Front matter
KAROL BAUDELAIRE
DROBNE POEZYE PROZĄ
Tłumaczyła
całość
KAROL BAUDELAIRE
DROBNE POEZYE PROZĄ
Tłumaczyła
Helena z Sienkiewiczów Żuławska
Z portretem autora
i z przedmową
Jerzego Żuławskiego.
KRAKÓW
NAKŁADEM KSIĘGARNI D. E. FRIEDLEINA
WARSZAWA — E. WENDE I
1901
łaściwie... arcydzieł nie powinno się tłumaczyć, bo zawsze na tem tracą. A już przedewszystkiem nie należy czytać tłumaczeń, gdy można czytać oryginał. — Te uwagi, nie licujące z celem przedmowy do tomiku tłumaczeń, cisną mi się pod pióro. Mimo to przyznać muszę, że przekłady mają wielką racyę bytu. Zapoznają one z obcemi arcydziełami tych, którzy z jakiegokolwiek powodu w oryginale czytać ich nie mogą, a co ważniejsza, są częstokroć pobudką do poznania pierwowzoru, do zaczerpnięcia wody u źródła, którego one są tylko nikłym odpływem. Nie potrzeba na to przytaczać przykładów; są one dostatecznie i powszechnie znane. Naturalnie mam tu na myśli tłumaczenia, będące mniej lub więcej wiernem odtworzeniem wzoru, — ich całą zaletą jest właśnie wierność. Wielcy poeci tłumaczą inaczej: ani Mickiewicz Byrona, ani Słowacki Kalderona nie odtwarzali, lecz przetwarzali. Im nie chodziło już o , lecz o ducha utworu, którego nawet, jak Słowacki, nie wahali się według własnego usposo- bienia przetwarzać. A jednak to nie-wierne tłumaczenie wielkich poetów przez wielkich poetów jest najwierniejsze, bo jest tem, czem pierwowzór: arcydziełem. Baudelaire, jeden z największych nowożytnych geniuszów poetyckich, nie doczekał się jeszcze takiego tłumacza, choć nań zasługuje. Przekłady A. Langego i Adama M-skiego niektórych wierszy z »Fleurs du mal« są bezwątpienia piękne i dobrze zrobione, ale — to jeszcze nie to, coby być mogło i powinno. »Poemes en prose« o ile wiem, w ogóle dotąd w całości ani w większych częściach tłumaczone nie były. Niechże niniejszy przekład ten brak tymczasowo przynajmniej usunie. Tłumaczka, po raz pierwszy zresztą na tem polu występując, nie kusiła się nawet o zupełne dorównanie wzorowi: na to trzebaby poety równie wielkiego, jak Baudelaire. Wszystko, co mogła osiągnąć — i mojem zdaniem osiągnęła — to czystość języka i wierność przekładu. Sądzę zatem, że bez obawy, owszem z pewną otuchą może oddać swą pracę w ręce czytelników. A praca to, trzeba dodać, nie lekka, zwłaszcza jeśli się zważy trudności, które nastręcza sposób wyrażania się, a jeszcze więcej sposób myślenia i obrazowania tego poety! „Poemes en prose“ są tak mało u nas znane i czytane... A jest tam przecież kawał żywej, nieubłaganie krytycznej i szyderczej, a uczuciem drgającej do głębi i w tych sprzecznościach rozpaczliwie krzyczącej współczesnej duszy człowieczej. Kawał, mówię, bo czasem wątpię, czy ta dusza dzisiaj w ogóle jako jednolita całość istnieje.
KAROL BAUDELAIRE
DROBNE POEZYE PROZĄ
DO ARSENA HOUSSAYE.
