ma się rozumieć w Quiquendonc; zbudowanego w guście flamandzkim i ze wszystkiemi możliwemi grymasami. W klasztorze Kartuzów albo w instytucie głuchoniemych, nigdy spokojniej jak w tym domu nie było. Nie posłyszałeś tam nigdy najmniejszego hałasu, bo nie chodzono tam lecz się przesuwano; nie mówiono lecz szeptano. A płci pięknej nie brakowało w tym przybytku wszelako. Oprócz burmistrza żyły tutaj, żona jego pani Brygida van Tricasse, córka Suzel van Tricasse, i służąca Lothé Jansehén. Mieszkała tu również siostra , ciotka Hermancyja, stara panna używająca również imienia Tatanémancyi, nadanego jej kiedyś przez siostrzenicę Suzel, kiedy jeszcze była dzieckiem. Pomimo otóż tylu i tak zapalnych łatwo żywiołów, w domu burmistrza panował wieczysty pokój. Burmistrz miał lat pięćdziesiąt, nie tłusty nie chudy, nie mały nie duży, nie stary nie młody, nie wesoły nie smutny, nie nie znudzony, nie energiczny nie mięki, nie dumny nie pokorny, nie dobry nie zły, nie rozrzutny nie chciwy, nie mężny nie tchórz, słowem nie za wiele nie za mało, ne quid nimis; człowiek umiarkowany we wszystkiem; lecz po niezmiennej powolności jego ruchów, po dolnych policzkach nieco zwieszonych, po powiece stale podniesionej w górę, po czole gładkiem, jak mosiężna płyta bez zmarszczki, po muskułach mało wydatnych, fizyjognomista mógł bez wielu trudów rozpoznać, że pan van Tricasse, była to flegma uosobiona. Nigdy z gniewu ani namiętności lub jakiegoś doznanego wzruszenia, nie przyspieszało się bicie serca tego człowieka, nigdy oblicze jego nie nabierało kolorów, źrenica nigdy nie zmieniała swej wielkości, pod wpływem irytacyi prędko zresztą przechodzącej. Odziewał się zawsze w jedno ubranie czysto utrzymane, w suknie ani za obszerne ani za ciasne, które się nigdy nie niszczyły. Obuty był w grube trzewiki z potrójnemi podeszwami i srebrnemi spinkami, które swą trwałością przyprowadzały do rozpaczy szewca. Na głowie nosił obszerny kapelusz, pamiętający epokę w której Flandryja była stanowczo odseparowaną od Holandyi, co pozwala przypisywać temu szacownemu nakryciu głowy, lat czterdzieści kilka. Namiętności zużywają ciało, duszę i nawet odzienie, a godny burmistrz apatyczny, niedbały, obojętny, do niczego namiętności nie objawiał. Nic więc nie niszczył i sam się nie zużywał a tem samem był jedynym człowiekiem odpowiednim do zarządu miastem Quiquendonc i jego spokojnemi mieszkańcami. Miasto rzeczywiście nie mniej było spokojne jak dom van Tricassa. Otóż w tej spokojnej siedzibie burmistrz liczył, że dojdzie do granic najodleglejszych życia ludzkiego; mniemając zawsze, że ukochana Brygida van Tricasse jego żona uprzedzi go do grobu, w którym nie znajdzie z pewnością spoczynku większego, nad ten jakiego od 60 lat zażywa już na ziemi. Rzecz ta wszakże potrzebuje . Rodzina van Tricasse mogła słusznie nosić nazwisko Jeannot. A oto dla czego: Każdemu z podań ludowych wiadomo o sławnym nigdy nie zużywającym się nożu Jeannota. Nóż ten rzeczywiście był nieśmiertelnym dzięki temu, iż gdy zużył się trzonek stary nowym go zastępowano, a gdy stępiło się i ostrze, ostrze nowe zaraz zakładano. Taka słowo w słowo manipulacyja praktykowała się od niepamiętnych czasów w familii van Tricasse, której nawet natura sprzyjała z nadzwyczajną przychylnością. Od r. 1340 widziano zawsze niezmiennie owdowiałego van Tricasse, żeniącego się z młodą osobą z familii van Tricasse, która znów młoda osoba owdowiawszy wychodziła za van Tricasse, młodszego od siebie i t. d. bez końca. Otóż godna pani Brygida van Tricasse była powtórnie zamężną a przez poszanowanie tradycyj powinna była uprzedzić na tamten świat swojego małżonka o dziesięć lat młodszego; aby zrobić miejsce dla nowej pani van Tricasse. Szanowny burmistrz liczył na to na pewno i czekał... Taki to był ten dom spokojny i cichy, którego drzwi nie skrzypiały, szyby nie brzęczały, podłogi nie uginały się, kominy nie dymiły, meble nie trzeszczały, zamki nie klekotały i którego mieszkańcy chodzili cichutko, niby cienie przesuwających się po ziemi duchów. Dom ten boski Harpokrat wybrałby pewnie na świątynię pokoju.
