Read here

Dziennik wycieczki do Oberammergau

Jerome K. Jerome · 1903 · Free in the US

56,312 words · about 3 h 57 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1903 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Dziennik_wycieczki_do_Oberammergau&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1903
Length
56,312 words · about 3 h 57 min
Sections
17 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (17)

Continue:

Front matter

JEROME K. JEROME.

Dziennik wycieczki

do Oberammergau.

całość

JEROME K. JEROME.

Dziennik wycieczki

do Oberammergau.

Przekład

z angielskiego

Emilii Węsławskiej.

WARSZAWA

DRUKARNIA

A. T.

47. Nowy-Świat 47.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 15 Ноября 1903 года.

WSTĘP.

Przed kilku miesiącami rzekł do mnie jeden z moich przyjaciół: — Dlaczego nie napiszesz mądrej książki? To będzie ciekawe, gdy zniewolisz ludzi do myślenia. — Więc przypuszczasz, że dokonać tego można? — spytałem. — Sprobój — odparł. Usłuchałem. Macie oto mądrą książkę, chciałbym, byście ją zrozumieli. Celem jej jest rozjaśnienie umysłów waszych. Opowiadać wam tu będę o Niemcach — wszystko, co wiem o tem państwie i o przedstawieniach w Oberammergau. Opowiem wam i o innych rzeczach, ale nie wypowiem wszystkiego, co wiem o nich, nie chcąc przeciążać wiedzą umysłów waszych. Chciałbym was stopniowo wykształcić; zmuszając was odrazu do zbyt głębokiego myślenia, mógłbym zniechęcić was do tego sportu, dlatego też nadałem lekką memu traktatowi, by pociągnąć młode i lekkie umysły. Gdyby wiedzieli, że się czegoś nauczą z tej książki, odrzuciliby ją z pewnością, starałem się więc zatrzeć, o ile się to dało, nadzwyczajną doniosłość i głębię wiedzy, zawartej w tej pracy. Pragnę waszego dobra, pragnę, byście myśleć zaczęli, jeżeli to jest możliwe. Co będziecie myśleli po przeczytaniu tej książki, wolałbym nie wiedzieć. Będę dostatecznie wynagrodzony wewnętrznem zadowoleniem ze spełnienia obowiązku i procentami z dobrej rozprzedaży książki.

DZIENNIK PIELGRZYMKI.

Mój przyjaciel B. — Zaproszenie do teatru. — Bardzo nieprzyjemne przepisy. — Aspiracye turysty w zawiązku. — Jak można najlepiej spożytkować własne otoczenie. — Piątek—szczęśliwy dzień. — Pielgrzymka zdecydowana.

