Read here

Dwa a dwa cztéry czyli Piekarz i jego rodzina

Kleofas Fakund Pasternak · 1837 · Free in the US

29,795 words · about 2 h 5 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1837 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Dwa_a_dwa_cztery_czyli_Piekarz_i_jego_rodzina&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Kleofas Fakund Pasternak
Language
Polish
Published
1837
Length
29,795 words · about 2 h 5 min
Sections
19 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (19)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 5 min
  3. I about 2 min
  4. II about 3 min
  5. III about 2 min
  6. IV about 2 min
  7. V about 6 min
  8. VI about 3 min
  9. VII about 2 min
  10. VIII about 4 min
  11. IX about 4 min
  12. X about 4 min
  13. XI about 4 min
  14. XII about 2 min
  15. XIII about 4 min
  16. XIV about 5 min
  17. XV about 3 min
  18. XVI about 4 min
  19. XVII about 5 min

Continue:

Front matter

DWA a DWA CZTÉRY

CZYLI

PIEKARZ I JEGO RODZINA.

całość

DWA a DWA CZTÉRY

CZYLI

PIEKARZ I JEGO RODZINA.

POWIEŚĆ

KLEOFASA FAKUNDA PASTERNAKA.

NAKŁADEM I DRUKIEM A. MARCINOWSKIEGO.

KOLEDZE

ADAMOWI

OCZAPOWSKIEMU

K. F. PASTERNAK.

RZUT OKA NA SCIESZKĘ,

KTÓRĄ POSZEDŁEM.