III.
W chwili gdy pan burmistrz rozpoczął z panem radnym ową interesująca rozmowę, którąśmy przytoczyli powyżej, była godzina trzy kwadranse na trzecią. O trzy kwadranse na czwartą van Tricasse zapalił fajkę w którą wchodziło całe ćwierć funta tytoniu, czynność tę więc ukończył zaledwo o trzydzieści pięć minut na szóstą. Około szóstej, radny lubiący używać figur retorycznych, odezwał się w ten sposób: — Tak więc tedy zdecydujmy... — Nie mamy nic do zdecydowania, odpowiedział na to burmistrz. — Według mego widzenia rzeczy, pan masz racyją panie van Tricasse. — Zupełnie tak samo myślę p. Niklausse kochany. Rzecz co do urzędu komisarza cywilnego, rozstrzygniemy później nieco; mamy jeszcze na to czas... — Oj, oj, mamy na to lat kilka jeszcze, odpowiedział Niklausse, wydobywając i rozkładając pompatycznie kraciastą chustkę od nosa, której wszakże użył z umiarkowaniem największem. Po tem nowa znów a głęboka nastała cisza i trwała przeszło godzinę. Nic jej nie zamąciło; nic, nawet ukazanie się ulubionego psa Lento, który flegmatyczny jak jego pan krążył po gabinecie. Godny to pies! Wzór to dla całego rodzaju psiego. Jakby wyrobiony z tektury, jakby nogi miał wywatowane, najmniejszego swem wejściem nie zrobił szelestu. Około ósmej godziny, gdy Lothe przyniosła starożytną lampę ze szkłem matowem, burmistrz przemówił do radnego: — Czy nie ma tam jakiej pilnej ekspedycyi do wysłania, kochany panie Niklausse? — Nie panie van Tricasse, nie ma żadnej, bądź pan zupełnie spokojny. — Zdaje mi się wszakże, żem słyszał coś o tem, powiedział burmistrz, jakoby wieża bramy od strony Audenardu, miała grozić upadkiem?.. — No tak, to prawda, rzeczywiście, odrzekł radny, i co do mnie nie dziwiłbym się gdyby pewnego pięknego poranku runęła i zdruzgotała kilku przechodniów. — Oh! odrzekł burmistrz uspakajająco, nim takie nieszczęście nastąpi, postanowimy coś względem tej wieży. — Może być, panie van Tricasse. — Teraz wszakże ważniejsze mamy rzeczy do załatwienia. — Bez wątpienia, odpowiedział radny, a to np. kwestyja sklepów z wyrobami z miedzi. — Czyż palą się one ciągle? zapytał burmistrz. — Ciągle od trzech tygodni. — Wszakżeśmy uradzili coś na sesyi pod względem ugaszenia pożaru... — Tak, tak panie van Tricasse, zatwierdziliśmy wniosek pański. — Czyż to nie najpewniejszy i nie najprostszy środek opanowania ognia? — Tak, bez żadnej wątpliwości. — Otóż przypomnijmy sobie czy to już wszystko? — Wszystko, odpowiedział radny, trąc czoło jakby dla upewnienia się jeszcze, czy nie zapomniał przypadkiem o jakiej doniosłej sprawie. Ale, ale, panie burmistrzu, a czyś pan słyszał o wezbraniu rzeki i o niebezpieczeństwie jakie w skutek tego zagraża nisko położonej dzielnicy Ś-go Jakóba? — Słyszałem, słyszałem, odpowiedział burmistrz. Co to mój Boże za szkoda, że wezbranie nie przyszło w kierunku sklepów z miedzią! Opanowałoby to pożar i uniknęlibyśmy długich mozolnych dyskusyj w tym przedmiocie. Cóż powiesz na to panie Niklausse, bo mojem zdaniem nic głupszego nad wypadki. Żadnego pomiędzy niemi by najmniejszego też związku, cóż więc dziwnego że niemożna jednego używać przeciw drugiemu. Ta mądra uwaga van Tricassa wymagała pewnego czasu dla jej ocenienia przez interlokutora i przyjaciela. — Wszakże... rozpoczął znów w kilka radny Niklausse, nie mówimy dotąd o najważniejszym interesie! — O jakim interesie? Mamyż jeszcze jaki ważny interes, zapytał burmistrz. — Bez wątpienia. Idzie tu o oświetlenie miasta. — A tak, rzekł burmistrz, jeśli pamięć mię nie myli, pan