Dziś rano odwiedził mnie mój przyjaciel B., pytając, czy zechcę pójść z nim do teatru w przyszły poniedziałek. — Ależ naturalnie — odparłem — przysłano ci bilety? — Tam nie dają bezpłatnych biletów, będziemy musieli zapłacić. — Płacić! Płacić za wstęp do teatru! — krzyknęłem zdziwiony. — Co za niedorzeczność! Kpisz chyba ze mnie? — Kochany przyjacielu — odparł B. spokojnie — czyż tak mało mnie znasz, że sądzisz, iż płaciłbym, gdyby istniała możliwość uniknięcia tego? Ale widzisz, administracya tego teatru nie rozumie nawet, co to jest „wolny wstęp,” to barbarzyńcy nieucywilizowani! Napróżno wmawiałbyś im, że należysz do prasy; oni za nic ją mają i nie chcą o niej słyszeć. Nie wiedzą, co to jest „robić kasę”, nie mają „dyrektora,” chcesz zobaczyć ich przedstawienie — płać. Nie zapłacisz — to cię nie wpuszczą; taki przepis brutalny jest u nich prawem! — Cóż za nieprzyjemne urządzenie! — rzekłem. — I gdzież jest ten nadzwyczajny teatr? Zdaje mi się, że nigdy w nim nie byłem. — Pewny jestem tego — odparł mój przyjaciel. — Teatr ten znajduje się w Oberammergau. Od stacyi Ober należy się zwrócić zaraz na lewo i przebyć pięćdziesiąt mil od Monachium. — No, no! to trochę nie po drodze. Nigdybym nie przypuszczał, że taka buda teatralna może nadawać sobie takie tony! — Ta buda pomieścić może siedem tysięcy ludzi — odparł przyjaciel — i za każdem przedstawieniem jest przepełniona. Pierwsze tegoroczne przedstawienie odbędzie się w przyszły poniedziałek. Pojedziesz? — Zamyśliłem się przez chwilę, spojrzałem w notatnik i przekonałem się, że w sobotę przyjeżdża ciotka Emma i do następnej środy ma u nas zabawić, jeżeli więc wyjadę, to nie spotkam się z nią i znów na lata całe uniknę jej widoku. To mnie zdecydowało. Co prawda, sama podróż więcej mnie nęciła, niż przedstawienie. mojem pragnieniem było zawsze stać się wielkim podróżnikiem. Tęskniłem za tem, by módz tak pisać: „Paliłem wonne hawana, chodząc po słonecznych ulicach Madrytu, a pykałem niezbyt pachnącą fajeczkę pokoju, w przewiewnych wigwamach Dzikiego Wschodu i popijałem wieczorną kawę w cichym namiocie, gdy uwiązany dromader szczypał trawę pustyni; łykałem palący trunek Północy, a renifery przeżuwały obrok, stojąc przy mnie w szałasie; blade światło nocnego słońca wydłużało na śniegu cienie sosen i jodeł; przeszyły mnie błyszczące uduchowione oczy, wyzierające z pod gęstych zasłon na wązkich uliczkach Bizancyum; odpowiedziałem uśmiechem (czuję, że nieładnie postąpiłem) na zaczepne spojrzenie czarnookiej córy Yedd; włóczyłem się tam, gdzie „dobry” Harun Alraszyd szukał przygód pod zasłoną ciemnej nocy i w zręcznem przebraniu, mając u swego boku wiernego Mesrora, stałem na moście, gdzie Dante oczekiwał na przejście ubóstwianej Beatryczy; bujałem się na wodach, unoszących niegdyś łódź Kleopatry; stałem, gdzie Cezar padł; słyszałem słodki szelest bogatych szat w salonach Mayfir i chrzęst naszyjników z zębów na hebanowych szyjach piękności z Tongatabu; dyszałem pod palącemi promieniami indyjskiego słońca i marzyłem pod lodowatemi podmuchami w Grenlandyi; żyłem z wędrującemi hordami i owinięty w kołdry, leżałem w gąszczach lasów, oddalony o tysiące mil od wszelkiej siedziby ludzkiej.” B., któremu wytłomaczyłem moją tęsknotę do opisów tego rodzaju, powiedział, że można ten sam efekt osiągnąć, opisując miejsca znajdujące się tuż pod — Nie opuszczając Anglii — rzekł — pisałbym tak: „Paliłem dobre cygaro, chodząc po żwirowanych alejach Fleet-Street, i pykałem tanie Manilla w złoconych salach Kriteryonu; popijałem pieniące się piwo z Burton, gdzie znany Anioł Islingtona chroni pod swe skrzydła spragnione dusze; ciągnęłem wódeczkę w niejednej, cuchnącej czosnkiem szynkowni na Soho. Na grzbiecie dziwnie sporego osła, którego do ruchu zmusiłem — raczej właściciel osła, krocząc z tyłu, nakłonił go do tego — przybyłem piaszczystą pustynię Hampstead, a na widok łodzi mojej podniosło się z wrzaskiem dzikie ptactwo w podzwrotnikowych okolicach Battersea. Stoczyłem się ze wzgórza na łeb na szyję, a dziewice Wschodu otoczyły mnie kołem, śmiały się, klaskały w ręce i piszczały z radości, a w starych pałacowych ogrodach, gdzie bawiły się niegdyś jasnowłose dzieci nieszczęsnych Stuartów, przechadzałem się długo, obejmując kibić jednej z cór Ewy, gdy jej matka, pieniąc się z oburzenia, nie mogła nas dogonić. Odbywałem dalekie podróże na małym twardym koniku, który kręcąc się w koło, woził mnie po wybrzeżach wielkiego Atlantyku. A nad głowami tłumów w Barnet ujrzałem się w jaskrawo malowanym wózku, poruszanym przez człowieka, trzymającego sznur. Kroczyłem z powagą po sali w Kenigston-Town (za opłatę gwinei dostawałeś i napoje orzeźwiające, jeżeli mogłeś się do nich przez tłum przecisnąć), a na zielonej murawie lasów odbywałem dziwaczne ceremonie z pierścieniem; przebywałem z wędrującemi hordami w Drury Lane, i w czasie przedstawienia klasycznej sztuki czułem się wielkim w samotności, siedząc w pierwszym rzędzie galeryi; żałowałem wówczas, że pieniędzy swych nie zużyłem lepiej we wschodnich salach Alhambry.” — Widzisz — zawołał B. — mój opis nie jest mniej od twego ciekawy, a przedmiot do niego znajdziesz, wydalając się zaledwie na parę godzin z Londynu. — Nie gadajmy lepiej o tem — odparłem. — Jak widzę, nie możesz zrozumieć moich odczuć. Gorące serce podróżnika nie bije w twej piersi, a więc nie jesteś w stanie pojąć jego aspiracyj. Dajmy więc temu pokój. W każdym razie tę podróż odbędę razem z tobą. Kupię rozmówki niemieckie, książeczkę czekową, niebieską woalkę, biały parasol i podobnie niezbędne rzeczy dla Anglika, podróżującego po państwie niemieckiem. Kiedyż wyjeżdżamy? — A cóż, trzeba jechać przynajmniej dwa dni. Proponuję więc wyjechać w piątek. — Mnie się zdaje, że to nieszczęśliwy dzień do podróży — zauważyłem wahającym tonem. — Boże święty! — zawołał — co za niedorzeczność! Jakby Opatrzność kierowała sprawami , zależnie od tego, czy wyjedziemy we wtorek, czy w piątek! Dodał jeszcze, że nie może pojąć, by tak rozsądny, jak ja czasami bywam, człowiek, przywiązywał wagę do takich babskich przesądów. Przyznał jednak, że przed laty, gdy był jeszcze młodym chłopcem, za nic w świecie nie puściłby się w drogę w piątek. A gdy raz się zdarzyło, że był do tego zmuszony, bo miał do wyboru: albo jechać w piątek lub nie jechać wcale — zaryzykował i był przygotowany na rozmaite wypadki i nieszczęścia. Pragnął tylko żywym wrócić do domu. Tymczasem okazało się, że nigdy w życiu nie doznał tylu przyjemności, co w czasie tej podróży. Powiedział więc sobie, że wyjeżdżać będzie zawsze w piątek, że za nic w świecie innego dnia nie wyjedzie i tego się trzymał całe życie. Nastąpiła więc stanowcza decyzya, że w piątek wyjedziemy. Mam go oczekiwać na stacyi Wiktorya, o ósmej wieczorem.

Kwestya bagażu. — Rada 1-go przyjaciela. — Rada 2-go przyjaciela. — Rada 3-go przyjaciela. — Rada pani Briggs. — Rada naszego wikarego. — Rada jego żony. — Rada doktorska. — Rada — Wskazówki Jerzego. — Pomoc mojej bratowej. — Rada młodego Smita. — Mój własny pomysł. — Pomysł B.

Kwestya bagażu nie mało mi sprawiła dzisiaj kłopotu. Spotkany rano znajomy rzekł mi:

— O! jeżeli pan jedziesz do Oberammergau, musisz się zaopatrzyć w ciepłe rzeczy. Przydadzą ci się wszystkie zimowe ubrania. Dodał, że jeden z jego przyjaciół przed kilku laty pojechał tam i nie zaopatrzył się dostatecznie w ciepłe ubranie; wróciwszy do domu, z przeziębienia umarł. — Posłuchaj pan dobrej rady, co masz ciepłego, zabierz ze sobą. Trochę później spotkałem drugiego znajomego. — Słyszałem, że pan wyjeżdżasz — zawołał. — W jakąż stronę Europy udajesz się? Odparłem, że zdaje mi się, iż miejscowość ta leży gdzieś w Europie środkowej. — A! to posłuchaj pan mojej rady — rzekł — spraw sobie płócienne ubranie i parasolkę. Nie dbaj o wygląd, ale o wygodę. Nie masz pojęcia, jakie tam upały panują w tej porze roku. Anglicy upierają się nosić w podróży po kontynencie te same ubrania, do których w domu przywykli. Dlatego tak częste są wypadki porażenia słonecznego i chorób poważnych. W klubie zetknęłem się z jednym z moich przyjaciół, korespondentem do gazet, który podróżował dużo i zna doskonale Europę. Powiedziałem mu, co słyszałem od tamtych, i spytałem, która rada jest lepsza. Odrzekł mi: — Widzisz, mój kochany, jeden i drugi miał racyę. W tamtych górzystych okolicach powietrze ulega nadzwyczaj szybkim zmianom. Rano może być taki upał, że topnieć będziesz, a wieczorem przyda ci się bardzo koszula flanelowa i futrem podszyte palto. — Ale przecie to samo mamy w Anglii! — zawołałem. Jeżeli więc wszyscy cudzoziemcy oswojeni są z tem we własnych krajach, jakiemże prawem zjeżdżają tu i wyrzekają, ile mogą, na nasz klimat? — Nic na to nie poradzisz, prawa nie mają, a wyrzekać nie przestaną. Posłuchaj mej rady i bądź na wszystko przygotowany. Zabierz letnie rzeczy na wypadek gorąca, a zimowe na wypadek zimna. Wróciwszy do domu, zastałem panią Briggs; gdy się dowiedziała o projektowanej podróży, zawołała: — O! jeżeli pan jedzie gdzieś w okolice państwa Niemieckiego, to musisz wziąć z sobą zapas mydła. Mój mąż kiedyś w wielkim pośpiechu musiał tam jechać, zapomniał zabrać mydło, nie umiał po niemiecku, więc nie wiedział, jak je nazwać, a nigdzie mydła nie widząc, nie mógł nawet na migi pokazać, że tego potrzebuje; przebył całe trzy tygodnie, nie myjąc się ani razu i tak brudny przyjechał do domu, że go nie poznałam, myślałam, że to kominiarz przyszedł oglądać piece! Radzę też wziąć zapas ręczników, dają tam tak małe, że obetrzeć się niemi niepodobna. Po śniadaniu poszedłem się przejść; spotkałem wikarego, ten zawołał: — Jedziesz, słyszałem, weź-że koniecznie kołdrę! Ostrzegł mnie, że w hotelach niemieckich nietylko nie dają kołder, ale nie suszą należycie prześcieradeł. Opowiedział mi, że jeden z jego , wróciwszy z podróży po państwie Niemieckiem, gdzie spał w wilgotnych prześcieradłach, z reumatyzmu umarł. W tej chwili zbliżyła się ku nam jego żona, która załatwiała sprawunek w sąsiednim sklepie i kazała mężowi czekać na siebie na ulicy. się, że jadę do Niemiec, rzekła: — Nie zapomnij pan o poduszce, albo wcale ich nie dają, albo tak złe, że oka nie zamkniesz przez cały czas, jeżeli nie weźmiesz swojej poduszki. Możesz pan kazać uszyć rodzaj worka, to i widać nie będzie, że wieziesz poduszkę. Kilka kroków dalej spotkałem doktora; ten rzekł mi: — Weź z sobą koniecznie buteleczkę koniaku, ona ci wiele miejsca nie zabierze, a zanim przywykniesz do kuchni niemieckiej, koniak nieraz ci będzie w nocy potrzebny. Objaśnił, że koniak, kupowany w hotelach zagranicznych, jest trucizną, więc podróżowanie bez dobrej butelki koniaku równa się poważnemu niebezpieczeństwu; parę kieliszeczków koniaku, może nieraz życie uratować. Wróciłem do domu i zastałem kolegę po piórze: — Słuchaj, przyjacielu — zawołał — pewno nigdy długo nie podróżowałeś i nie wiesz, co to nuda w wagonie! — Spędziłem w wagonie po kilka godzin. — To głupstwo wobec tego, co cię czeka teraz, otóż radzę ci wziąć z sobą szachy. Podziękujesz mi za to! Wieczorem wpadł Jerzy: — Jeżeli chcesz posłuchać dobrej rady, to ci powiem — rzekł — weź z sobą dobre cygara i tytoń. Nawet najlepszy gatunek cygar niemieckich zasługuje na miano „smrodiferów”, przypuszczam, że