Drugą już powiastkę podając na widok publiczny; owoc niedojrzały chwil wolnych od ważniejszych zatrudnień, mam sobie za , napomknąć nieco o rodzaju pisania, do którego się na chwilę przywiązałem. Niemyślę ja tu rozszérzać się nad historyą tego rodzaju pisania; — nie jest to moim zamiarem. Sprobuję tylko okazać, jak ubogą jest Literatura nasza, w tej części, kiedy obce obfitują w różne, oddzielne i coraz mnożące się sposoby pisania powieści i romansów. Do pisania powieści (rozumie się dobrych, bo złe nie nazywają się powieścią, ani romansem, ale bazgraniną i ramotą, którą lada kto napisać potrafi); do pisania powieści dobrych, mówię, trzeba talentu (nieodzownie), poznania ludzi (koniecznie), wyobraźni (choć parę ziarek). Główną, najgłówniejszą, podług mnie zaletą, jest to — co przeszłego wieku i niektórzy nasi pisarze, mieli za nic: — kopijowanie wierne i nieprzesadzone. Wątpię ja — i dzisiejsza publiczność ze mną, ażeby dziwaczne, olbrzymie, ale niezgrabne utwory, jakiemi są wyskoki Heloizy, Korynny, Matyldy, Amelii; jakiemi napełnione są dzieła Panny Radcliffe, Genlis, Cottin, więcej były warte, nad wierne obrazy Cervantesa, Sterna, Fieldinga, Le-Sage etc. Eksaltacia, i ckliwa wielkość, niska przesada, nudny przymus, łzy najemne; — oto czém są naszpikowane te twory głów obłąkanych. Klelie, Cyrusy, Mandany, są to poczwary miłości, przedrzeźniacze jéj uczuć; — bo na imie jéj bohatérów nie zasługują. Są to nędzne wyroby, którym zamiast wielkości, nadano cechę dziwactwa; — ale jeszczeż jakiego dziwactwa! — dziecinnego, niedojrzałego, niesmakownego. Co za fałsz! jaki błąd! — czyliż to jest wielkiém, czego niepojmujem, nierozumiemy, lub naśladować nie możem? — obrazy takie, są jak owe jarmarkowe obrazy świętych, o których znaczeniu, podpis tylko jeden domyślać się każe. Jakież u tych pisarzy charaktery? — charaktery w jednéj lane formie, z małemi, nic nieznaczącemi odmiankami; — są to obrazy Chińskie, w których nié ma cienia, a są tylko obwody i kolory, iaskrawe wprawdzie, ale nienaturalne. Ci pisarze, powtarzam, są Chińczykami, którzy mniémają, że cień w obrazie stanowi rysę, plamę, skazę, i którzy patrząc na nasze malowidła, dziwują się tym plamom; — plamom, które obraz do przyrodzonej postaci zbliżają. Tak to właśnie, robią i ci pisarze: niechcą oni ludzi wystawiać ludźmi, i sądzą, że ich bohaterowie ażeby byli wielkimi, niepowinni mieć żadnych wad, żadnych przywar ludzkich, żadnego cienia, przy którymby się światło mocniej odbiło. Wystawują oni wielkość ckliwą, i nawet w odurzonych nią głowach wzbudzając rospacz, dla niemożności naśladowania. Rzućmy teraz okiem, na pole, daleko milsze oku. Tu spotykamy Cervantesa, wielkiego znawcę serca ludzkiego, wielkiego badacza jego tajników, trafnego malarza, jakim się w Don-Kichocie okazał. W tym małym zbiórze jego szkiców, znajdziemy wszystkie główne formy, z których później modelowali inni pisarze. Stern badał skrytsze jeszcze serca, odmalował uczucia, i jeśli Cervantes uderza dokładném oddaniem powierzchowności; ów wnika, wszywa się w serce człowieka, odkrywa pole walki, jego rozumu i uczuć, okazuje, jak rzadko piérwszy, ów zawołany rozum zwycięża, jak często znieważony i zbłocony wala się pod nogami. Lesage nié miał przebiegłości, niemiał poznania serca Yoricka — prowadzi on nas po kątkach, ze swoim djabłem kulawym, pokazuje nam ludzi — prawdziwych ludzi! Wolter, który na opinii, tyle stracił w XIX wieku, i Wolter pisał powieści! — niezłe, ale nie przednie; już to, co do zasad, jakie wodziły jego piórem, już co do zbytniego polegania na dowcipie, którego, jako jedynéj swéj tarczy, trzymał się, jak pijany płotu. Zadyk jest to sobie figura, bardzo , daleka od typow i oryginalności, śmieszna, głupia i dowcipna. Od tego wielkiego bazgracza, skoczę teraz do wielkiego Walter-Scotta, wielkiego w wyobraźni, talencie, we wszystkiém, czego mu było potrzeba. Rzuciłem tylko okiem, na ten świat, który sobie utworzył; na liczne grono jego dzieci. Co tu typów! co obrazów! — a nadewszystko ile prawdy! ile rozmaitości! — zawsze jeden, zawsze nowy! — niepotrzebuje on moich pochwał, wszyscy go znają. To tylko złego zrobił światu, że przy nim, wylągł się rój naśladowców — którzy tym mu są tylko podobni, że piszą. Mała jest liczba takich, którym usposobienie i talent, dozwoliły pójść w jego ślady — tymi są: Cooper, którego charaktery mniej są wydatne, mniej skończone: w nim nié ma tej czystości rysunku, nie tyle znać wprawną rękę, ile u Walter-Scotta. Wilibald Alexis, którego romans Walladmor, w Anglii nawet Walter-Scottowi przypisują, nierównie od Coopera jest