chcesz mówić o projekcie oświetlenia miasta sposobem przedsiębranym przez doktora Ox? — W istocie tak. — Czyż tak? — Rzecz ta postępuje panie Niklausse, burmistrz. Przystępują już do położenia rur, fabryka zaś gazowa zupełnie ukończona. — Być może, że za bardzo spieszymy się z tym interesem, rzekł radny kiwając głową. — Być może, odrzekł burmistrz, lecz nas tłómaczy to, że doktor Ox sam ponosi wydatki doświadczeń przez siebie robionych. To nas nie będzie kosztować ani szeląga. — W istocie to nas tłómaczy. Wreszcie postępować trzeba z duchem wieku. A jeśli doświadczenia powiodą się, Quiquendonc ze wszystkich miast Flandryi najpierw oświetlonem zostanie gazem tleno.... Jak to tam ten gaz nazywają? — Gaz tleno-wodorodny. — Niechże więc będzie gazem tleno-wodorodnym. W tej chwili drzwi otwarły się i Lotché przybyła oświadczyć burmistrzowi, że zupa na stole. Radny Niklausse powstał aby się pożegnać z van Tricassem, który interesa i załatwiwszy nabrał apetytu, nakoniec uznano za konieczne zwołać na sesyją ławników w terminie dość odległym a to w przedmiocie tymczasowego zadecydowania kwestyi rzeczywiście pilnej t. j. walącej się wieży od strony Audenardu. Dwaj godni administratorowie, przeprowadzając jeden drugiego zwrócili swe kroki ku drzwiom, które wychodziły na ulicę. Radny wszedłszy do sieni zapalił małą latarkę mającą mu świecić na ciemnych ulicach Quiquendonc, dotąd światłem doktora Ox nie oświetlonych. Noc była ciemna, było to bowiem w miesiącu grudniu a nadto lekka mgła zalegała miasto. Przygotowania do wyjścia radnego Niklausse wymagały kwadrans czasu, albowiem zapaliwszy latarkę musiał włożyć swe duże kalosze wyłożone wewnątrz krowią sierścią i nadziać grube rękawice z baraniem futrem; następnie podniósłszy do góry kołnierz swego surduta, nasunął czapkę na oczy, wziął w rękę ciężki parasol z wygiętą rączką i wtedy gotów był już do wyjścia. W chwili gdy Lotché, która przyświecała panu pobiegła naprzód by odsunąć rygiel, hałas niespodziewany dał się słyszeć z zewnątrz. Tak jest, choć to rzecz nieprawdopodobna, dał się słyszeć hałas prawdziwy, hałas jakiego mieszkańcy miasteczka nie słyszeli od czasu zdobywania baszty miejskiej przez Hiszpanów. Przeraźliwy ten hałas rozlegał się po starym domu van Tricassa! Stukano gwałtownie do drzwi, nigdy dotąd brutalskiem dotknięciem nie skalanych! Ciosy wymierzano z podwójną siłą, narzędziem jakiemś twardem, prawdopodobnie sękatym kijem, wprawianym w ruch łapą widocznie silną. Uderzeniom towarzyszyły krzyki i wołania: — Panie van Tricasse, panie burmistrzu otwieraj pan jak najprędzej. Burmistrz i radny kompletnie oniemieli z przestrachu. Wciągnęli do gabinetu starą śmigownicę forteczną, która nie fukcyjonowała od 1385 r. i której mieszkańcy domu van Tricasse od tego czasu nie dotykali nigdy. Uderzenia i krzyki gwałtowne, podwajały się tymczasem. — Kto tam, oprzytomniawszy pierwsza zawołała Lotché, kto tam i czego potrzebuje?.. — To ja! to ja! otwierajcie... — Co za ja? — Ja... komisarz Passauf! Komisarz Passauf!.. Ten sam o zniesienie którego posady toczyła się kwestyja od lat już 20. Cóż więc tam takiego zaszło? Czy Burgundowie zawładnęli miastem jak to miało miejsce w XIV wieku! Tej tylko wagi wypadek mógł spowodować komisarza Passauf do podobnego postępowania, co do spokoju bowiem i flegmy nie ustępował on wcale burmistrzowi. Na dany znak przez van Tricassa, który nie był w stanie słowa wymówić z przestrachu, odsunięto rygiel i drzwi się otwarły, a komisarz wpadł wtedy jak bomba do przedpokoju. — Co się to stało panie komisarzu? zapytała Lotché dzielna kobieta, w trudnych okolicznościach nigdy nie tracąca przytomności. — To, odpowiedział Passauf, którego wytrzeszczone oczy wyrażały przestrach nie do opisania; to, żem przyszedł od doktora Ox, gdzie było zebranie i że