Read here

Emisarjusz

Józef Ignacy Kraszewski · 1925 · Free in the US

57,501 words · about 4 h 2 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1925 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Emisarjusz&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1925
Length
57,501 words · about 4 h 2 min
Sections
28 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (28)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 1 min
  3. I about 7 min
  4. II about 2 min
  5. III about 13 min
  6. IV about 5 min
  7. V about 2 min
  8. VI about 6 min
  9. VII about 4 min
  10. VIII about 3 min
  11. IX about 4 min
  12. X about 3 min
  13. XI about 2 min
  14. XII about 2 min
  15. XIII about 4 min
  16. XIV about 4 min
  17. XV about 4 min
  18. XVI about 2 min
  19. XVII about 8 min
  20. XVIII about 15 min
  21. XIX about 6 min
  22. XX about 4 min
  23. XXI about 5 min
  24. XXII about 2 min
  25. XXIII about 5 min
  26. XXIV about 3 min
  27. XXV about 4 min
  28. XXVI about 2 min

Continue:

Front matter

B. BOLESŁAWITA

(JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI)

EMISARJUSZ

całość

B. BOLESŁAWITA

(JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI)

EMISARJUSZ

BIBLJOTEKA DOMU POLSKIEGO

5

DRUKARNIA P. K. O. | Warszawa. Bugaj 5 | Telefon 150-76.

BIBLJOTEKA DOMU POLSKIEGO

10, 20, i 30

A: IGNACY PŁAŻEWSKI

REDAKCJA I ADMINISTRACJA:

WARSZAWA, ULICA NOWOWIEJSKA 27. TEL. 219-10

ROK I

TOM XIII

Sekretarz zatopiony w księdze, z brwiami zmarszczonemi powoli podniósł głowę... Podróżny z podwiązaną twarzą skłonił mu się lekko i począł bełkotać po niemiecku. Icek patrzał to na niego, to na sekretarza, który zdawał się sprawdzać rysopis. Twarzy podróżnego dobrze rozeznać nie było można, dwoje tylko oczów czarnych, młodych, ognistem wejrzeniem tryskało z pod czoła. Ubrany był porządnie... i miał coś w sobie, co sekretarza onieśmielało. Ale nie darmo on był urzędnikiem policyjnym, mimo, że rysopis się zgadzał z paszportem, potrzeba się było podrożyć i spróbować przynajmniej coś wytargować z nieznajomego. Podróżny zdawał się na to wszystko spoglądać bardzo obojętnie. Icek podszepnął po niemiecku: — Jemu trzeba jeszcze co dać, a nie to będzie nudził. Nieznajomy głową kiwnął. Sekretarz tymczasem wszedł z paszportem do pokoju, w którym ratując się przeciw spleenowi i nudom, sprawnik z policmajstrem grali w ekarte. Spostrzegłszy sekretarza Paramin, który nie cierpiał, aby mu przerywano, podniósł głowę markotny i gniewny. — Czego ty chcesz! Jak ty śmiesz... Sekretarz za całą odpowiedź podsunął paszport. — No, to podpisz go i idź do sto tysięcy djabłów.. — Podpisz, nu tak — rzekł sekretarz — ale to zagraniczny cudzoziemiec. — Co? kto? kto taki? — Zegarmistrz... — Pal go licho razem z tobą! — A jeśli podejrzana jaka osoba? — To twoja rzecz... wypytaj go... — Mówi tylko po niemiecku, — Puszczaj go... jak Niemiec, nie może być podejrzany... Czyj poddany? — Pruski poddany. — A jak ty śmiesz głupi wstrzymywać pruskiego poddanego? hę? Ty wiesz... o głowo, ty głowo... z uszami długiemi... że król pruski krewny Najjaśniejszego Pana, że my z Prusakami w przyjaźni... — Ale ja polityką się nie zajmuję... — To idźże precz... i ruszaj pókiś cały. Sekretarz pokiwawszy głową wyszedł bardzo powolnie. — Czortże jego wie — rzekł w duchu — pruski poddany... zapewne że to coś znaczy... a jakby mieli Prusacy się gniewać?... Zdecydowany podpisać paszport szedł, ale chętka wyzyskania zręczności nadawała mu minę zasępioną i groźną. Z tą miną ukazał się we drzwiach i kroczył ku stolikowi, na którym leżący rubel oczy jego uderzył. Argument ten poskutkował i sekretarz zajął się położeniem wizy, pieczęci policyjnej i własnego podpisu. Mrok padał i podróżny już miał wychodzić, gdy w przyległym pokoju dały się słyszeć głosy. Pułkownik Paramin żegnał się ze sprawnikiem, i wysoka postać naczelnika powiatu nagle ukazała się w drugich drzwiach. Sprawnik szybko przechodził kancelarję, ale miał czas rzucić okiem na stojącego w płaszczu pruskiego poddanego, oczy ich się spotkały. Podróżny nie się wcale, tylko sprawnik na chwilę przystanął, zdawało się, że przestraszony chce wrócić, trwało to mgnienie oka tylko, rzucił okiem jeszcze raz na stojącego w progu i wyszedł. W sieni jeszcze się jakby rozmyślając zatrzymał, puścił dym z cygara i machnąwszy ręką zawołał na śpiącego woźnicę: — Podawaj! Wańka przebudzony zaciął konia, na co mu ten równie zdumiony odpowiedział wierzgnięciem i błotem, ale dorożka zajechała... a sprawnik rzucił się w nią i ruszył z kopyta. W chwilę potem podróżny z Ickiem wydobył się z kancelarji policmajstra i znikł w pomroce ulicznej, brnąc przez grząskie ulice. Była to godzina dziewiąta, noc czarna z deszczem i mgłą pokrywała już na pół uśpione miasteczko, gdy wysłany na pocztę inwalida, — opóźniwszy się mocno z worem skórzanym pełnym papierów wcisnął się do kancelarji. Sekretarz właśnie na tę nieszczęśliwą pocztę do tak późna oczekiwał zniecierpliwiony. Samowar nastawiony oddawna, czuła żona oczekująca nań w towarzystwie podporucznika Miłuszyna, ciepła izdebka i wypoczynek — uśmiechały mu się napróżno. Zobaczywszy więc na progu inwalidę, sekretarz zrzucił pychę z serca i pobiegł mu pomagać do rozpakowania poczty. — Czegoś ty się spóźnił? niegodziwy? — Ja się spóźnił, Wasze Błahorodje! Ja? ja się nie spóźniłem, ale poczta, bo około Jarmuszowa zagrzęzła, przywieźli tylko rządowe papiery na koniach, a reszta w błocie... — Dawaj! W mgnieniu oka doświadczony czynownik rozebrał paczki, porozrywał koperty, rozrzucił i poklasyfikował papiery. Aż trzy pisma, do których lakiem poprzylepiane były piórka, oznaczające pośpiech, z jakiem lecieć były powinny, a na których kopertach stało: uderzyły oczy przerażonego sekretarza. Nadzwyczaj rzadko coś podobnego trafiło się odbierać miejskiej policji, aż tu trzy naraz pisma sekretne. Nie wiedzieć dlaczego ręce zadrżały sekretarzowi. — Stój przy progu i pilnuj, ja muszę do policmajstra — zawołał, pochwycił trzy i z miną ważną wszedł do pokoju, w którym pułkownik z wyciągnionemi nogami, w szlafroku, z cygarem zabawiał się trafnemi żarcikami z guwernantką swoich dzieci. Jeśli nie miłem mu było wdarcie się w jego kółko prywatne, gdy grał ze sprawnikiem, stokroć bardziej oburzającym wydał mu się sekretarz, napastujący go o godzinie dziewiątej, odpoczywającego po trudach. Zmarszczył się jowiszowym gniewem... ale nieustraszony sekretarz podał mu trzy pisma sekretne i świecę. Pułkownik nic nie mówiąc rozerwał pierwszą kopertę... popatrzył