słabszy; pełno w nim zamieszania, nieporządku, charaktery słabe, akcya nieprzywiązująca, nie często się urywa i wiąże nieforemnym węzełkiem. Walter-Scott pokazał, jak należy zdobić historyą, nie spoczwarzając ją: — w samych nawet jego dziełach, które historycznemi zowie, rozmaicie się trzyma dziejów. Są takie, w których główne osoby, intryga i tło samo jest historyczne (Richard); są inne, w których główne osoby, czepiają się tylko historyi (Kenilworth, Kwentyn-Durward, Iwanhoe); są nakoniec, ostatnie, odmalowane na tle , a jednak nie historyczne, które do pewnej epoki, łączą nie wypadki, nie intryga, nie osoby, ale obyczaje, szczegóły, drobnostki i błyskotki historyczne. Coopera do drugiego rodzaju romansów liczą się dziéła; jedyne dziécię Wilibalda, do trzeciego. Poprzedziły jeszcze Walter-Scotta romanse pseudohistoryczne, którym autorowie, nadali historycznemi, a często fałszywemi wyskokami, pieczęć śmiesznej jakiejś ważności; jak na naszych szpilkach, malują herb Angielski, dla pokupu. Do innego już wcale rodzaju, policzyć należy P. Ducange, który z małą odmianą, jest uczniem Sterna, ale swoje głębokie poznanie serca i człowieka, sztuczniej i staranniej oprawuje w ramki. Bohatyrów Dukanża kochamy, zlewamy się w nich duszą i umysłem (nous nous identifions). Rzuca on czasami zarysy obrazów wielkich, śmiesznych, lub po Teniersowsku prawdziwych, ale wszystko tak prędko, tak nagle, jak malarz korzystający z przelotnego jakiego obrazu, który rzuca tylko główne, cechujące go rysy. Clauren niepewny jeszcze, ku czemu ma się rzucić, eksaltuje się czasem, lub ściśle idzie za prawdą. Z nowszych pisarzy, najwięcej pono zachwycił dawnej szkoły. Jego Mimili, jest cudnie naiwna — przymiot nader ważny, bo go nie łatwo nadadź dziełu; a kto gwałtem szturmuje do naiwności — robi się głupim i nudnym. Szkoda że czas i miejsce, niedozwala nam rozszerzyć się nad sławnym z powieści człowieka osłabionych nerwów, z Gallerij, z Szkiców, Waszingtonem Irwingiem, nad powieściami Viktora Hugo, autora Hermaniego, dramy wybornej i bardzo silnie napisanej; ale musimy chwilę zatrzymać się przy czarownej E. T. A. Hoffmana. Geniusz Hoffmana, zdaje się w pół pijany, w pół obłąkany, pół — zapalony; — pełen obrazów silnych, charakterystycznych, uderzających, czasem poczwarnych; — ale jego poczwary są zajmujące: straszą i wabią. W jego powieściach, jak w pustej sali biesiadniczej zapisanej skrwawionemi mieczami, krwią zlanej i posypanej kwiatami; rozlega się szyderski śmiech rospaczy — migają twarze piekielne, czarownice i młodzieńce, czarnoksiężnicy i dzieci. Hoffman jest to wesoły śpiewak na grobach; tancerz, który lekką nogą stąpa po kościach i popiołach cmętarza, z trupią głową w ręku, z wieńcem kwiatów na skroniach. Jego suknia nosi łaty Arlekina i resztki żałoby; jego wieniec splata mirt, cyprys, róża i bławatek, dąb i pokrzywa. Śmiech jego rozlega się długo po naszej — jak wir kręci się w niej długo, podpala głowę i otacza nas na chwilę urokiem fantastyczności. Lubiemy pozostać w kole zakreśloném jego czarodziejską laską, otoczeni urojeniami, przelatując z najsprzeczniejszych uczuć do drugich, i pochwyceni niejako pędem wyobrażeń, płyniem póty, póki nas ta woda niesie. Takim jest Hoffman, ale nie zawsze. Historya Kota Murra, Gracz i t. p. nie są tak fantastyczne, jak Salwador, Rosa i Człowiek Piaszczany. (L’Homme au Sable). Nie śmiemy nic mówić o Janie Pawle Rychterze, który tak mocno ujął się języka i narodowości niemieckiej, w którego dziełach skaczemy z nieba na ziemię, z tronu w kałużę — zdanie o nim znajdzie czytelnik, w jednym z nowszych dzienników. Słusznie mówią iż Rychter tak jest narodowym pisarzem niemieckim, jak Alpy są rodzinnemi górami Szwajcar, Tybr narodową rzeką Rzymu. Listek tej niemieckiej rośliny, uszczknięty, nie kwiatu na obcej ziemi, uschnie i zwiędnieje. Göthego Werter, jest sławnym typem, typem równie narodowym, jak dzieła Rychtera. Niemiecki Werter się zastrzelił; Francuzki zakopałby się w jakim klasztorze z miniaturą swej Lotchen i plecionką jej włosów: Angielski, jeśliby nie naśladował literalnie niemca, toby pojechał przynajmniej do Szwajcaryi — spaść z jakiej skały, lub głodem się umorzyć; Hiszpański otrułby rywala, siebie, ją i każdego coby mu stanął na drodze; nasz Werter się z rospaczy, lub zaciągnąłby się do wójska. Wypada mi teraz zrobić wyznanie grzechów, i uderzywszy się w piersi, wymienić kogo naśladowałem; — śmiejcie się, gniewajcie się, róbcie co chcecie czytelnicy, ja do naśladowania się nie przyznaję; — źle czy dobrze, sam sobą się kontentuję i piszę. Wolno sądzić co się podoba.