tam..... — Tam? jęknął radny... — Tam... ja... ja sam... byłem świadkiem zajścia takiego, że.... no.... krótko węzłowato.... panie burmistrzu... tam.... mówiono... o polityce! — O polityce? powtórzył van Tricasse chwytając się za perukę. — O.. po..li..ty..ce... odpowiedział komisarz Passauf, o której u nas przynajmniej od 100 lat nie mówiono. Rozmowa była gorąca... Adwokat Andrzej Schut i dr. Dominik Custos odstąpili nagle na bok, co ich pewno do....prowadzi do spotkania honorowego. — Do spotkania! zawołał radny. Do pojedynku! Pojedynek w Quiquendonc! A cóż sobie u dyjabła powiedzieli ci panowie, adwokat Schut i dr. Custos? — Zaraz, zaraz, nie tak nagle, toż to właśnie chcę dosłownie powtórzyć. „Panie adwokacie, rzekł doktor do przeciwnika, za daleko się pan posunąłeś i jak mi się widzi nie umiesz wcale, słów swoich miarkować. Tu burmistrz van Tricasse załamał ręce z rozpaczy, radny zbladł i latarka wypadła mu z ręki a komisarz kiwał znacząco głową. Wyrażenia widocznie wyzywające wymieniono między takiemi znakomitościami! — Ten doktor Custos, mruczał van Tricasse, to stanowczo niebezpieczny człowiek, to gorąca pała, ale wejdźcie panowie do pokoju! Radny Niklausse i komisarz weszli do gabinetu a burmistrz van Tricasse wsunął się za nimi.
IV.
Któż to jest ta osobistość znana pod dziwnem nazwiskiem doktora Ox? Na pierwszy rzut oka jest to sobie oryginał, ale jest to zarazem uczony fizyjolog, którego prace znane i cenione są przez całą Europę. Szczęśliwy to współzawodnik Darego, Daltona, Bostocka, Menziesa, Godwina, Vierordta, wielkich umysłów które postawiły fizyjologiję na najwyższym szczeblu rozwoju. Dr. Ox jest człowiekiem średniej tuszy, wzrostu umiarkowanego, ma lat.... nie mogę jego wieku, jak niemniej jego narodowości. To wszakże nie przeszkadza mi zaznaczyć iż osobistość to dziwna, gorąca i porywcza, prawdziwe słowem przeciwieństwo ze wszystkiemi innemi mieszkańcami miasteczka Quiquendonc. W niego i w jego naukę wierzono jak w przykazania. Zawsze uśmiechnięty z podniesioną do góry głową, z rękami poruszającemi się swobodnie, ze wzrokiem pewnym, nozdrzami wydętemi i dużemi ustami podobał się wszystkim w ogóle i odrazu. Wesoły, pełen życia a zarazem rozwagi, chodził szybko jakby żywe srebro miał w żyłach, a ze sto igieł w podeszwach. Nie był w stanie usiedzieć spokojnie na jednem miejscu, wyrażał się gwałtownie obficie używając gestów. Czy był bogaty ten doktor Ox, skoro przyjął na swój koszt gazowe oświetlenie miasta?.. Prawdopodobnie; bo jakżeby mógł się obarczać tylu wydatkami; oto jedyna odpowiedź jaką możemy udzielić na niedyskretne pytanie. Doktor Ox przybył od pięciu miesięcy do Quiquendonc w towarzystwie pomocnika Gedeona Ygène, wysokiego, chudego, suchego lecz nie mniej jak on sam żywego. Ale dla czego doktor Ox przyjął na swój koszt oświetlenie miasta gazem? Dla czego wybrał na ten cel spokojnych mieszkańców Quiquendoncu, Flamandów najczystszej krwi i dlaczego ich chciał obdarzyć dobrodziejstwem o jakiem mowa? Czy nie był to jaki zły zamiar, jaka dajmy na to chętka dokonania jakiegoś wielkiego fizyjologicznego doświadczenia? Czego chciał ten oryginał? Otóż tego nie wiemy. Doktor bowiem Ox, nie miał innego powiernika prócz jednego swego Ygène’a, posłusznego mu ślepo we wszystkiem. Doktor Ox zobowiązał się oświetlić miasto które bardzo tego co prawda potrzebowało, szczególniej w nocy jak utrzymywał komisarz Passauf. Fabryka do wyrabiania gazu była już zbudowaną, gazometry były gotowe, rury założone w ziemi, miały być już wkrótce wprowadzone do zabudowań publicznych a nawet do domów prywatnych niektórych przyjaciół postępu. Burmistrz van Tricasse, radny Niklausse i kilka innych znakomitości, dla dania dobrego przykładu, postanowili zezwolić na wprowadzenie tej nowości do swych także pomieszkań. Jeżeli