za krótko tam będziesz bawił, by do ich miłego zapachu przywyknąć. Bratowa moja, osóbka bardzo praktyczna, przyniosła mi wieczorem pudełko wielkości dobrej tacy. — Weź to z sobą — rzekła — odda ci to niezliczone usługi. Będziesz sobie mógł przyrządzać sam herbatę. W Niemczech nie mają pojęcia o herbacie, obejdziesz się bez ich ziółek. Otworzyła pudło i pokazała mi jego tajemnicę. Zdumiałem się, widząc przedmioty tam pomieszczone. Bo czego tam nie było! Puszka z herbatą, butelka mleka, pudełko narąbanego cukru, butelka spirytusu, puszka z masłem i biszkoptami; prócz tego maszynka spirytusowa, kociołek, czajnik, dwie filiżanki, dwa spodki, dwa talerzyki, dwa noże i dwie łyżeczki. Gdyby się jeszcze tam łóżko znajdowało, nie potrzebowałbym już troszczyć się o hotele. Sekretarz naszego klubu fotograficznego, młody Smit, wpadł o dziewiątej, prosząc, bym mu zdjął fotografię ze statuy umierającego gladyatora w Monachijskiej galeryi rzeźb. Odpowiedziałem, że zrobiłbym to z prawdziwą przyjemnością, gdyby nie to, że nie mam zamiaru zabierać z sobą kamery. — Nie zabierasz kamery! — krzyknął. — Jedziesz do Niemiec, do krainy Renu! Przejeżdżać będziesz przez najbardziej malownicze okolice, zatrzymasz się w najstarszych i najsławniejszych miastach Europy i zostawiasz aparat fotograficzny w domu — i to się nazywa artysta! Będziesz całe życie żałował, jeśli nie weźmiesz z sobą kamery! Zawsze myślałem, że dobrze jest posłuchać rad człowieka, lepiej znającego się na rzeczy. Doświadczenie jednych wygładza drogę innym, wstępującym w ślady pierwszych, po kolacyi więc zebrałem wszystkie rzeczy, które mi radzono zabrać, dołożyłem niektóre już z własnej inicyatywy i rozłożyłem to wszystko na łóżku. Nie zapomniałem o pace papieru i butelce atramentu, o dykcyonarzu i kilku innych książkach na przypadek, gdyby mnie napadła ochota do pracy. Lubię, gdy mam wszystko do pracy przygotowane, nie można wiedzieć, kiedy nadejdzie wena. Bywały wypadki, że gdy wyjeżdżałem bez papieru i atramentu, napadała mnie szalona ochota do pisania i z braku tych marnych rzeczy skazany byłem na włóczenie się z rękami w kieszeniach. Od tej pory zabieram z sobą zawsze zapas papieru i atramentu, by nie marnować tak cennej i rzadkiej weny do pracy. Niejednokrotnie rozmyślałem nad tem, dlaczego ta ochota napada mnie wtedy, gdy nie mam pod ręką potrzebnych mi materyałów, no, teraz jestem zawsze przygotowany. Położyłem jeszcze na łóżku kilka tomów Goethe’go; czytany w jego własnej ojczyźnie wyda mi się jeszcze piękniejszym. Zdecydowałem się jeszcze wziąć dużą gąbkę i małą przenośną wannę gumową; zimna kąpiel, wzięta rano, dodaje sił na cały dzień. B. przyszedł właśnie, gdy wszystko złożyłem na kupę, spojrzał na łóżko, pytając, co robię? — Pakuję się — odparłem. — Boże święty! — zawołał. — Myślałem, że się przenosisz! Cóż ty myślisz, z taborem całym wozić się będziemy? — Ależ to są wszystko rzeczy, które mi poradzono zabrać ze sobą. Jakaż korzyść pytać o rady, jeżeli się ich nie zamierza słuchać? — Radź się ile chcesz — zawołał — to nie szkodzi, ale na miłość Boga, nie zabieraj tego wszystkiego. Ludzie pomyślą, że należymy do bandy cyganów. Zbrakło mi cierpliwości, więc odparłem szorstko: — Pleciesz niedorzeczności. Połowa tu rzeczy chroni od pewnej śmierci. Kto jedzie bez nich do Niemiec, to wróciwszy do domu — umiera. Opowiedziałem mu, co powiedział doktór, wikary i inne osoby, że jeżeli chcę żywy wrócić do domu, muszę zabrać kołdry, parasole i ciepłą odzież. B. nie wierzy w niebezpieczeństwa, przez które inni przechodzili, machnął więc ręką — mówiąc: — Dajże pokój! Nie jesteś przecież gagatkiem, który z bylejakiego przeziębienia umiera. Zostaw te narzędzia ochronne w domu, a spakuj szczotkę do zębów, grzebień, parę skarpetek i koszulę, oto wszystko! Zabrałem trochę więcej rzeczy; w każdym razie zmieściło się wszystko w niewielką paczkę. Miałem ogromną ochotę wziąć przybór do herbaty, tak przyjemnie byłoby manewrować z nim w wagonie, ale B. nie chciał słyszeć o tem. Mam nadzieję, że zmiany atmosferyczne nie będą zbyt gwałtowne.