DWA A DWA CZTERY

CZYLI

PIEKARZ I JEGO RODZINA.

I.

— Zgiń! — Przepadnij! — Uparty młokos! — Stary gdéra! Tak odzywali się dwaj przeciwnicy rozchodząc się przed znakiém piekarza Pana Mączki. Obydwa musieli być sobie straszni, bo się lękliwie oglądali, czy się wzajemnie nie gonią, a wymienione wyrazy, z ust ich słyszeć się dawały, jak grzmoty po uchodzącej burzy. Tak unikając się odeszli kilkadziesiąt kroków, a starszy z dwóch stanął nareście z miną wyzywającego do boju: z zapaloném okiem, wydętemi policzkami, z brwią zmarszczoną i pięścią mocno ściśnioną, okazując jawnie, iż po niebezpieczeństwie, gotów był z niego żartować. Młódszy przeciwnie, którego nadęta postać w kłótni poruszoną być musiała, nie oglądał się, ale zatopiony w myślach posuwał się dalej. — Kapelusz nasunął na uszy, wzrok wlepił w ziemię i szedł dziwnie tylko czasami poruszając głową. Zniknęli wreście, a plac boju pozostał wolnym; na błocie tylko mocno wyciśnięte ślady podkutych bótów i gęstych stąpań, okazywały poniekąd same pobojowisko. W okolicy widać było sklep piekarski Pana Mączki, długą stajnię i obok drogę, na której mnóstwo kolej, kazało się , iż często tamtędy przejeżdżano. Nad sklepem ukazywał się znak piekarski olbrzymiej wielkości, na którym dwa lwy uzbrojone w szpady rozrywały od lat kilkunastu zarumieniony obwarzanek. Walka tych zwierząt tym dziwniejszą się zdawała, iż tuż koło nich odmalowano cały stos bułek, chleba, placków, babek, strucli, rogalów i innego ciasta. Duże okno złożone z szyb nowych i czystych, dozwalało widzieć w środku nieprzejrzane półki świeżego i pięknego pieczywa, słoje z piernikami i innemi przysmakami straż przednią, a tylnią były ogromne bułki sitniego chleba. Zadziwiający porządek panował w tych szykach, a młoda piekareczka, pulchna i tłuściuchna, jak pączki przed nią leżące, sparta na białej rączce, zamyślona i milcząca, oczekiwała kupców, zwabionych pięknością bułek, lub jej twarzyczki. Z drugiego mniejszego okna widać było, podeszłą matronę, w czépku z szeroką szlarką, w maleńkich skórką obwarowanych okularach, z rozłożoną na kolanach księgą. Oczy jej niegdyś niebieskie, dziś pozbawione i ognia, były na karty, usta poruszające się zwolna, ukazywały jeszcze zdrowy rząd zębów, a włos wymykający się z pod czepka, był czarnego koloru, przypruszony siwizną. Na tej twarzy malowała się sama prawie obojętność, a rysy regularne nie okazywały na sobie śladu żadnej namiętności. U nóg jej leżał szpic wierny towarzysz trosk i zabaw, na skórzanej poduszce, stuliwszy się w kłębek i niekiedy tylko cichość sapaniem przerywał. W ciemnym kącie postawiony zegar, głośnym i regularnym gankiem, szpicowi do przerwania jednostajnego milczenia; i za każdym kwadransem, przedłużonym odgłosem zapowiadającym bicie swoje, ściągał na ciemny cyferblat, oczy staruszki. Taki był widok z dwóch okien wychodzących na plac boju — przed stajnią zaś siedział na ławce drzémiący sługa, w długich bótach, drélichowym spancerze i kapeluszu, na którym nosił znak swego urzędu. Głowa jego dziwne figury kréśliła w powietrzu: raz podnosząc się, to znów w niestałym kierunku spadając na te lub na drugie ramie; na tył, lub z przodu. Wóz ciężko obładowany skórami ciągnął się drogą, a przy nim z biczem postępował żyd w cichości. Ubior Starozakonnego składał się z długiego żupana, zapinającego się na haftki, a w ówczas podniesionego do góry od błota; z pasa, za którym założona była para łozowych prętów, z czapki aksamitnej z lisem, i nakoniec z pończóch i trzewików dosyć przestronnych. Gdy jeszcze dodam do tego, ze w oddaleniu z tej i drugiej strony ciągnął się długi rząd domów, że ponad dachami wznosiło się kilka kopuł kościelnych, że drzewa z pożółkłym liściem stérczały tu i ówdzie między domami — nikt mi nie zaprzeczy, żem ze wszelkiemi szczegółami pobojowisko opisał.