czytelnik nie zapomniał długiej rozmowy radnego z burmistrzem, to wie iż mówiono tam o tem jako oświetlenie miasta dokonywać się ma nie za pomocą zwykłej bynajmniej kombustyi węgla kamiennego przez dystylacyją, lecz za pomocą użycia na ten cel gazu nowszego o dwadzieścia razy jaśniejszego t. j. gazu tleno-wodorodnego, tworzącego się z połączenia wodoru z tlenem. Doktor otóż będąc zdolnym chemikiem i genijalnym fizykiem, umiał otrzymywać ten gaz w wielkiej ilości i z dobrym skutkiem, nie według przepisu Tessie du Motay, to jest przez użycie sody, ale po prostu przez rozkład wody lekko zakwaszonej za pomocą stosu galwanicznego tworzącego nowe elementy przez niego wybadane. Nie używał więc ani kosztownych materyjałów, ani platyny ani alembików z wężownicami, ani paliwa ani żadnych delikatnych przyrządów do spowodowania chemicznego rozkładu dwóch gazów. Prąd elektryczny przechodził przez obszerne naczynie napełnione wodą a tym sposobem płynny element rozkładał się na tworzące go dwa pierwiastki t. j. tlen i wodór. Tlen wydobywał się jedną stroną, wodór w podwójnej objętości drugą. Oba gazy zbierały się w rezerwoarach oddzielnych, czego wymagała konieczna ostrożność, albowiem mięszanina zapalając się mogła spowodować straszny wybuch. Następnie rury miały tę mieszaninę oddzielnie doprowadzać do różnych beków, które znów miały być urządzone tak iżby eksplozyja nie nastąpiła. Z tego tworzył się płomień znakomitej świetności, płomień którego blask współzawodniczyć może ze światłem elektrycznem, bo według doświadczeń Casselmana równy on jest blaskowi tysiąca stu siedmdziesięciu świec woskowych, ani jedna więcej ani jedna mniej. Pewną jest rzeczą że miasteczko Quiquendonc zyskałoby na tej genijalnej kombinacyi doskonałe oświetlenie, lecz o to właśnie dr. Ox i jego pomocnik jak to później zobaczymy najmniej się troszczyli. Zaraz nazajutrz po wiadomem już zebraniu Gedeon Ygéne i doktor Ox rozmawiali we spólnej swej pracowni na parterze głównego zabudowania fabryki gazu. — A widzisz Ygéne, a widzisz! wołał doktor Ox zacierając ręce. Toż musiałeś zauważyć jak wczoraj na zebraniu ci poczciwi mieszkańcy Quiquendonc’u, tak niegdyś zimni i nie zdradzający żadnych namiętności, rozprawiali, podnosili głos i gestykulowali. Widzisz jak się już odmienili moralnie i fizycznie! A toć to początek tylko! Poczekaj jeszcze chwilę a zobaczysz co z nich zrobimy. — Rzeczywiście mistrzu, odpowiedział Gedeon Ygéne, opierając koniec małego palca na nosie, doświadczenie udaje się dobrze, ale wcześniej nie zamknął kranu wypływowego, nie wiem co by dalej było. — A słyszałeś adwokata Schut i doktora Custos jak się przemówili, podchwycił doktor Ox. Wyrażenie samo przez się wcale nie było ubliżającem, lecz w ustach mieszkańca Quiquendonc, zdaje się mieścić w sobie cały szereg obelg, jakiemi bohaterowie Homera obrzucają się przed wydobyciem mieczów. Oj ci Flamandowie! ci Flamandczykowie! zobaczysz co my z nich zrobimy! — Zrobimy z nich niewdzięczników, odrzekł Gedeon Ygène tonem człowieka znającego dobrze ród ludzki. — To, odpowiedział doktor, to mało nas mój bracie obchodzi, mniejsza czy będą wdzięczni czy nie, byleby się tylko doświadczenie nam udało. — Ale, odrzekł pomocnik uśmiechając się złośliwie, czy pobudzając tak silnie organa oddechowe, nie nadpsujemy płuc poczciwcom zaludniającym Quiquendonc? — Mniejsza o to, toż to co robimy, robimy w interesie nauki. Cóżbyś powiedział, żaby albo psy chciały się opierać doświadczeniom za życia na nich praktykowanym. Prawdopodobnie, pytane żaby i psy nie pozwoliły by nigdy na to, ale doktor Ox w podanym przez się przykładzie, widział niezaprzeczony argument i odetchnął z zadowoleniem. — Z tego wszystkiego widzę, że masz słuszność mistrzu, rzekł Gedeon Ygène zupełnie przekonany. Nie mogliśmy nic zrobić