Ranne wstanie. — Trzeba się w balast zaopatrzyć, zanim się puści na morze. — Nieznośne wdanie się Opatrzności w sprawy dla niej niezrozumiałe. — Socyalistyczne społeczeństwo. — Pomyłka B. — Nieciekawa anegdotka. — Zaopatrujemy się w balast. — Przeciętny marynarz. — Wesoła łódź.

Wstałem dziś bardzo rano. Sam nie wiem po co? Wyjeżdżamy dopiero o ósmej wieczorem. Ale nie żałuję tego rannego wstania, rozumie się. I to jest pewną rozmaitością, że zbudziłem cały dom i jedliśmy śniadanie o siódmej. Jadłem ile mogłem, bo niegdyś powiedział mi oswojony z morzem podróżnik: — Jeżeli kiedy wybierzesz się pan na morze, pamiętaj, że musisz mieć w sobie porządny balast, to utrzymuje okręt w równowadze. Niema żadnej korzyści z tych pustych żołądków, z lekkością piórka przechadzających się po pokładzie. Trzeba myśleć o balaście! Ta rada bardzo przemówiła do mego przekonania. Ciotka Emma przyjechała po południu. Powiedziała, że jest niezmiernie rada, że mnie jeszcze złapała, że to widocznie Opatrzność natchnęła ją, by wyjechała w piątek, zamiast w sobotę. Wolałbym, żeby Opatrzność pilnowała własnych interesów, a nie mieszała się do moich, gdy ich nie rozumie. Ciotka zapowiedziała, że będzie oczekiwała na mój powrót, gdyż przed wyjazdem chce mnie jeszcze raz ujrzeć. Tłómaczyłem, że może za miesiąc powrócę, lecz odparła, że to nic nie szkodzi, że ma dosyć czasu i może na mnie poczekać. Rodzina cała błagała, bym wrócił jaknajprędzej. Zjadłem porządny obiad, pamiętając wciąż o radzie doświadczonego człowieka, pożegnałem się ze wszystkiemi, ucałowałem ciotkę Emmę i obiecałem dbać o samego siebie — obietnicy tę wiernie , Bóg mi świadkiem — zawołałem na dorożkę i pojechałem. Przybyłem pierwszy na stacyę. Zakupiłem dwa miejsca przy oknie w oddziale dla palących i przechadzałem się po platformie, czekając na B. Gdy człowiek niema innego zajęcia dla umysłu, zaczyna myśleć. Nie mając nic lepszego do roboty i ja zaczęłem rozmyślać: Jakim dziwnym okazem socyalizmu stała się dzisiejsza cywilizacya! To nie jest socyalizm tak zwanych socyalistów — system, widocznie naśladowany z urządzeń więziennych, system, nakazujący każdemu biednemu grzesznikowi pracę, jak zwierzęciu, i to nie dla własnej korzyści, lecz dla dobra ogółu, świat, gdzie nie powinno być ludzi tylko cyfry, gdzie niema ani ambicyi, ani nadziei, ani bojaźni, lecz socyalizm ludzi wolnych, pracujących wspólnie przy jednym warsztacie, za wynagrodzenie, odpowiednie do ich zręczności i energii; socyalizm odpowiedzialnych, myślących jednostek, a nie kierowanych przez państwo automatów. Oto ja, wzamian za niejakie rezultaty mojej pracy, doznam tej przyjemności, że społeczeństwo zawiezie mnie do środkowej Europy i z powrotem. Kolej przeprowadzono na przestrzeni 700, czy 800 mil dla ułatwienia mej podróży: mosty zbudowano, tunele przekopano; cała armia inżynierów, naczelników, konduktorów, stróżów czeka tylko, żeby się mną zaopiekować i dostarczyć mi wygód. Ja muszę tylko powiedzieć społeczeństwu (tu przez sprzedającego bilety w kasie urzędnika), dokąd chcę się udać i siąść do wagonu, zresztą wszystko będzie za mnie zrobione. Książki i gazety zostały napisane i wydrukowane tak, że jeżeli zapragnę zabić czas, dłużący się w podróży, mogę sobie poczytać. W rozmaitych miejscach, przez które będę przejeżdżał, rozumne społeczeństwo pomyślało o posiłku dla mnie (buterbrody mogłyby być trochę świeższe, ale, być może, dowiedziało się ono, że mi chleb świeży szkodzi). Gdy zmęczę się i chcę spocząć, społeczeństwo czeka na mnie z obiadem i wygodnem łóżkiem, z gorącą i zimną wodą do mycia i ręcznikami do obtarcia się. Dokądkolwiek się udaję, czegokolwiek potrzebuję, społeczeństwo, jak uwięziony duch z bajek Wschodu, gotowe zawsze pomódz mi, służyć, spełnić moje rozkazy, dostarczyć przyjemności i rozrywki. Społeczeństwo wiezie mnie do Oberammergau, w ciągu drogi dbać będzie o wszystkie moje potrzeby, a gdy na miejsce dojadę, pokaże mi to przedstawienie, które urządzone i wyuczone zostało dla mojej umysłowej korzyści; odwiezie mnie napowrót drogą, jaką zechcę, i za pomocą książek i przewodników wyjaśni wszystko, co sądzi, że mnie interesować może; niezadługo w czasie mej nieobecności prześle moje zlecenia do tych, co w Anglii pozostali, i przywiezie mi od nich wiadomości; jednem słowem, dbać o mnie będzie, pielęgnować jak matka — o! żadna matka tyle zrobićby nie potrafiła. Wzamian żąda tylko bym robił to, co do mnie należy. Do mnie społeczeństwo mówi: „Siedź przy biurku i pisz, tego tylko od ciebie żądam. Nie na wiele się zdasz, ale możesz snuć z siebie masę tego, co ty i twoi przyjaciele nazywają zdaje mi się literaturą, a co niektórzy ludzie z przyjemnością niby czytują. Bardzo dobrze; siedźże i pisz tę literaturę czy jak tam i trzymaj się tego. Dostarczę ci piśmiennych materyałów, książek dowcipnych, nożyczek, kleju, wszystkiego co ci może być potrzebne w twem rzemiośle; dam ci żywność, ubranie, mieszkanie, wozić cię będę dokąd zechcesz; myśleć będę o twym tytoniu i rozmaitych drobiazgach, których zapragnąć możesz, abyś tylko pracował jak należy. Im więcej i lepiej zrobisz, tem większą będzie moja opieka. Pisz — niczego więcej od ciebie nie chcę”. — Ale — mówię do społeczeństwa — ja nie lubię pracować, nie chcę. Dlaczegóż mam być niewolnikiem pracy? — Bardzo dobrze — odpowiada społeczeństwo — nie pracuj. Nie zmuszam cię. Powiem ci tylko, że jeżeli dla mnie nie będziesz pracował, to i ja dla ciebie nie będę. Próżnujesz — nie dostaniesz ani obiadu, ani tytuniu, nic! Zdecydowałem się być niewolnikiem i pracować. Społeczeństwo ani myśli wynagradzać ludzi jednakowo. Głównem jego zadaniem jest zachęcać do pracy umysłowej. Ludzi, pracujących fizycznie, ceni prawie tyle, co zwierzęta pociągowe i nie wiele więcej się o nich troszczy. Ale niechże taki człowiek zacznie działać głową i np. z oracza się rzemieślnikiem, już wynagrodzenie jego staje się większe. Trzeba przyznać, że społeczeństwo bardzo niezręcznie zachęca do myślenia. Jest ono światowe i z tego punktu widzenia zapatruje się na inteligencyę. Zdaje mi się, że płytkim, powierzchownym pisarkom płaci zwykle daleko więcej, niż głębokiemu, świetnemu myślicielowi; dowcipne oszustwo lepiej mu przypada do smaku, niż niepokalana cnota. Ale zamiary jego są sprawiedliwe i głośne, cele jasne, i wogóle daje sobie radę doskonale i z każdym rokiem przybywa mu więcej rozsądku. Przyjdzie dzień, że dojdzie do zupełnego rozumu i płacić będzie każdemu względnie do jego zasług. Ale nie lękajcie się, nie stanie się to za naszych czasów. Rozmyślając wciąż o społeczeństwie zawróciłem nagle i literalnie wpadłem na B. On z początku