chwilę i pokiwawszy głową odłożył ją na sofę... nastąpiła druga... brwi się namarszczyły, ręka zadrżała; ruszył gwałtownie ramionami i odłożył ją widocznie zaniepokojony. Ale trzeci papier, trzeci, który mu pozostał na zakąskę... tak go przeraził, iż porwał się nagle z kanapy, obłąkanym okiem powiódł po pokoju, chwycił się za głowę i jak szalony wyleciał do kancelarji. Sekretarz ledwie mógł za nim podążyć, blady jak chusta i drżący. Policmajster wyrwany z łona rodziny, piorunem wpadł do kancelarji, widocznie sam nie wiedząc co począć, zatrzasnął drzwiami za sobą, pochwycił się za głowę. — Słuchaj... na odwach natychmiast sześciu ludzi... z bronią... rozumiesz... — rzekł do inwalidy. — Powiedz kapitanowi, że jeśli w pięć minut nie będą tu... czynię go za następstwa odpowiedzialnym, rozumiesz... sześciu ludzi, z bronią. — Słyszę — rzekł równie przerażony inwalida zabierając się do wyjścia. — Adamie Prokopowicz — zawołał rzucając papierami o stół policmajster — nieszczęście! zguba... Bież do Hryszy, niech mi tu poda mundur, szpadę... każ konie zaprzęgać... Mówię ci... ty, ja... wszyscy pod sąd! Nieszczęśliwa godzina... Przynieś mi butelkę z wódką. Powiedz matronie Iwanównie, niech mi się żadna baba na oczy nie pokazuje... Sekretarz stał, słuchał i na wiarę starszego ręce łamał nad nieszczęściem, którego głębiny sam jeszcze zmierzyć nie mógł. — Ale ja głowę tracę... — krzyknął pułkownik. — Adam Prokopowicz... tak... nie... ja idę się ubierać... ty przeczytaj pismo sekretnie... mów, pomagaj... co robić, a nie to i ciebie i żonę i wszystkich djabli pobiorą... Paramin wyszedł, a sekretarz rzucił się chciwie na sekretne i bardzo ważne papiery. Pierwszy z nich oznajmywał pułkownikowi, aby z powodu rozgałęzionego w guberniach zachodnich spisku, dawać jak największą baczność na przejeżdżających podróżnych, ich paszporta i listy pocztowe. Już nad tem pierwszem Adam Prokopowicz począł głową trząść, nie umiejąc pojąć i przypuścić, jak na świecie znajdować się mogli ludzie tak zuchwali, tak niegodziwi, którzy spiski knuć śmieli przeciwko rządowi. Drugie pismo było jeszcze gorsze... Wskazywano w niem policmajstrowi, iż przez powiat i miasteczko wiodła droga, którą wedle wszelkiego prawdopodobieństwa uciekający z Kijowa zbrodniarze przesuwać się mieli... rozkazano postawić straże na rogatkach, nikogo nie puszczać bez papierów, a szczególniej dawać baczność na ludzi podszywających się pod nazwisko i paszporty cudzoziemskie. Zimny pot wystąpił na czoło sekretarza... — Dla tych ludzi niema nic świętego! — zawołał — paszport! niegodziwi! Trzecia odezwa, na której wierzchu stała przestroga: e, zawierała rysopis głównego sprawcy, słowo w słowo zgadzający się z rysopisem przed chwilą wypuszczonego zegarmistrza... Dodawano, iż mógł on mieć paszport niemiecki, a nawet pruski... Sekretarz ręce załamał. — No tak! — krzyknął — to był on! to był on, ja miałem dobry nos... a pułkownik politykował. Co nam do polityki. Jego trzeba było zaraz w kajdanki... i na odwach... do turmy... to był on... a teraz... szukaj wiatru w polu... Dowiedzą się, że myśmy go przepuścili, że ja mu paszport wizował, złapią go i mój podpis znajdą... tak ja przepadł... przepadł! przepadł! Sekretarz zrozpaczony zakrył sobie oczy, instynktowo pobiegł do kąta za stołem, dobył butelkę, odkorkował i napił się rumu, który w takich zrozpaczonych wypadkach jeden tylko utraconą przytomność przywrócić może. — Boże, miej miłosierdzie nademną! — zawołał, obracając się do kąta, w którym przed obrazem Zbawiciela słabo świecąca gorzała lampeczka. Rum i modlitwa dodały mu otuchy. — Ależ nie może być, żeby on w taką noc czarną dokąd wyjechał? Z bólem zębów! Ba! Jego tak zęby bolą, jak mnie... to udane... Nie! my jego złapać musimy... Pan Bóg łaskaw! Bylem go ja złapał... paszportu i wizy śladu nie zostanie. Miał znowu otuchy szukać w butelce, gdy pułkownik, który się był ubrał na prędce i pokrzepił koniakiem, wpadł przypasując szpadę. — Żołnierzy niema... minut dziesięć... a żołnierzy niema. — My jego złapiemy tego niegodziwca... on musi być w mieście — noc czarna, jak piekło i deszcz... on nie pojechał! — Głupi, taż to właśnie noc do ucieczki... Sekretarz chwycił się za włosy... Zastukało w sieniach. W progu ukazał się podporucznik Samojleńko, a za nim karabiny żołnierzy. — Co tobie pułkowniku — zawołał śmiejąc się w progu młody wojskowy — czego ty nas po deszczu i błocie niepokoisz... nie pora to tobie spać! Ale spojrzawszy na twarz bladą i usta drżące Paramina, Samojleńko zamilkł i domyślił się, że sprawa była ważna. — Konia z siodłem... podawaj konia! — krzyczał pułkownik... — Co się stało? Co to jest? — Nic — sprawa rządowa... aresztant bardzo ważny... dzieło polityczne... żołnierze pójdą za mną, obstawią dom, który pokażę, i nie wypuszczą z niego nikogo... a jeśliby się chciał wymykać... chwytać... bodaj zabić! Koń stał przed gankiem równie zdziwiony jak dieńszczyk, co go wyprowadził — oba ziewali. Sekretarz zakasawszy spodnie, miał z zakrytą latareńką prowadzić żołnierzy... Wszystko co było na policji miejskiej ruszyło na wielką wyprawę. Deszcz lał nielitościwy.