lepszego, jak wybrać dla naszych doświadczeń mieszkańców miasteczka Quiquendonc. — Istotnie, że lepszego nic zrobić nie było można, dobitnie wymawiając każdą sylabę odrzekł doktor. — Czyś badał puls tych istot doktorze? — Sto razy. — I jakiż jest średni wypadek obserwowanych uderzeń? — O z pewnością nie pięćdziesiąt na minutę. Wyobraź że sobie mieścinę w której od wiek wieków nikt o niczem nigdy nie myślał, mieścinę w której dorożkarze i furmani nie przeklinają, konie nie unoszą, psy nie kaleczą, nie drapią; mieścinę w której sąd policyi prostej świętuje po latach całych; mieścinę której mieszkańcy do niczego nie objawiają skłonności: ani do sztuk pięknych ani też do przedsiebierstw; mieścinę w której jeden protokół śledczy na sto lat przypada, mieścinę nakoniec w której od trzystu lat nie było przypadku bójki choćby na pięści tylko! Pojmujesz mój Ygène, my to wszystko zmienimy. — Doskonale! doskonale! odrzekł zachwycony pomocnik. A dokonałżeś mistrzu analizy chemicznej składu tutejszego powietrza. — Nie zaniedbałem i tego. Siedmdziesiąt dziewięć części azotu, dwadzieścia jedna część tlenu, kwasu zaś węglowego i pary wodnej — różne ilości. — Dobrze doktorze, dobrze, odpowiedział Ygène. Teraz zrobimy doświadczenie na wielką skalę i stanowczo decydujące. — A jeżeli będzie decydujące, dodał dr. Ox z miną tryumfalną, to wtedy cały świat przeobrazimy.
V.
Radny Niklausse i burmistrz van Tricasse poznali nakoniec co to jest przebyć noc niespokojnie. Ważne wypadki jakie zaszły w domu doktora Ox naraziły ich na bezsenność. Jakie ztąd wynikną następstwa, tego nie byli w stanie przewidzieć. Czy należało co zadecydować w tym przedmiocie? Czy władza municypalna przedstawiana przez nich potrzebowała wdać się w tę sprawę? Czy nie nakazać aresztowania, aby podobny skandal nie powtórzył się więcej? Te oto wątpliwości zaprzątały poważne głowy przodowników miasta. Tak więc jak to dawniej było w zwyczaju, dwie znakomitości przed rozejściem się postanowiły widzieć się z sobą dnia następnego. Nazajutrz zatem przed obiadem burmistrz van Tricasse we własnej swojej osobie udał się do radnego Niklaussa, ale zastał go znacznie już spokojniejszym, zaczął więc pierwszy rozmowę o tym draźliwym przedmiocie. — A co, nic nowego... zapytał. — Nic jak dotąd, odpowiedział mu Niklausse. — A doktor Dominik Custos! — Nie słyszałem nic o nim, tylko pletą coś o adwokacie Andrzeju Schucie. Po dwugodzinnej rozmowie, którą możnaby w dwu wierszach określić ale której powtarzać nie warto, pan radny z panem burmistrzem postanowili odwiedzić doktora Oxa i tam nieznacznie chwytnąć jakiego języka. Wbrew zwyczajowi znakomitości uznały za właściwe wykonać niezwłocznie to postanowienie, wyruszyli więc i udali się w stronę fabryki gazu doktora Ox, położonej za miastem, w niewielkiej odległości od owej bramy Audenardu, której wieża zawaleniem groziła. Burmistrz i radny nie prowadzili się pod rękę ale postępowali passibus aequis krokiem powolnym i uroczystym, robiąc zaledwie trzynaście cali na sekundę. Nie było w tem nic dziwnego, był to bowiem zwykły chód mieszkańców Quiquendoncu. Od czasu do czasu przy zbiegu ulic lub na spokojnym rogu której z nich, dwaj dygnitarze zatrzymywali się na chwilę, aby się odkłonić przechodniom. — Dzień dobry panie burmistrzu, odzywał się ktoś. — Dzień dobry, przyjacielu, odpowiadał mu na to van Tricasse. — Czy nie ma tam co nowego panie radny, zapytał drugi. — Nic Bogu dzięki, odpowiadał pan Niklausse. Atoli po zdziwionych jakichś minach, po niespokojnych spojrzeniach pytających można się było domyślić, że o niefortunnem zajściu dobrze już w mieście wiedziano. Z kierunku zresztą drogi w jakim pan van Tricasse postępował najtępszy nawet z mieszkańców Quiquendoncu przeczuwał że dostojny zwierzchnik miasta szedł spełnić jakąś ważną powinność. Zajście