II.

Na tém to miejscu, o którém tylko co mówiłem, w godzinę po zwadzie ukazało się dwie naprzeciw siebie idące osoby. Jedną był człowiek podeszły w bajowej węgierce i czapce z uszami, z laską w ręku, zgarbiony jakby niósł ciężar jaki, w bótach ze sztylpami, i chustką grubo koło szyi podwiązaną. Na jego twarzy wszystkie cierpienia starości piętna pokładły: brwi miał siwe i opuszczone, oczki małe, otoczone smarszczkami, nos wychudły i tępo zakończony, usta sinie, policzki zapadłe, a włosy opuszczone na czoło. Pomimo powolnego kroku i schylenia głowy, niebyło okna po drodze, w któreby z satyrycznym starego rozpustnika niezajrzał wzrokiem. Suchy jego kaszel musiał bydź mieszkańcom tego miasteczka znajomy, bo umykali, posłyszawszy go, od okien. Z drugiej strony średniego wieku męszczyzna, szedł patrząc uważnie bardzo pod nogi, aby się błotem nie obryzgać, przeskakiwał małe kałuże i starannie suche miejsca wybierał. Postawa jego zasługiwała na trochę uwagi — był to człowiek suchy w sobie, ale na twarzy rumiany, rysy twarzy miał grube i twarde, oczy jego zdawały się jedném wejrzeniem obejmować wszystko, usta wznosiły się i rozszérzały co chwila, nos miał spory, a na wierzchniej nosił wymuskany wąsik. Cératowa czapka okrywała mu głowę, nie zatrzymując jednakże długich kręconych włosow opadających, aż na kołnierz od płaszcza; był w surducie kratkowanym merynosem podszytym, a pliuszowy kołnierz zakrywał mu część twarzy. Jasny jakiś kolor migał na podszewce hiszpańskiego ciasnego płaszcza, a na nogach utrzymywały się kalosze przestronne i niezgrabne. Tacy to byli dwaj wspomnieni, przeciw sobie postępujący ludzie, aże jeden patrzył w okna, a drugi pod nogi; nie się wcale, jak nastąpił krytyczny dla obydwóch karambol. Stuknęli się głowami i brzuchami, cofnęli się na parę kroków, starszy zrobił minę złośliwą i zagniewaną, a młódszy na wpół się śmiejąc, wpół ubolewając stanął wryty. — Ale jakże bo to można niepatrzyć przed siebie. — Czyż Pan nié masz oczu. — Radziłbym mu uczyć się chodzić. — Włóż waść drugi raz okulary! Tak odzywali się trąc guzy na czele, aż nakoniec staruszek ochłonął i podał rękę młodemu, mówiąc. — Obaśmy temu winni, ale drugi raz będę ostróżniejszym, jak dwa a dwa cztéry, spodziewałem się kiedykolwiek takiego wypadku. Młódszy nie musiał bydź rad z pojednania, bo z kwaśną tylko miną dodał: — Potrafię drugi raz uniknąć tej katastrofy. — Zkądże to Pan idzie? — Ja? z bilardu pod Słońcem; — a Pan. — Z Cukierni pod Czarnym Kozłem. — Cóż tam słychać. — Mówiono tam, że przed Pańskim sklepem ważna dziś zaszła utarczka. — Co? jak? przerwał z nieumiarkowaną niecierpliwością Pan Mączka. — Pokłócili się tu dwaj jacyś rywale. — Jak Pan mówisz? — Rywale. — Niemogę przypomnieć sobie, odpowiedział piekarz, jaki to urząd, o kim to Pan mówisz? — O dwóch kochankach córki Pańskiej. — Bredzisz waść — odpowiedział stukając laską po bruku zniecierpliwiony piekarz — mów mi z łaski swojej okrągło i wyraźnie. — Powiadam więc okrągło i wyraźnie że Pan Talarko z Panem Puszyńskim mieli zwadę przed drzwiami jego sklepu. — I o cóż chodziło? — O ustąpienie z drogi — Pan Talarko, który się w córce jegomościnej kocha, gruntując się na pełnej szkatule swoich imienników chce grać po nosie, każdemu kto mu zastąpi drogę. — Ma racyę — odpowiedział piekarz ze złośliwym uśmiechem stukając laską. — Otóż on to, dla prawienia córce Pańskiej czułostek, chciał się pozbyć Puszyńskiego; aże ten nie w ciemię bity, więc się uparł, i tak długo się wadzili, aż nareście oba uszli z placu. — Niegodziwiec! — Mojém zdaniem, mówił dalej opowiadający, Pan Puszyński źle bardzo sobie postąpił, iż tak łagodnie. — Łagodnie? pięknie mi łagodnie?! wygnać kogoś z przed domu ręczę że mu tego nie daruję. — Oba przecie byli winni, a więcej od drugiego Pan Talarko! — Proszę tak o nim niemówić, przerwał starzec, wielki to mój przyjaciel, a ja z niego żartować niedozwolę. Gdy to kończył z trudnością ominąwszy się z przeciwnikiem, stukając laską i burcząc pod nosem, poszedł do siebie.