W sprzeczności z ruchem, jaki panował około mieszkania policmajstra, miasteczko przedstawiało widok obumarły i uśpiony. Gdzieniegdzie błyskało mdłe światełko łojowej świeczki, odbijające się malowniczo w błocie i kałużach. Bramy domostwa były pozamykane, ciszę głęboką przerywał tylko plusk deszczu

i woda płynąca z dachów rynien. W ulicach ani żywego ducha... Sklepy się oddawna pozamykały... Z szynków tylko i to nie wszystkich przez szpary okienic świeciło. Policmajster nie zważając na niebezpieczeństwo, gdyż w miasteczku pieczy jego powierzonem w ulicy po nocy wyśmienicie kark skręcić było można, wśród jam i pływających po błocie dylów, szybko posuwał się ku domostwu Nysonowiczów. Był to jeden z najwygodniejszych domów zajezdnych, który jednemu tylko, grubego Lejzora, ustępował pod względem powierzchowności. Niegdyś była to słynna winiarnia, dziś niestety nie szczycąca się już ani Tokajem dawnym, ani Zieleniakiem czystym... Sprzedawano tam jeszcze Maderę i Porter, ale bodaj czy nie krajowego przemysłu owoce. Dom pogrążony był w ciemnościach, okiennice pozamykane, brama zatarasowana. W milczeniu opasano go, ustawiono żołnierzy u wszystkich wnijść, pod oknami, w około... a policmajster trzymając za rękojeść szpady poruszył mocno furtkę, w przekonaniu, iż była zamknięta. Ten wysiłek zbyteczny o mało nie stał się przyczyną upadku w progu, gdyż drzwiczki otworzyły się z niespodziewaną łatwością, a pułkownik wpadł we wnętrze ciemne, ledwie się trzymając na nogach. Ogarnęła go noc... i krzyknął urzędowym językiem: — Światła!... Na głos ten znany ruszyły się w izbach żydówki i żydzi. Czworo drzwi otwarto razem i cztery smugi światła padły w sieni ciemne i puste. Policmajster pod wrażeniem strachu, niepokoju i srogiej odpowiedzialności, jaka go czekać mogła, rzucił się na pierwszego żydka, który mu się nastręczył, pochwycił go za gardło i zawołał głosem od gniewu stłumionym: — Gdzie podróżny? mów... gdzie podróżny!... domostwa zbiegli się mieszkańcy, otaczali pułkownika, sam bardzo poważny gospodarz nie mogąc pojąć co się stało, ale widząc go zagniewanym, uchylił jarmułki i spytał: — Kogo jasny pan szuka? — Buntownicy! spiskowcy... ja was nauczę. Gdzie podróżny? — Jaki podróżny? Wtem sekretarz w trop idący za Paraminem, postrzegł Icka i przyskoczył do niego. — Aha! już wy teraz nie wiecie jaki podróżny... Szarańcza jakaś! Jaki podróżny? a ten, z którym przychodziłeś na policję. — A waj! Proszęż jasnego pułkownika do pokoju — rzekł gospodarz. — Gdzie podróżny? — wołali pułkownik i sekretarz. — A! proszę jasnego pana, cóż my winni... podróżny się meldował, my jego zaprowadzili na policję, pan sekretarz jemu paszport podpisał. — Wziąć jego do turmy — krzyknął pułkownik, wskazując na Icka. — Albo ja mogę wiedzieć, gdzie on jest... Jak jemu paszport panowie podpisali i nacisnęli pieczęci, poszedł sobie furę szukać. Temu będzie godzin trzy, jak go tu nie słychać. Paramin porwał się za głowę... — Kłamiesz — zawołał do żyda. Stary Nyson obraził się, ruszył ramionami i rzekł powolnie: — Niech panowie sobie jego szukają... Trzech żołnierzy z karabinami pokazało się od strony wrót. Oficer, sekretarz, dwóch policjantów poszli dom rewidować... Podejrzanego podróżnego wielce, nie było ani śladu.

Po nader pracowitem przeplądrowaniu domu, a nawet lochu, z którego kilka butelek naturalnie