Custosa i Schuta zaprzątało wszystkie umysły, dotąd jednak nie potworzyły się jeszcze stronnictwa na korzyść jednego lub drugiego. Adwokat i doktor były to osobistości zarówno szanowane w mieście. Adwokat nie miał wprawdzie jeszcze sposobności stawania przed kratkami, bo w Quiquendonc strony skarżące i skarżone w tradycyi tylko istniały; ale za to nigdy też sprawy nie przegrał. Doktor był to znowu praktyk czcigodny, który za przykładem współkolegów swoich leczył pacyjentów ze wszystkich chorób, wyjąwszy jednę na którą się umiera. Wadliwy to może obyczaj, ale co robić skoro przyjęty przez fakultety medyczne wszystkich bez wyjątku krajów. Przybywszy do bramy Audenardu radny i burmistrz zboczyli nieco na prawo nie chcąc zanadto zaufać wieży, a następnie popatrzyli na nią uważnie. — Runie, rzekł van Tricasse. — Runie, odpowiedział Niklausse. — Żeby ją jeszcze podstęplować, dodał van Tricasse, ale w tem sęk czyż ją stęplować wypada? — Właśnie że sęk, odpowiedział Niklausse poważnie. W kilka potem minut, deputaci przybyli pode drzwi fabryki gazowej. — Czy się można z doktorem Ox zobaczyć, zapytali jakiegoś człeczyny. — Doktor Ox zawsze jest na usługi dla tak dostojnych gości, odpowiedziano im na to i poprowadzono do gabinetu sławnego fizyjologa. Wyczekawszy się z dobrą godzinę zobaczyli nareszcie doktora a zjawił się w samą porę, pan van Tricasse bowiem, co mu się nigdy dotąd w życiu nieprzytrafiło, okazał pewien rodzaj zniecierpliwienia. Doktor Ox tłumaczył się przedewszystkiem że przetrzymał panów niegrzecznie, ale pozamykać gazometry i poprawić niektóre niecierpiące zwłoki niedokładności.... Następnie dodał że rura przeznaczona do odpływu tlenu jest już założoną, zaczem w ciągu kilku najdalej miesięcy otrzyma miasto najdoskonalsze oświetlenie. Dwaj dygnitarze miasta mogli już nawet obejrzeć zresztą otwory rur które napełniały się w gabinecie doktora. — Jakiemu, rzekł potem wszystkiem doktor, jakiemuż szczęśliwemu zdarzeniu przypisać mam zaszczyt przyjmowania dziś w domu swoim, tak wysokich gości?.. — Ot tak poprostu chcieliśmy odwiedzić kochanego doktora, odpowiedział van Tricasse; bo dawno już przecie nie mieliśmy tej przyjemności. Wychodzimy zazwyczaj bardzo mało, bo nie lubimy naprzykrzać się nikomu, i prawdziwie jesteśmy szczęśliwi gdy żaden wypadek nie przerwie nam zatrudnień naszych. Niklausse spojrzał przenikliwie na przyjaciela, nigdy bo nie miał on zwyczaju rozprawiać tak długo i to bez najmniejszego przestanku. Zdawało mu się, że van Tricasse wyraża się z pewną szybkością wcale mu niewłaściwą, i sam chęć wmieszania się do rozmowy. Co do doktora Ox, ten patrzył ciągle na burmistrza swoim złośliwym bazyliszkowatym wzrokiem. Van Tricasse, który się nigdy nie odezwał dopóki się nie usadowił wygodnie w fotelu, stojący mówił tym razem. Skąd się do licha wzięła w nim taka werwa wręcz przeciwna jego temperamentowi?.. Dotąd nie gestykulował jeszcze, ale i do tego niewiele już brakowało. Radny zacierał dłonie i oddychał gwałtownie. Jego spojrzenie ożywiało się też powoli i myślał nawet poprzeć już burmistrza jeżeli okaże się tego potrzeba. Van Tricasse postąpił o parę kroków a następnie cofnął się i zasiadł naprzeciwko doktora. — Więc w jakim ostatecznie czasie, zapytał głosem dobitnym, za ile naprzykład miesięcy jesteś pan w stanie ukończyć te swoje prace? — Za trzy lub najdalej za cztery miesiące panie burmistrzu, odpowiedział doktor Ox na to. — Za trzy lub cztery miesiące, to trochę za długo, odpowiedział van Tricasse. — Tak, tak, to zadługo, zawtórował Niklausse i podniósł się także. — Z tem wszystkiem potrzeba nam tyle czasu dla ukończenia robót, odpowiedział doktor. Robotnicy tutejsi wcale nie są wprawni.. — Jakto nie wprawni! zawołał burmistrz biorący jak się zdawało słowa te za jakiś docinek dla