III.

Przyszedłszy do siebie Pan Mączka, w złym był bardzo humorze, milcząc sklep przeszedł i wszedłszy do drugiej izby, rzucił laskę i czapkę, a sam chodzić zaczął wielkim krokiem po pokoju. Jejmość spójrzała tylko z ukosa na męża, złożyła książkę, wstała i biorąc klucze zapytała: co będzie jadł na wieczerzą? — Co sobie asani chcesz, rzekł prędko odwracając się Pan Mączka, i asani i córce muszę dziś dadź naukę! Ten wyraz musiał mocno staruszkę zadziwić, bo obróciła oczy na męża, i nic nie mówiąc jak gdyby niedowierzała swym uszom, czekała na dalsze przestrogi. — Wprowadzacie mi w dom, ludzi próżnych, a odstręczacie uczciwych. — Cóż to znaczy? — To znaczy, dodał starzec, laską, że się gniewam iżeście dozwolili aby Pan Puszyński, Pana Talarkę tu znieważał. — Chyba przeciwnie? — Wcale nie przeciwnie, rzekł znowu piekarz z nowém swej laski uderzeniem — co ja mówię, to mówię jak jest. Idź więc sobie asani do kuchni, a ja pójdę do córki. — Zbliż się tu mościapanno, rzekł stary siadając na wygodném krześle w swoim sklepie, i opierając ręce i brodę na gałce swej nieodstępnej towarzyszki laski. Chodź tu powtórzył, a zamyślona dziewczyna stanęła przed nim. Tu piekarz przybrawszy minę uroczystą i poważną, odchrząknął, spuścił wzrok na ziemię i zaczął. — Mosanno! jesteś bogata, jesteś szlachcianka, jesteś moja córka i na tém dosyć. Otóż, co chcę mówić, bogata, szlachcianka, moja córka, niepowinna wyszukiwać dla siebie zalotników wietrznych, jakim jest, co chcę mówić, Pan Puszyński, bo z nich jak dwa a dwa cztéry, żadnej nie będzie miała pociechy. Tandem, widzę, iż dozwolono tu uczynić affront Panu Talarce, co jak mi Bóg miły, jest rzeczą tym bardziej zdrożną, iż tenże Pan Talarko, bogaty, szlachcic, mógłby cię wziąć za żonę i — — Tego ja sobie nie życzę. — Oto się niepytam, rzekł ojciec stukając laską, czy życzysz, czy nie życzysz, nie widzę dla ciebie stosowniejszej partyi — notandum, iż Pan Talarko, prócz innych zalet, umie po niemiecku, i gra na fleciku. Więc, co chciałem mówić, jak dwa a dwa cztéry, kiedy tak będą mu grać po nosie. — Kiedy on sam. — To też to, przerwał ojciec, że on sam został obrażony, a na was, spada wina, żeście temu nie zapobiegli. A odtąd wymagam, rozkazuję i żądam, ażeby nieszczędzono największych względów dla mego przyjaciela Pana Talarki — w przeciwnym zaś razie. — Koło zębate pionowo ustawione, odezwał się któś wchodząc zamyślony do pokoju, dotykając walca.... aha! aha! wykrzyknął ów nieznajomy: inveni! i niewitając się w pośrodku pokoju w zamysłach. Tak odezwał się potém — kwadrat i koło z wpisanym..... — Co ty tam pleciesz Ryszardzie? zapytał Pan Mączka? — Ja? ja? rzekł młodzieniec z obłąkaniem oglądając się w około — zaraz ojcu wytłumaczę. Oto niech naprzykład ta bułka chleba będzie walcem ruchomym. — Lepiej żeby była nieruchomą, rzekł ojciec. — Jak to? nieruchomą bydź nie może — otoż ten walec zaczepia o koło zębate. — Dobrze, dobrze, mospanie, powiedział znowu ojciec, byle te koło zębate niebyło w gębie. — Jedno drugiemu ruch nadaje, rzekł znowu pierwszy, poruszają się tedy — gdy to mówił chcąc na przykładzie rzut ów ukazać, zaczął machać ręką i bochenek chleba oknem wyrzucił. — Co to jest? krzyknął gwałtownie ojciec, dar boży oknem — fora mi ztąd, do swojej izdebki! a to proszę! co za waryat! Ryszardzie! Ryszardzie! Napróżno starzec wołał. Pomieszany młodzieniec pobiegł do swej izdebki po wschodach wołając. Pierwiastka trójkąta!