myślał, że jestem niezgrabnym osłem i powiedział to głośno, ale gdy mnie poznał, przepraszał za omyłkę. On również od niejakiego czasu czekał na mnie. Powiedziałem, że zakupiłem dwa końcowe miejsca w oddziale palących, odpowiedział, że i on zrobił to samo. Dziwnym zbiegiem okoliczności w tym samym wagonie kupiliśmy plac-karty na miejsca końcowe, czterej inni podróżni tłoczyli się pośrodku. Zatrzymaliśmy więc miejsca przy oknie, odstępując miejsca z drugiego końca; trzeba być zawsze szlachetnym. Mieliśmy za towarzysza bardzo gadatliwego człowieka. Nie zdarzyło mi się spotkać człowieka z takim zapasem nieciekawych anegdotek. Przyjacielowi memu, przynajmniej stał się on nim z chwilą wejścia do wagonu, opowiadał nieustannie aż do Dower. Przedewszystkiem wyszła na stół historya psa; nie było tam żadnego wypadku z psem, ale tylko sprawozdanie z tego, co pies cały dzień robi. Wstaje rano i szczeka przy drzwiach, a gdy go wpuszczą, siedzi cały dzień w ogrodzie; po południu, gdy żona wychodzi do ogrodu (nie żona psa, lecz człowieka opowiadającego historyę), pies śpi na trawie, więc go wnosi do pokoju, gdzie dokazuje z dziećmi, w nocy śpi w składziku na węgle i nazajutrz to samo. A tak gadał przez czterdzieści minut. Nie mogłem pojąć, co to może obchodzić człowieka, który psa tego nigdy nawet nie widział, ale ten udawał z początku wielkie zainteresowanie, i mruczał: „Nadzwyczajne! Czy może być! Doprawdy? No, i cóż pan wtedy? Czy to było w poniedziałek, czy we wtorek?” Lecz gdy ta historya ciągnęła się bez końca, zaczął widocznie psa nienawidzieć i ziewał nieustannie. W końcu mruknął, jeżeli się nie mylę: — Do dyabła z tym psem! Nareszcie skończyło się z psem i mieliśmy nadzieję, że odetchniemy spokojnie, ale gaduła zaledwie tchu nabrał, zawołał: — Mogę panom opowiedzieć jeszcze ciekawszą historyę! Gdyby powiedział, że opowie nam głupszą, trudno byłoby uwierzyć, i musieliśmy wysłuchiwać tak nudnych i długich opowiadań, że zdawało się, iż podróż ta nie będzie miała końca. W Dower pospieszyliśmy z B. na wybrzeże i kupiliśmy ostatnie dwa miejsca na statku; mieliśmy zamiar po dobrej kolacyi wrócić do kajuty i tam noc przepędzić. B. rzekł do mnie. — Chciałbym, wsiadłszy na statek, zasnąć i nie obudzić się aż na stałym lądzie. Przy kolacyi powiedziałem B. o radzie oswojonego z morzem człowieka i przyznał, że radą tą nie należy pogardzać, ponieważ zapłaciwszy kolacyę można było jeść, ile się chce — nie żałowaliśmy sobie. Okazało się, że puszczamy się w drogę zaraz. Przy pierwszym ruchu statku B. znikł mi nagle z oczu, a ja poszedłem przejść się po pokładzie. Nie czułem się zupełnie dobrze. Jestem z gatunku przeciętnych marynarzy. Nie lubię żadnych krańcowości. W zwykłych okolicznościach mogę sobie chodzić, ćmić fajeczkę na pokładzie i znoszę podróż przez Kanał jak rzecz najzwyklejszą, ale gdy, jak mówi kapitan, „morze się pieni”, ogarnia mnie smutek, unikam zapachu maszyny i sąsiedztwa ludzi, palących zielone cygara. Gdy znalazłem się na pokładzie, jakiś człowiek palił niezmiernie ckliwe cygaro. Zdaje mi się, że mu to nie sprawiało przyjemności, przynajmniej nie wyglądał na to. Przekonany jestem, że palił tylko dlatego, by innym pokazać, że czuje się doskonale i by drażnić tych, którym na sercu robiło się jakoś niewyraźnie. Widok człowieka, chodzącego spokojnie po pokładzie, sprawia wrażenie zniewagi osobistej. Ja wiem, że sam jestem nieznośny, gdy na statku czuję się zupełnie dobrze. Nie wystarcza mi to i chcę wszystkim pokazać pomyślny stan zdrowia. Zdaje mi się, że marnuję się, jeżeli nie nasuwam się na oczy każdej istocie ludzkiej, będącej na statku, i nie popisuję się swojem zdrowiem. Nie mogę usiedzieć na miejscu, jakby to powinien zrobić każdy rozsądny człowiek. Chodzę nieustannie, paląc naturalnie, i rzucam łagodne, a zdziwione spojrzenie na chorujących, jakbym chciał się ich spytać, w jaki sposób się to dzieje? To nierozsądnie z mej strony, przyznaję to, ale powstrzymać się nie mogę. Przypuszczam, że już tak złośliwą jest natura ludzka. Nie mogłem uciec od tego nieznośnego cygara, gdyż jak tylko się oddaliłem, dochodził mnie zapach od maszyny, wolałem więc uciekać ztamtąd. Zdawało mi się, że niema neutralnego gruntu między temi dwoma odorami. W trzeciej klasie lepsze było powietrze, i byłbym tam szczęśliwy, ale czyż mogłem siedzieć w trzeciej, zapłaciwszy za pierwszą? Nie, wolałem już siedzieć tu, pozować na arystokratę i odczuwać mdłości. Jakiś człowiek, palacz, admirał, czy też coś podobnego, bo w ciemności nie mogłem odróżnić, podszedł do mnie, gdym siedział z głową opartą o skrzynię, i spytał, co myślę o tym statku. Powiedział, że statek ten jest zupełnie nowy i pierwszą odbywa podróż. Wyraziłem nadzieję, że gdy się zestarzeje, będzie mniej ruchliwym. — Tak, dokazuje trochę tej nocy — odparł. Mnie się zdawało, że statek ma ochotę położyć się spać na prawej stronie, ale zanim zdecydował się przyjąć tę pozycyę, zmienił nagle zamiar, uważając, że lepiej położyć się na lewej stronie. W chwili, gdy ten człowiek stanął przy mnie, statek usiłował stanąć sztorcem, i gdy już był blizkim tego, przyszła mu fantazya na nowy pomysł. A on to nazywał „dokazywaniem”. Ci marynarze zawsze się tak odzywają, bo im brak piątej klepki w głowie, gniewać się więc na nich nie można. Nareszcie zasnęłem trochę, choć w kajucie i nie w hamaku, chociaż miałem miejsce zapłacone, ale za żadne ofiarowane mi skarby nie zeszedłbym do natłoczonych kajut. Najprzód nikt mi skarbów nie ofiarowywał, a powtóre, nikt mego towarzystwa w kajucie nie pragnął. Przekonałem się o tem, gdym z trudem dostał się do kajuty. Pierwszą rzeczą, którą spostrzegłem był — but. Na wszystkie strony latały buty, jak piłki. Sześćdziesięciu ludzi spało w kajucie, a raczej, o większości, próbowało spać: jedni w hamakach, drudzy na stołach, jeszcze inni pod stołami. Jeden człowiek spał rzeczywiście i chrapał, jak zakatarzony hipopotam, a pięćdziesięciu dziewięciu ludzi rzucało na niego butami. Chrapanie to było niemożliwe do umiejscowienia. W tym zmierzchu i zgęszczonem powietrzu nie można było odgadnąć, zkąd ono się rozchodzi. Chwilami to ryczenie, łkanie, wycie zdawało się płynąć z prawej strony, po chwili — z lewej grzmiało. Każdy więc chwytał pierwszy lepszy napotkany but i rzucał go na chybił trafił, błagając Opatrzność, by jak należy nim pokierowała. Patrzyłem na tę scenę parę minut i wydrapawszy się znów na pokład, usiadłem w jakimś kącie i złożyłem głowę na pace sznurów; po niejakim czasie, zbudził mnie marynarz i domagał się koniecznie tych sznurów, by je rzucić na głowę spokojnie stojącego człowieka na wybrzeżu Ostendy.