wynieśli... po zbadaniu posługaczów wytoczyło się protokularne śledztwo. Okazało się z zeznań Icka, młodej Ryfki, która rybę nosiła podróżnemu, i wnuka gospodarza, który chodził na próżno namawiać go na butelkę wina... iż podejrzany ów mężczyzna przybył zrana, że mało co jadł, że nie pił wcale, iż się z nim i jego niemczyzną rozmówić nader było trudno, że miał z sobą kilka czy kilkanaście pięknych zegarków, że w czasie pobytu zupełną okazywał spokojność, chociaż widocznie się śpieszył z wyjazdem. Dokąd i skąd jechał? pozostawało nierozwikłaną zagadką. Sekretarz, który paszport wizował, nie rzucił okiem baczniejszem na poprzedzające podpisy i daty. W każdem innem małem miasteczku z kierunku ulic można było wnosić, od której świata strony przyjechał podróżny i w którą się udał — tu oblane wodą dokoła ruiny miały tylko jedną drogę — którą się do nich wjeżdżało i wyjeżdżało. Na ten raz wszakże policmajster natężył wszystkie władze umysłowe... rozkazał podać sobie świecę i zaprowadzić się do izby, którą zajmował podróżny. Rachował na to, iż tam może znajdzie jaką poszlakę... Pokój, który ów tajemniczy podejrzany człowiek zajmował, szczęściem po oddaleniu się jego nie był zamiatany. Paramin wiodąc za sobą sekretarza, wszedł doń zaostrzając wszystkie swe władze... Jedno okienko, jeden stolik, sianem wysłane łóżeczko, które zachowało wycisk ciała co na niem spoczywało, stołek wysunięty ku środkowi pokoju — oto co spostrzegł na pierwszy rzut oka policmajster... Sekretarz wzdychał, ćmiło mu się w oczach, nie widział nic, w uszach tętniały wyrazy — „Pod sąd!“ Wiedział dobrze, iż wina cała na niego spadnie, choć Bogiem a prawdą, reflektował naczelnika swojego na to, że podróżny był cudzoziemiec zagraniczny. Policmajster chodząc ze świecą, nagle rzucił się z nią zaglądając pod łóżko.. Za niem na podłodze, leżały kawałki podartego papieru. Sekretarz odgadł o co chodziło, ukląkł i pozbierał je jak najstaranniej. Papiery były zmięte i podarte, ale na nich tu i owdzie stały urywane wyrazy po polsku pisane. Paramin uderzył się w czoło. — Wołać mi tu Icka. Sekretarz przyciągnął go natychmiast za kołnierz, przestraszonego. — Odpowiadaj... a prawdę... prawdę! bo zginiesz... Czy izba była wymieciona wprzód, nim ją zajął podróżny? kto ją przed nim zajmował. — Przed nim? a waj! stał pan Stecki... a czy była wymieciona? pewnie że była wymieciona... — A pod łóżkiem? — Nu... wszędzie... siana nie było nawet na łóżku a waj... — Otóż co jest — rzekł zbierając kawałki papieru Paramin — niemiec... a papiery po polsku. Sekretarz tragicznie ręce załamał. — Tych żydów powywieszać! wszystkich na Sybir... są w spisku z politycznymi przestępcami... ot co! — krzyknął policmajster. — I jak być może, żebyście nie wiedzieli dokąd pojechał? przecież mówił? pytał? szukał koni... — On jechał, a przynajmniej gadał, co ma jechać do Dubna — zawołał Icek. — A! to ty teraz już wiesz — ryknął pułkownik — do tiurmy z nim! a pod rózgami powie nam wszystko. Icek począł płakać. Policmajster skinął, uprowadzono go... zabrano papiery. — Koni pocztowych! na gościniec do Dubna! — zawołał — żywo... Sekretarz już szedł do drzwi. — Panie pułkowniku — zawołał, zwracając się nagle — jeśli to taki łotr... to on umyślnie mówił, że do Dubna pojedzie, a pewnie licho go wie, dokąd się wybrał. Trzeba go ścigać po wszystkich gościńcach. Pułkownik milczący głową kiwnął. — Do sprawnika! Nie ma co się rozmyślać, trzeba użyć najgwałtowniejszych środków. Domawiał tych słów, gdy szmer zrobił się w sieniach i wysoka postać kapitana sprawnika niespodzianie ukazała się na progu. Dwaj przyjaciele zmierzyli się oczyma i zrozumieli wejrzeniem. Sprawnik natychmiast skinieniem za drzwi wszystkich wyprawił. — Wiecie co się dzieje! — rzekł Paramin gdy zostali sami. — Cyt! cyt! bez wrzawy! na co było robić tyle hałasu. — Ale wiecie? — Wiem pewnie więcej niż wy! Odebraliście pisma sekretne. Sprawnik ruszył ramionami. — Przecież cały powiat na mojej głowie. Aleksy Iwanowicz... ważne nadchodzą wypadki... trzeba się wziąć za ręce. Podali sobie dłonie milczący. — Wy już jedno zrobiliście głupstwo. Policmajster westchnął. — Czortże wiedział co to za ptaszek! — Ja go widział wychodząc od was i ja wam mogę teraz na śmiało powiedzieć, co to za ptak, bo ja go znam dawno. — Wy go znacie? a czemuż? — Cyt — ktoby się był mógł domyśleć, że ta bestja skazana na Sybir za politykę... ośmieli się tu pokazać. Paramin usłyszawszy te słowa, rzucił się rozpaczliwie. — Cicho, cyt... sza... Aleksy Iwanowicz... cicho... nikt o tem wiedzieć nie powinien — zniżył głos. — A no! tak! ja go znam dobrze. Bestja ta spiskowała już w roku 1831, był wzięty, sądzony w Sybir i wyrwał się w Żytomierzu z więzienia i drapnął za granicę... Ktoby mógł pomyśleć, że on tu po tylu latach głowę przyniesie? — Wyście go znali? — O! o! doskonale! zestarzał, zmężniał, ale