IV.

W głębi małej izdebki, na pierwszym piętrze, nad stołem zastawionym wzorami machin, zarzuconym kółkami, walcami, drążkami i mechanicznemi kawałkami, siedział sparty łokciem na stole Ryszard. Blade jego lice oświecone jedynie promieniem księżyca, zdawało się bydź nieruchomym gipsu odłamem, zupełny brak uczuć malował się na twarzy, która tylko od tej czczości cierpieć się zdawała, oczy jego były nieruchomie wlepione w zaczętą machinę stojącą na stole, jedną ręką poruszał jej koła, drugą od niechcenia się podpierał. Jego milczenie było pewnym rodzajem zamyślenia i zagłębienia w nauce, zdawał się nie czuć, ale tylko , i w tym stanie pozornej odrętwiałości przepędził długie pół godziny. Nareście skrzypnęły drzwiczki i postać wdzięczna stanęła przed nim. — Nie przeszkadzaj! zawołał ponuro Ryszard. Siostra jego westchnęła tylko na te słowa, a on jakby zbudzony ze snu, porwał się i obrócił wzrok nieruchomy na jej twarz i postać. — To ty! zawołał nareście, to ty Beniusiu! po cóż przychodzisz zawsze przerywać moje prace. Ale ty tak jesteś dobra, ty mnie , gdy drudzy mię łają! patrz! dodał z cicha, dzieło moje zbliża się do końca, czy widzisz łańcuch niedostrzeżony, który wiąże ruch tych kół i osi. Niedługo nadam im obrót, cały świat poruszy się z niémi, niebo i ziemia, płynąć będą przez przestrzenie eteru, przebieżym nieskończoność. Ach moja siostro, spójrz na to niebo obsypane gwiazdami; cóżbym niedał gdybym się mógł tam przedrzeć! szedłbym aż do granic tego okręgu! przebiegłbym granice, poszedłbym dalej! cała sfera u nóg mychby się kręciła, wpadłbym i ja w ten obrót wielki i nieskończoną przyszłość całą. — Tu się zastanowił. Co ja plotę, moja Beniusiu? ty mię pewno nie rozumiesz, ty nie wiesz co to jest ruch nieustanny! ale któż pojmie wieczność, dodał głos zniżając, i mogąż dzieła krótko-żyjącego człowieka, kusić się o to, co ich Twórcy daném nie było? — Po tej smutnej myśli spuścił głowę i zamilkł. — Czy słyszysz? dodał potém z ożywiającym się zapałem, spoglądając na niebo, czy słyszysz boską, niezrównaną sfer harmonią. Nie! twoje ucho nie uczuje tych cudnych dźwięków, które tylko dusza oceniać i przyjmować umie. Tysiące światów błyszczy w ciemnej przestrzeni nieskończonej natury, krążą w cichości, wiecznie! a ich harmonija napawa mój umysł roskoszą. Wśród cichej nocy, kiedy nic ziemskiego nieprzerywa marzeń mej duszy, słyszę zawsze tę boską harmoniją! a ty? czy znasz nieporównaną muzykę światów? — Siostra westchnęła tylko i sparta na stole rzucała błędny wzrok to na niebo, to na Ryszarda. — Jestem w ciemnościach, w pustyni, w czczości bez końca, mówił dalej obłąkany, dusza moja błądzi po niewidzialnym świecie! u nóg moich w szybkim biegu przemykają się gwiazdy, nad głową toczy słońce, obłok mię unosi, usypiam. To mówiąc wydał westchnienie i zamilkł.

V.