Przyjazd do Ostendy. — Kawa i bułeczki. — Trudność rozmówienia się po niemiecku z francuskimi kelnerami. — Korzyści z posiadania sumienia, które zbyt wcześnie się nie — Podłość tryumfuje. — Cnota upokorzona. — Angielska na słowa utarczka.

Gdym powiedział, że „zbudzono” mnie w Ostendzie, niewłaściwie się wyraziłem. Obudziłem się tylko w połowie.

W ciągu całej godziny z Ostendy do Kolonii byłem w trzech częściach uspiony, a w jednej tylko na wpół zbudzony. W Ostendzie jednak przyszedłem do przytomności o tyle, że rozumiałem, iż dokądś jadę, że należy coś zrobić, a przytem jakiś dziwny instynkt mówił mi, że jestem w blizkości czegoś, co się je i pije i on dodawał mi energii do czynu. Pośpieszyłem do kajuty i tam znalazłem B. Przepraszał, że całą noc zostawił mnie samego, ale mógł sobie nie robić żadnych wymówek, wcale do niego nie tęskniłem, bo gdyby nawet na statku znajdowała się kobieta, gorąco przezemnie ukochana, obojętnie patrzyłbym, gdyby ktoś inny się do niej zalecał. Spotkałem w kajucie i gadatliwego jegomościa z towarzyszem; ten ostatni wyglądał tak zgnębiony, że przykro było patrzeć na niego. , najcięższa choroba morska nie wywołałaby zmiany takiej w człowieku energicznym, pełnym życia, jakim był, wsiadając z nami do wagonu w Wiktoryi. Zato gadatliwy człowiek był rozpromieniony, nie znać było na nim żadnego zmęczenia i opowiadał anegdotkę o krowie. Ponieśliśmy nasze rzeczy do rewizyi, otworzyłem mój pakunek, usiadłem na nim i natychmiast usnęłem. Gdym się zbudził, ktoś, kogo wzięłem za marszałka polowego i z przyzwyczajenia — gdyż byłem kiedyś ochotnikiem — salutowałem, stał nademną, melodramatycznie wskazując na moje rzeczy. językiem niemieckim oświadczyłem mu, że nic nie mam do deklarowania. Widocznie nie , co mnie bardzo zdziwiło, i zabrał mój pakunek; nie mając na czem siedzieć — usiadłem na ziemi. Ale tak mi się spać chciało, że zapomniałem się gniewać za to. Gdy rewizyę ukończono, poszliśmy do bufetu. Instynkt nie omylił mnie, znaleźliśmy tam gorącą kawę, bułeczki i masło. Kazałem podać dwie białe kawy, chleb i masło. Wypowiedziałem to pięknie po niemiecku. Nikt nie rozumiał, więc poszedłem do stołu i sam sobie wziąłem. System ten jest najlepszy, unika się wszelkiej argumentacyi. Ludzie odrazu rozumieją, czego im potrzeba. B. zrobił mi uwagę, że gdy jesteśmy w Belgii, gdzie wszyscy mówią po francusku, a bardzo niewielu rozumie po niemiecku, powinienem starać się mówić mniej po niemiecku, a więcej po francusku. Dodał jeszcze: — Tak będzie łatwiej, a i krajowcy mniej będą wysilali myśli swoje. Trzymaj się języka francuskiego, jak możesz najdłużej. Inteligentni, porządni ludzie, zawsze choć trochę z twej francusczyzny zrozumieją, a żadna istota ludzka, chyba jakiś odgadywacz myśli, nie pojmie, co oznacza twe bełkotanie, mające wyrażać mowę niemiecką. — O! jesteśmy w Belgii — rzekłem rozespany — myślałem, że to Niemcy, nic nie wiedziałem, a pod wpływem nagłego wybuchu szczerości, , że dłuższe udawanie na nic się nie zda, dodałem: — Czy wiesz, ja nic nie wiem, gdzie my jesteśmy. — Wiedziałem o tem — odparł — doprawdy mógłbyś się trochę zbudzić. Blizko godzinę całą czekaliśmy w Ostendzie, zanim nasz pociąg przygotowano do drogi. Wprost do Kolonii szedł tylko jeden wagon, a o czterech podróżnych było więcej, niż miejsc w tym wagonie. Nie wiedząc o tem, nie śpieszyliśmy się zająć miejsca i gdy spokojnie wypiliśmy kawę, przekonaliśmy się, że wszystkie już zajęte. Tu leżał worek, tam kołdra na nogi, tam znów — parasol i tak dalej. Nie było nikogo, ale i wolnych miejsc nie było! Takie już jest wszechświatowe prawo, obowiązujące wszystkich podróżnych, że przedmiot jakiś, położony w danem miejscu, zabezpiecza je właścicielowi przedmiotu. To jest dobre, słuszne prawo i w normalnym stanie sambym za niem gardłował. Ale o godzinie 3-ej zrana odczucia człowieka nie mogą być w należytym rozwoju. Sumienie przeciętnego człowieka zaczyna przemawiać dopiero około 8-ej, 9-ej i to koniecznie po śniadaniu. O 3-ej zrana człowiek gotów zrobić taką rzecz, że o 3-ej po południu wzdrygnie się na samą myśl o tem. W zwykłych okolicznościach, odepchnąłbym samą myśl usunięcia czyjegoś worka i zajęcia cudzego miejsca, na podobieństwo Żyda, usuwającego znak pograniczny i pakującego się na cudzą ziemię; ale o tak wczesnej godzinie lepsza cząstka mej istoty spała jeszcze. Czytałem niejednokrotnie o nagle budzącej się lepszej cząstce istoty ludzkiej. Motorem tego jest zwykle głos katarynki, rzempolącej wzruszającą melodyę, lub płacz niemowlęcia (to, przyznaję, zbudzić może nietylko głuchego, ale zmarłego nie dłużej od dwudziestu czterech godzin człowieka); gdyby więc katarynka lub niemowlę znajdowało