jak na mnie spojrzał, poznałem go odrazu. Stanąłem, chciałem zaraz do was powrócić i przestrzedz... ale mi wstyd było — a nuż się omylę i wrzawy narobię. Wówczas jeszcze nie nadeszły pisma sekretne... o spisku nie wiedziałem... Myślałem, że djabeł do djabła podobny... Sprawnik westchnął. — A mam do niego ząb! oj gdyby mi się w rączki dostał. I mam nadzieję, że się dostanie... bo wiem, gdzie go szukać. Paramin porwał się go ściskać. — Aleksandrze Piotrowicz — zawołał — ja twój na życie i śmierć... bierz konia bułanego, rysaka... a ratuj mnie i nie gub moich dzieci. — Bądź spokojny — odparł sprawnik — jutro mi rysaka przyszlij i nie mów nikomu słowa. Trzeba powiedzieć zaraz, że to była myłka, że się pokazuje, że to człowiek nie podejrzany... a ja resztę biorę na siebie. Konie pocztowe zajdą... ja natychmiast w powiat jadę... a ty... pilnuj się w mieście... To mówiąc sprawnik, który miał więcej taktu i mocy nad sobą, począł się śmiać głośno wychodząc... aby głos jego słyszano. — Pusta rzecz! — rzekł na progu — pusta rzecz, głupstwo, zegarmistrz, tak, Niemiec, zegarmistrz! Odprawcie żołnierzy, niema o co robić sprawy. Żydka wypuścić. Sekretarz zdziwił się nowemu obrotowi, ale nic nie rzekł. Paramin westchnął i wszystko powoli się do domów, ale sprawnik nie tracąc chwili, z dwoma żandarmami siadł na bryczkę pocztową i nocą pojechał. Dokąd? nie wiadomo. Są w prowincjach Polski, które się dostały pod panowanie Moskwy, wioski mające skutkiem podziałów, zwanych eksdywizjami, które wierzycielom za długi wydzielały ziemię i włościan — tak porozdrabiane własności, iż w jednej części po pięć i sześć szlacheckich dworków się spotyka. Trafia się, iż za niewielki dług dostał ktoś kilkanaście morgów i jednego chłopka, z którym na współ około gospodarstwa pracować musiał. O parę mil od miasteczka wzmiankowanego, u brzegu rzeki, spotyka się właśnie jednę taką osadę, liczącą ośmiu panów, po większej części tak prawie ubogich jak włościanie. Pobudowane naprędce liche między chatami dworki mieszczą tych nieszczęśliwych męczenników, mrących na swych dziedzictwach z głodu. Dla ziemskiej policji owego czasu tego rodzaju podzielone posiadłości były niemałym kłopotem, ale też i najpewniejszą pastwą. Tu ona mogła dokazywać bezkarnie, a że powodów do przyczepek nie brakło, nie było prawie dnia, żeby tu sprawnik, asesor, lub choćby jaki pisarczyk nie gościł. Podatki rzadko kiedy opłacane, rekruckie spłaty, zaległości wszelkiego rodzaju, podwody, szarwarki spadały jak grad na bezbronnych, bo ubogich, którzy się opłacać musieli groszem i zbożem od nieustannych napaści. Najznakomitszą zwykle figurą po takich włościach bywał arendarz, bo karczma, z której dochodem dzielili się dziedzice, znajdowała się jedna, a zręczny propinator rządził, mając grosz, panami i włościanami. On tu właściwie królował. Tak było i w Olszowie, gdzie arendę trzymał oddawna bogaty żyd z miasteczka Froim Dubieńczyk, zręczny i zabiegły, handlarz razem i szynkarz, kapitalista i spekulator. Najuboższym z właścicieli był podówczas stary Zacharjasz Zeńczewski, niegdyś rządca dóbr, plenipotent, dziś złamany chorobą i dogorywający kaleka. Miał on jednego tylko włościanina, któremu daleko się lepiej wiodło niż panu. Od lat kilku złożony chorobą, Zeńczewski z łóżka się nie ruszał, stara kuzynka, panna Róża, dzieliła jego losy, głód i kłopoty. Dworek Zeńczewskiego na samym końcu Olszowa, z chaty przerobiony, do chaty też był podobniejszym niż do szlacheckiego domostwa. Stał na pagórku nagim, obwiedziony lichym płotem i osadzony krzakami karłowatych wiśni i bzów dzikich. Obórki i stodółki na pół odarte opasywały go dokoła. Wogóle siedziba ta przedstawiała obraz nędzy i opuszczenia. W dworku sień bez podłogi, na prawo izba czeladnia, na lewo pokój jeden, alkierz i bokówka składały całe pomieszkanie. Mimo późnej nocy i słoty, jeszcze się w tej biednej chacie świeciło... Stary Zeńczewski sypiać nie mógł, cierpiał mocno... a panna Róża dosiadywała przy jego łóżku. Schludnie tu było, ale nad wszelki wyraz ubogo i nędznie... sprzętu mało i biedny... Na stoliku płonęła świeczka łojowa w lichtarzu, zakryta nieco od strony łóżka; na pościeli bladą twarz widać tylko było z siwą brodą i zamkniętemi oczyma. W nogach na krzesełku twardem zadumana siedziała niemłoda kobieta, wynędzniała, zmęczona, ale spokojnego wyrazu twarzy. Zdawało się, że nieszczęście długie już ją z sobą było oswoiło. Na kolanach trzymała książkę do nabożeństwa, ale stary drzemał. Panna Róża modliła się po cichu. Nagle ciężkie westchnienie wyrwało się z piersi chorego; otworzył oczy. — Co jegomości jest? Zeńczewski powiódł wzrokiem dokoła. — At, marzyłem, moja dobrodziejko, ale dziwnie... dziwnie... Bogu niech będą dzięki i za ten sen. Oboje westchnęli. — Spojrz dobrodziejko na zegarek, czas mi się wlecze... czy późno? — Ósma — odpowiedziała