siebie. — Wierz mi pan panie burmistrzu, powtórzył doktor Ox, robotnik francuski zrobi w jednym dniu więcej jak tutejszych dziesięciu; wszakże pan wiesz że to czystej krwi Flamandowie! — Więc cóż że Flamandowie! wrzasnął radny Niklausse. W jakim pan to znaczeniu mówisz. — W znaczeniu znanem dobrze całemu światu, odparł śmiejąc się doktor. — Co do mnie łaskawy panie, mówił sapiąc burmistrz, proszę wiedzieć że nie lubię przymówek ani docinków. Robotnicy z Quiquendonc, chciej pan wiedzieć o tem tyle są warci, co jacykolwiek inni i nie myślę dla czyjejś tam fanaberyi sprowadzać im na model wzorów z Paryża lub Londynu! Co zaś do robót o jakich mowa, proszę pośpieszyć z niemi. Bruk na ulicach wyłamano dla założenia rur gazowych a to szkodzi komunikacyi. Handlujący skarżą się bardzo a ja jako administrator i za wszystko odpowiedzialny, nie potrafię się usprawiedliwić z zarzutów najsłuszniej czynionych. — Wybornie panie burmistrzu powiedziałeś o handlu i komunikacyi, dodał Niklausse, aleć i to prawda że miasto nie może pozostać dłużej bez należytego oświetlenia. — Miasto, dorzucił doktor, które na to oczekuje już 800 czy 900 lat bodaj. — Tem spieszniej go więc potrzebuje, odrzekł burmistrz, kładąc nacisk na każdą sylabę. Inne dziś czasy i inne obyczaje! Postęp tego wymaga a my wcale nie mamy ochoty w tyle! W ciągu jednego miesiąca ulice muszą być oświetlone, inaczej zapłacisz pan karę za każdy dzień spóźnienia! A co będzie jeśli korzystając z ciemności zrobi kto jaką awanturę. — Bez wątpienia, zawołał Niklausse, iskierki tylko potrzeba aby wzburzyć Flamanda. Flamandowie to ogień! — Ale, ale, rzekł burmistrz przerywając przyjacielowi, naczelnik policyi municypalnej komisarz Passauf doniósł nam, iż jakaś dyskusyja miała wczoraj wieczorem miejsce w pańskim salonie. Czy prawda że to była jakaś kwestyja polityczna? — W istocie panie burmistrzu, odrzekł doktor Ox, który nie taił już objawów swego zadowolenia. — A czy zaszła jaka sprzeczka pomiędzy doktorem Dominikiem Custos i adwokatem Andrzejem Schut... — Tak jest panie burmistrzu, przymówki wszakże jakie były, były bez znaczenia. — Bez znaczenia, zawołał burmistrz, więc to jest bez znaczenia, gdy się powie komu drugiemu, że nie umie miarkować swych wyrażeń! Czyż pan nie wiesz że w mieście Quiquendonc wcale nie wiele potrzeba aby katastrofę sprowadzić? Cóżby się stało mój panie, gdybyś pan albo kto inny pozwalał sobie odzywać się do mnie w ten sposób?.. — Albo do mnie!... dodał radny Niklausse w tej chwili. Wymawiając te słowa tonem groźby dwaj dygnitarze z zaciśniętemi pięściami i najeżonemi czuprynami posunęli się naprzeciw doktora Ox, gotowi mu wyrządzić impertynencyją gdyby gestem albo nawet samem spojrzeniem tylko ośmielił się im zaprzeczyć. Ale doktor okiem nawet nie mrugnął... — W każdym razie, dodał burmistrz, jesteś pan odpowiedzialnym za wszystko co się dzieje w pańskim domu. Powierzono mi czuwać nad spokojnością tego miasta, nie życzę więc sobie aby była zakłócaną. Jeśli wypadki które miały miejsce powtórzą się raz jeszcze, spełnię moję powinność. Czy pan mnie zrozumiałeś? proszę mi na to odpowiedzieć mój panie! Rozgniewany van Tricasse krzyczał że go zapewne na ulicy słychać było, a podrażniony że doktor nie odpowiada na jego pytania: — Chodź panie Niklausse, zawołał zamykając drzwi z taką gwałtownością że zatrząsł całym budynkiem, i pociągnął za sobą radnego. Uszedłszy około dwudziestu kroków dygnitarze uspokoili się. Chód ich zwolniał, zapał ostygł, rumieniec z twarzy zniknął, z czerwonych stali się bledzi. W kwadrans zaś po opuszczeniu fabryki gazu, van Tricasse odezwał się do radnego Niklausse. — Ten doktor Ox to bardzo miły człowiek, co do mnie widzę go zawsze z prawdziwą przyjemnością.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Fantazyja d-ra Ox.