— Zapalajcie świece, mówił Pan Talarko do sług swoich, chodząc po przygotowanych na wieczór pokojach. Lichtarze stawić rzadko, to lepiej oświeca, a przytém oszczędnie. Ten stolik umieścić w kąciku. Krzesła w pół kole. — Jakie kole! odpowiedział sługa, to owszem bardzo miękkie krzesełka. — Ja ci mówię ustawić w półkola. — Rozumiem, Panie, rozumiem, to się znaczy koło ściany. — Mówię ci przecie nie po niemiecku, czy mnie nie rozumiesz? — Tak, jak garki koło komina. — Koło komina! a to co innego, odpowiedział służący i już zabierał się stawić krzesła przy kominie, gdy Pan Talarko zniecierpliwiony ruszył ramionami i z nową burą tłómaczyć mu zaczął swoje żądanie. — Już to dobrodzieju, rzekł namyśliwszy się potém stary sługa, któryś z nas dwóch, musiał się pokrzepić, bo albo Pan mówi bez sensu, albo ja niémam sensu do zrozumienia. Bóg wie, co mi tam Pan dziś naplótł, i kole i nie kole, i koło ściany, i koło komina! a co zrobisz to źle. Już chyba mnie jegomość będzie łaskaw pozwoli pójść spać, bo mi się we łbie kręci jak gdybym się upił. — Marnotrawco! zawołał z mimowolnym na ustach uśmiechem Pan Talarko, idźże spać, a przyślij tu drugiego, żeby służył za ciebie. No proszę! mówił potém gospodarz do siebie, ręczę iż go Pan Mączka upoił, kiedy go chodził prosić do mnie na wieczór. Poczciwy to człowiek. Komodę wynieść do drugiego pokoju. Ale biedny z tym synem, któremu we łbie świta! Na piecu dosyć trzech lichtarzy. Już i goście pewno przyjdą niedługo! — Witam! witam, zawołał potém do wchodzącego wysmukłego oficera od ułanów. — Jak się Pan miewa! cóż tu, widzę, jeszcze nikogo nié ma? — Niedługo mam nadzieję, iż się schodzić zaczną — posłuchajno Pan tylko, czy nie słyszysz turkotu zajeżdżającego pojazdu? — Tak! któś przyjechał, pośpieszajmy na spotkanie. To mówiąc oficer wybiegł spójrzawszy jeszcze nawiasem w zwierciadło, a Pan Talarko z miną poważną i trochę dumną, poprawił mankietki, guziczki u kamizelki, zdmuchnął pył z sukni, posunął stolik, utarł świecę i udawał wielce zatrudnionego. — Trzeba, myślał sobie w duchu, udawać cóś większego niż zazwyczaj, ten kto wydaje wieczory ma prawo trochę wysoko głowę nosić. Ale — ale, nuż się tém goście obrażą, myślał znowu. O nie! nie obrażą się, owszem będą kontenci, że od takiego wysokiego i bogatego jak ja człowieka, mają honor bydź zaproszeni na wieczór. Nuże nastrójmy dobrą minę, już idą. Co za gałgan z tego oficera; rozmawia z panną Benigną! z moją kochanką! bo zdaje mi się, że ją kocham. Tak! kocham! serdecznie ją lubię. Jej ociec ma niezły mająteczek, będzie miała ze sto tysięcy posagu, trzeba bydź grzecznym, trzeba bydź bardzo nadskakującym dla niej Panie Talarko! Tak mówił sam do siebie, i mile do wchodzących gości się uśmiechał. Nie jest powinnością żadnego pisarza powieści, ani też moją, wyliczać cały szereg ludzi i ich nazwisk, gdy się oni zdaleka tylko pokazują czytelnikom; i ja też nie myślę przerywać uwagi ich długim opisem, a trzymać się będę osób główniejszych. Ze wszystkich gości, których nie mała liczba była w sali, najwięcej hołdów i czułych oświadczeń odbierała znajoma nam już panna Benigna, o której myślał, jak to powiadają, Pan Talarko. Miała ona tego wieczora, ubiór cale piękny i modny, włosy jej długie przepięto kilką strzałami pozłocistemi, kapelusz, na którym dowód zręczności dała pierwsza modniarka, kapelusz ten, mówię, wisiał na jej ręku, a szal przepyszny spływał po ramionach. Może się kto zadziwi, iż ta sama Benisia, która niedawno siedziała w sklepie przy bułeczkach, dziś jak bogata występuje pani? — Nic w tém nié ma szczególnego; bo zasady i sposób myślenia Pana Mączki, wszystko to wytłómaczyć potrafi. Zacny ten piekarz, chciał żeby w sklepie była piekarką, a na wieczorach i tańcach żądał od niej wielkiej pani. To było upodobanie ojca, a że rodzice mają prawo nad dziećmi, cóż dziwnego że panna Benigna miała szal kaszemirowy i przedawała bułeczki? Stanęło koło do mazura, a Pan Talarko, który przed piętnasto laty brał przez dwa tygodnie lekcye , prosił z sobą panny Benigny. Nogi jego poruszające się tam i sam zdawały się przygotowywać do tańca, spoglądał po sobie i od półgodziny stanąwszy w pierwszej pozycyi, mocno ściskał rękę obranej panny. Zabrzmiała kapela, z zapałem rzucił się w środek koła gospodarz, ciągnąc za sobą ledwie zdążyć mogącą pannę. Ktoby go raz w życiu widział tańcującego, ręczę do śmierciby niezapomniał: głowę podnosił do góry, nogi stawiał prosto i sztywnie, a ręką w lewo i w prawo kréślił w powietrzu koła, zagrażając bliżej stojących nosom i głowom. Przytomni powiadają, że żywość charakteru i wino wypite przez pana gospodarza, były posłami strasznego jakiegoś wypadku, i utrzymują że się w tym tańcu bez kozéry obejść nie mogło. Za pierwszą jednak figurą nic się nie stało, a Pan Talarko był zupełnie z siebie kontent. W drugiej gdy ogień życia żywiej popędził krew w żyłach tańcującego, gdy coraz gwałtowniej, coraz silniej cały jego korpus się poruszał — peruka spadła pod nogi panny Benigny, i o mało nie była przyczyną strasznego upadku tancerki. Zagrzany tańcem i radością, nie czuł tego gospodarz, iż jego głowa pozostała bez ochrony łysa i połyskująca, kończył dalej figurę, a gdy własna jego ozdoba pod nogami mu się zaplątała, podrzucił ją, a ze śmiechem przytomnych, peruka po gładkiej posadzce wyśliznęła się za koło tańcujących. Przytomni goście polegali od śmiechu, którego sobie gospodarz wytłómaczyć nie mógł, uważając go jedynie za oznakę wesołości. — Pan Talarko starannie do tej pory ukrywał, że nosił cudze włosy na głowie, i do jakiegoż stopnia doszła zapalczywość marcowego kawalera, gdy mijając zwierciadło ujrzał w niém postać swą, utratą drogiego pokrycia zeszpeconą! w pierwszym zapale miał już straszne na ustach przekleństwo i pięść na stłuczenie tafli nieprzyjaznej zwróconą, od którego tylko przytomność wielu osób go wstrzymała. Poszedł tedy krokiem niepewnym ku miejscu, gdzie jak mu się zdało musiała leżeć jego zguba. Udawał że chodzi tylko dla odpoczynku po tańcu, ale mocno się zarumienił, gdy ujrzał w ciemnym kątku — dwa pieski szarpiące drogą warszawską perukę. Ażeby większego nie wzbudzić śmiechu, z sercem pełném goryczy i niesmaku, udał się w kąt i zaczął odbierać należność swoję od natarczywych rabusiów. — A fuj! a puść ha! a nie pójdziesz! mówił półgłosem, żeby go nie usłyszano. Pies odwrócił się, pokazał zęby i darł dalej. Gospodarz zaś nieśmiałą rękę posunął ku przedmiotowi poszukiwania i prędko ją cofnął, gdy pies trzymając silnie zdobycz, zawarczał przeraźliwie. Otóż to pożytek wieczorów, myślał zasmucony gospodarz, koszt, wydatek, wstyd i nic więcej. — Pódź tu! — Filon tu! — dał się słyszeć głos w bliskości, a pan gospodarz szybko psa zasłonił od wołającej. — Niech się sobie bawi, rzekł drżącym głosem. — Ach! zawołała czule Pani Exaktorowa, on cóś tam psuje. — Ej nie! odparł gospodarz, niech się bawi. — Filon! pódź tu, Filon! — i Filon przybiegł z pod krzesła naprzeciw swej pani z peruką w zębach. — Co ja widzę? krzyknęła udając przestraszoną , on psuje czyjąś perukę.. — Perukę! mruknął gospodarz, unikając tłómaczenia, bodajby licho ciebie i twego pieska, wszystkie peruki i wieczory. Są niektóre stworzenia tak upartej natury, że nie łatwo dadzą sobie odebrać, to co się im raz w pyszczek dostanie — a z tego rodzaju było pieścidełko Pani Exaktorowej. Na żadne wołania, groźby i prośby nie czułe, spokojnie pobiegło po pokojach ze swoim łupem. Jego pani równie upartego musiała bydź humoru, bo za nim pobiegła, mąż jej chcąc się dowiedzieć o co chodzi, zaczął ją gonić, gospodarz niespokojny pobiegł za Exaktorem, za nim pogonił się oficer; kilkoro ciekawych dzieci poszło za tym ostatnim, za niémi znowu matki, troskliwe i lękliwe niańki, ciekawi dopełnili rzędu, i cała ta processya, poprzedzana od psa z peruką w zębach, ze śmiechem i gwarem w koło pokojów obiegać zaczęła. Jest to i niezbędną cechą zwierząt, a czasem i ludzi, że tym prędzej uciekają, im kto prędzej goni — i Filon też miał dobre nogi — i zmykał jak najęty. — Łapaj! goń! krzyczano zewsząd wśród śmiechów, a gospodarzowi tchu i mowy brakło. Niedość było na tém upartemu losowi, który dał psu w zęby najpiękniejszą w mieście perukę; chciał on więcej jeszcze i swego dokonał. Na drodze tych gonitw stał piękny stolik mahoniowy, na nim duże świece i cały do herbaty porządek. W tłumie i , oficer trącił stolik, i wszystko co na nim było, runęło pod nogi przechodzących. Woda z samowaru płynęła strumieniem po podłodze, cały serwis porcelanowy okrył szczątkami swemi miejsce pogoni, a świece połamane gorzały leżąc na ziemi. Co za straszny i poruszający widok! krzyk, wrzask, zamieszanie, tumult, rozległy się po pokojach, a Filon korzystając z dobrej chwili wymknął się na ulicę, unosząc drogą perukę

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…