panna Róża, zbliżając się do srebrnego kieszonkowego zegarka na stoliku. — Dopiero ósma... byłem pewny, że już około północy. Zamilkli — w dziedzińcu pies począł naszczekiwać mocno. Starzec podniósł głowę i słuchał. Szczekanie psa poczęło się od progu. Stary Bryś pobiegł aż do bramy ujadając, chwilę jeszcze odzywał się, potem nagle zaskomlił i umilkł, potem jakby radośnie parę razy zaszczekał, zbliżając się do dworku i wszystko ucichło. Panna Róża wstała powoli i wyszła zaciekawiona do sieni. Widocznie ktoś przyszedł — i ktoś być musiał znajomy, bo pies by go nie dopuścił. Ale o tej godzinie? Któżby to mógł być? Do dworku ubogiego i we dnie mało kto kiedy się zjawił. Starzec nic nie mówił, ale oczy trzymał otwarte i wzrok mu błysnął jakby ciekawością jakąś i nadzieją. W sieniach było ciemno, panna Róża po cegłach dobrze znanych sobie przeszła sionkę pełną wody deszczowej, drzwi od podwórza były uchylone, naprzeciw w izbie płonęło łuczywo i stara Pryska, drzemiąc, siedziała przy kądzieli. Ale nie była sama, twarz jej rozbudzona nagle wyrażała przestrach, wrzeciono wypadło z ręki... przed nią stał mężczyzna nieznajomy obwinięty w płaszcz, którego spuszczoną rękę Bryś lizał. Panna Róża równie zdumiona osłupiała w progu. Nie tyle podróżny ów, co łagodność psa dla niego — dziwiła ją. Bryś był nieubłaganym zwykle i nikomu, szczególniej nocą do drzwi się zbliżyć nie dawał — co znaczyła ta jego pobłażliwość dla człowieka obcego... Zupełnie obcego gdyż panna Róża napróżno się wpatrywała w niego... zdawało się jej, że go widzi pierwszy raz w życiu. Przybyły stał niemy i zmieszany. Blady odblask palącego się łuczywa rzucał mdłe światło na twarz podwiązaną i czarne ogniste oczy. — Przepraszam panią — odezwał się wreszcie niepostrzeżony znak jej dając — zabłąkałem się, wiozący mnie człowiek wywrócił — chciałbym się osuszyć nieco. Na pierwszy dźwięk tego głosu panna Róża już otwarła usta do krzyku; gdy powtórny znak jej dany, wstrzymał ten objaw podziwienia, ale zaczęła drżeć, sparła się o drzwi i wyrazu długo z ust dobyć nie mogła. Wzrok jej wlepiony w nieznajomego osłupiał. Widocznie sama nie wiedziała co począć, po chwili dopiero na słabym, drżącym głosem wymówione zdobyła się wyrazy: — My tu... panie... we dwoje z chorym starcem... zimno... Niech pan się zatrzyma... ja go spytam. Siądź pan... chwilę... ja pójdę... Mówiąc to, jąkała się, chciała iść, wracała, sama nie wiedząc co robić, załamała ręce, patrzała na nieznajomego, który upadł na ławę i zamilkł, spuściwszy głowę. Nareszcie wyszła do sieni i tu stanęła jeszcze, namyślając się co począć dalej a po chwili dopiero otwarła drzwi do pokoju chorego, którego wzrok bystry spotkał ją na progu... Stary podparty na łokciu, niespokojny, jakby przeczuwając coś, patrzał w nią jak w tęczę. Panna Róża stała niema. — Nieznajomy — podróżny... zbłądził... prosi... — Wiem, wiem... prowadź go tu, niech przychodzi, wiem! — gorączkowo zawołał stary. — Wiesz? — zapytała zdziwiona Róża... — Wiem... śniłem... to on... Cicho... niech przyjdzie... o Boże... Słabo zrobiło się biednej kobiecie, ledwie mogła obrócić się i wynijść opierając o ściany. Stary cały podniósł się, ręce wyciągnął, dyszał i powtarzał cicho do siebie: — Miłosiernym jesteś Boże... to on... będą go więc oglądać jeszcze oczy moje... To on... Ale czy się mam cieszyć? Co za szaleństwo... skazany... zbieg... o Boże!... dla mnie... szubienica... zakrył oczy, ale drzwi skrzypnęły, odrzucił ręce prędko i wyciągnął. — Paweł! — zawołał, zaledwie ujrzawszy postać, która się wstrzymała w progu. W milczeniu szybkiemi krokami nieznajomy pobiegł do łóżka i padł na kolana, nie mówiąc słowa. Ręce starca spoczęły na jego ramionach, a usta na czole... i starzec począł płakać. Płakali oba, a panna Róża stojąc obok zachodziła się od stłumionego płaczu... Ale jej troskliwość i przytomność wywiodła ją natychmiast do izby czeladniej. Obawiała się, aby Pryska nie podpatrzyła ich, lub nie podsłuchała. Kazała więc ognia naniecić — chciała coś ciepłego zgotować. Ale co? w ubogiej chacie nie było czem przyjąć podróżnego. Przystawiono do ognia trochę mleka, była resztka zczerstwiałego chleba... Uspokojona obojętnością sługi, która mrucząc łupała łuczywo, powróciła do izby starego. Przybyły klęczał jeszcze u jego łoża, oba płakali, urywanemi wyrazy mówiąc niezrozumiale. — Paweł! — powtarzał starzec — siadaj! odsłoń twarz, niech cię widzę... ostatni to raz oglądają cię oczy moje... ostatni... Bóg wielki... ale mógłżeś narażać się, aby przybyć do mnie. — Nie mówmy o żadnem niebezpieczeństwie — cicho odparł podróżny, powitawszy dopiero płaczącą kobietę, która nań z trwogą spoglądała i miłością macierzyńską — nie mówmy. Jam przywykł do walki, do biedy i do takiego życia. Nic mi się nie stanie, mój ojcze. Ojczyzna wołała, kazano dostać się do kraju... musiałem... a korzystając