się wówczas w Ostendzie, ja i B. nie popełnilibyśmy zbrodni. Właśnie gdybyśmy się zabierali do tego czynu, odezwałoby się niemowlę, czy katarynka, nam z oczu wytrysłyby łzy, wyskoczylibyśmy z wagonu, padli sobie w objęcia na platformie i łkając, czekalibyśmy na drugi pociąg. Ponieważ nic się nie odezwało, wskoczyliśmy do wagonu, pousuwaliśmy cudze rzeczy i siedliśmy sobie najspokojniej, udając niewiniątka. B. powiedział, że najlepiej będzie, gdy tamci wrócą, udawać zaspanych i tak głupich, że o porozumieniu się i mowy być nie może. Odpowiedziałem, że co się mnie tyczy, to nawet udawać nie potrzebuję i rozłożyłem się wygodnie. W parę sekund później zjawił się jakiś pan, usunął rzeczy i usiadł. — To miejsce jest zajęte — odezwał się B., zdziwiony zimną krwią przybysza. — Właściwie wszystkie miejsca są już pozajmowane. — Cóż mnie to obchodzi — odparł cynicznie jegomość. Muszę dziś być w Kolonii i nie widzę sposobu, by inną drogą tam dojechać. — Dobrze, ale i ci, co pozajmowali miejsca, chcą jechać — zawołałem zgorszony — pan myślisz tylko o sobie! Poczucie sprawiedliwości zaczęło się budzić we mnie i byłem obudzony. Przed dwoma minutami, jak mówiłem, zajęcie cudzego miejsca nie wzbudzało we mnie gniewu, teraz uważałem to za rzecz bezwstydną. Muszę przyznać, że lepsza cząstka mej istoty długo spać nie może. Zostawiona samej sobie, zbudzi się z pewnością. Niebiosa biorę za świadka, jestem grzeszny, słaby człowiek, ale grunt mam dobry. Ten człowiek targnął szlachetną struną mojej istoty. Rozumiałem całą ohydę zabierania cudzego miejsca w wagonie. Czułem, że muszę sprawiedliwości dać jakieś zadośćuczynienie za zło, spełnione przed kilku minutami, więc siliłem się na przekonywające argumenty. Ale moja retoryka skutku nie wywołała. — E! to tylko wice konsul — powiedział natręt — będzie miał i tak dość miejsca. Czy mogłem bronić świętej sprawy wobec człowieka, mającego takie odczucia? Założyłem protest przeciw jego postępowaniu, ulżyłem sumieniu i zasnąłem snem sprawiedliwego. Pięć minut przed wyruszeniem prawowici właściciele miejsc napłynęli do wagonu. Widząc tylko pięć wolnych miejsc, a ich było siedmiu, zaczęli się kłócić zawzięcie między sobą. B., ja i ten trzeci, siedzący w kącie, usiłowaliśmy uspokoić ich, ale namiętności były zbyt podniecone i głusi byli na głos rozsądku. Urządzały się rozmaite kombinacye z pięciu i ci napadali na pozostałych dwóch, że miejsca podstępem zdobyli, a każdy zosobna dawał do zrozumienia, że wszyscy pozostali są kłamcami. Strasznie mi się to nie podobało, że kłócili się po angielsku. Każdy z nich miał przecie swój język, było tam bowiem: czterech Belgijczyków, dwóch Francuzów i Niemiec, ale do wymyślania sobie wzajemnie znaleźli, że język angielski jest najodpowiedniejszy. Widząc, że się nie pogodzą, zwrócili się do nas o rozsądzenie sprawy. My, bez wahania, stanęliśmy po stronie szczuplejszych, i ci, uważając sprawę za skończoną, zajęli miejsca, mówiąc otyłym, by się wynosili. Ale ci nieszczęśliwi, Niemiec i jeden z Belgijczyków, nie myśleli ustępować i oświadczyli, że zawołają naczelnika stacyi. Naczelnik stacyi ani myślał słuchać tego, co oni mówili, tylko z góry napadł na nich, dlaczego wogóle wleźli do wagonu? — To wstyd, doprawdy — mówił — pakować się do oddziału już zajętego i niepokoić siedzącą tam publiczność! Mówił po angielsku, a tamci, z platformy już, odpowiadali w tenże sposób. Jak widzę, język angielski stał się popularnym w kłótniach między cudzoziemcami; widocznie uważają, że jest najdobitniejszy. Patrzyliśmy przez okno na tłoczących się. Bawiło nas to i zajmowało. W czasie najgorętszej argumentacyi nadszedł żandarm, i naturalnie, stanął po stronie naczelnika stacyi. Mundury zawsze trzymają się solidarnie, bez względu na to, o co się ludzie kłócą i kto ma racyę — to ich nie obchodzi. Takie już jest utarte między mundurami przekonanie, że mundur nigdy źle nie postępuje. Jeżeli złodziej nosi , to policya powinna mu służyć pomocą w każdej chwili i zabrać do więzienia tych, co stawiają zajęciom jego jakieś przeszkody. Żandarm pomagał wymyślać otyłym pasażerom również po angielsku. Plótł niestworzone rzeczy. Gdyby mówił po francusku, z pewnością lepiej wyrażałby swe uczucia, ale jemu chodziło o to, zresztą, jak każdemu cudzoziemcowi, by stać się skończonym krzykaczem angielskim. Korzystał więc z każdej sposobności, by się wprawiać. Jakiś urzędnik od rewizyi przyłączył się do tej kłótni. On bronił pasażerów, a zwymyślał naczelnika stacyi i żandarma, ale także po angielsku. B. niezmiernie się cieszył, że tak zdala od ojczyzny, na obcej ziemi, natrafił na taką swojską kłótnię angielską.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…