z tego przyszedłem cię zobaczyć... uścisnąć... i choć chwilę przebyć z tobą. — O mój Boże — zawołał stary — ale jakże ty potrafisz się stąd wydobyć, wiesz jak pilnują... tu cię znają, tu każdy krok, to groźba śmierci. — Niemam też powodu z mojem życiem się drożyć, ojcze drogi, choć — nie obawiam się o nie. Nauczyłem się wygnaniem zwodzić najbystrzejszych, przekradać, wymykać i znikać. — Ale tu, gdzie cię znają? — A jednak — uśmiechnął się podróżny. — Mówmy o tobie, ojcze. — O mnie? Cóż ja ci powiem? Spójrz, widzisz... dożywam dni ostatka... leżę... modlę się... anioła stróża mam w niej... — dodał wskazując kobietę. — Żyłem tylko nadzieją wieści o tobie... czułem, że żyjesz, ale nie wiedziałem co poczynasz... czułem, że cię przed zgonem oczy moje zobaczą, choć rozum się temu sprzeciwiał. Ale widzę cię i strach mię przejmuję... drętwieję. — Ojcze — rzekł Paweł ze spokojną rezygnacją — nie lękaj się o mnie, ja życie dawno oddałem sprawie narodowej, do niej ono należy. Ofiary mojej nie cofnę. Wymówiłem tylko sobie, abym ciebie mógł widzieć. — Mój ty dobry, Pawle, poczciwe, zacne, dziecko, mów — rzekł stary — jak się tobie wiedzie? — Pytać, o to wygnańca, emigranta, włóczęgę, czyż można? Żyję, ale żyję cały myślą o ojczyźnie i pracą dla niej. Nędzę znosimy, idziemy popychani... znosim. Przyjmowano nas tryumfami, przeprowadzano okrzykami, wszystko to ustąpiło rzeczywistości smutnej, nadeszła obojętność... Jesteśmy wśród obcych, braci nie ma! Ja nauczyłem się zegarmistrzostwa, żyję z tego jakokolwiek. Ale dziś nie o tem myśleć... dziś w kraju się coś gotuje... potrzeba było śmiałych, aby wejść mogli i przenieść rozkazy i wieści — poszedłem. — Na zgubne imię — rzekł stary. — Wiem — odparł Paweł — ale zginąć dla świętej sprawy — możeż być co szlachetniejszego?... — Tak! — rzekł stary podnosząc rękę. — Myśmy całem rodem ze zrządzenia Bożego przeznaczeni byli na cierpienia i zgubę. Pradziad twój miał dobra znaczne, dziad wychował się na łasce, ojciec żył z ciężkiej pracy i zmiera w nędzy... a ty... — Ale się z nas żaden nie splamił — dodał Paweł — szczęście nie jest zadaniem człowieka, jest trafem w życiu. — Mów mi o sobie — rzekł stary — mów. — Mój ojcze, wszystko ci już powiedziałem... resztę mówi moja przytomność na tej ziemi. — Gdzież się podziejesz? Co myślisz?... — Nie wiem... mam papiery ważne, mam polecenia... zdaje się, że część spisku już odkryto, ścigają niektórych. Moje posłannictwo tem większe. Jak z niem sobie rady dam, to Bóg wie jeden. Wierzę w opatrzność jego. A jeśli zginąć mi przeznaczono... nie zlęknę się... Wpadłem tu, bom cię chciał widzieć koniecznie, bądź co bądź, aby wziąć błogosławieństwo twe na życie, pracę lub śmierć... ale i tu... długo pozostać nie mogę. Niepowiodło mi się... — Cóż się stało? — Nic... ale mam wątpliwość, że mi coś tu zagrozić może... Zaledwie przybyłem do Łucka, kazano mi paszport meldować w policji, nie mogłem się temu opierać, aby nie ściągnąć podejrzeń na siebie. Kazano mi się stawić osobiście...nieszczęście chciało, żebym tam spotkał... — Kogo? — spytał niespokojnie stary. — Szuwałę... — Szuwałę! Poznał cię? — Nie wiem. Spojrzał, zadrżał, zatrzymał się, zawahał i odszedł. Ale bądź co bądź nie jestem już pewnym, ani tu, ani w okolicy. Jeśli najmniejsze powziął podejrzenie będzie mnie tu szukał. — Gdyby był poznał — rzekł stary — nie puściłby cię. — Tak się i mnie zdawało... Ale ten człowiek nienawidzi nas, jeśli myśl utkwi w nim, pośle tu szpiegów, będzie szukał i nie przepuści mi — — Jemum winien, że leżę na tym barłogu — odparł stary — jemu, żem zniszczony... Nie mam pokoju od niego. Nielitościwy... Jeśli tak jest, nie baw tu... uchodź... ale gdzież się obrócisz? Paweł podumał. — Nie wiem... potrzeba mi w głąb kraju się przerznąć, w stronę Polesia pińskiego, mam wskazane domy... drogi. Bylebym z tej okolicy ujść mógł ku Majuniczom... tam mnie skryją... O mój ojcze, nie mówmy o mnie — mówmy o tobie... W tej chwili biedna Róża przyniosła z kuchni parzone mleko w garnuszku i chleba kawałek... Na łzy się jej zbierało, że tak ubogo przyjąć musiała gościa tak drogiego, ale w domu nie było nic... a posyłać o tej porze do arendarza było to zwrócić uwagę. — Mój kochany Pawle... późna noc... — rzekła zafrasowaną — a u nas nic nie było oprócz mleka i chleba... może się co ciepłego napijesz? Paweł przyjął posiłek... łza mu się zakręciła w oku... zrozumiał on nędzę ojcowską... serce się ścisnęło. Chciał zaraz pannie Róży oddać to, co był z sobą przyniósł dla ojca z pracy własnej, ale na chwilę odstąpić go nie było można. Starzec nie mógł się synem nasycić... patrzał... słuchał... kazał mu się przysuwać, trzymał za rękę... i płakał. Było już dobrze po północy... a rozmowa jeszcze się nie przerwała, przed rankiem Paweł musiał o zmroku wędrować dalej.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…