M drogi przyjacielu, posyłam ci to małe dziełko, o którem nie możnaby nie bez słuszności powiedzieć, że nie ma ni ogona ni głowy, ponieważ jest tu wszystko i głową i ogonem równocześnie, kolejno i naprzemian. Rozważ, proszę cię, jakie nadzwyczajne dogodności daje ta kombinacya nam wszystkim, tobie, mnie i czytelnikowi. Możemy przerwać gdzie chcemy, ja moje marzenia, ty rękopis, czytelnik lekturę; ponieważ ja nie pociągam bynajmniej woli jego opornej nieprzerwaną nicią wyszukanej intrygi. Usuń jedno ogniwo, a pozostałe części tej krętej fantazyi dadzą się połączyć bez trudu. Potnij ją na liczne kawałki, a zobaczysz, że każdy z nich może istnieć oddzielnie. W nadziei, że niektóre z tych dzwon dość będą żywotne, aby cię rozerwać i zabawić, ośmielam się ofiarować ci całego tego węża. Mam wyznać ci jeszcze jedno. Właśnie to, gdym po raz dwudziesty może przeglądał znakomitego Gasparda de la Nuit Alojzego Bertranda (książka znana tobie, mnie i kilku naszym przyjaciołom — czyż nie ma wszelkiego prawa zwać się znakomitą?) przyszła mi myśl, aby się pokusić o coś podobnego, i środki, którymi on się posługiwał w obrazie życia starożytnego, tak niezmiernie malowniczego, zastosować do opisu życia współczesnego, a raczej pewnego życia współczesnego i więcej abstrakcyjnego. I któż z nas nie marzył, w dniach górnych zamiarów, o cudzie poetyckiej prozy, muzykalnej, bez rytmu i rymu, dość giętkiej i dość śmiałej, by się zastosować do drgnień lirycznych duszy, do kołysań marzenia, do porywów świadomości? Przedewszystkiem z odwiedzania miast niezmiernych, wśród krzyżowań ich niezliczonych wpływów ten nieodparty ideał się rodzi. Czyż ty sam, przyjacielu drogi, nie usiłowałeś przełożyć w śpiew przeraźliwego krzyku Szklarza, i wyrazić prozą liryczną wszystkich dręczących suggestyi, które ten krzyk posyła aż na poddasza, przez najgęstsze mgły ulicy? Ale, prawdę powiedziawszy, obawiam się, by mi zazdrość na złe nie wyszła. Zaledwie pracę rozpocząłem, spostrzegłem, że nie tylko pozostałem daleko za moim niezgłębionym i świetnym wzorem, ale tworzyłem jakąś rzecz (jeżeli to można nazwać jakąś rzeczą), dziwnie odmienną; wypadek, z którego każdy inny prócz mnie byłby dumny niewątpliwie, który jednakże li głęboko upokorzyć może umysł uważający za największe szczęście poety wykonanie właśnie tego, co zrobić zamierzał.
Twój szczerze życzliwy
K. B.
I.
CUDZOZIEMIEC.
K kochasz najwięcej, człecze niepojęty, mów? ojca, matkę, siostrę czy brata? — Nie mam ani ojca, ani matki, ani siostry, ani brata. — Przyjaciół? — Użyłeś oto wyrazu, którego znaczenie po dziś dzień jest mi niezrozumiałe. — Ojczyznę? — Nie wiem, w której stronie świata leży. — Piękność? — Radbym ją kochał — boską i nieśmiertelną. — Więc złoto? — Nienawidzę go tak, jak ty nienawidzisz bóstwa. — A więc cóż ty kochasz, cudzoziemcze dziwny? — Kocham chmury... chmury co przechodzą... tam... czarowne ...
II.
ROZPACZ STARUSZKI.
B pomarszczona staruszka ucieszyła się, zobaczywszy tę ładniutką dziecinę, której się każdy przymilał i każdy się chciał przypodobać: to milutkie stworzonko, tak wątłe jak ona, staruszka i także jak ona bez ząbków i bez włosów. I zbliżyła się do niego chcąc stroić śmieszki i pocieszne minki. Ale dziecina przestraszona broniła się od pieszczót poczciwej, zgrzybiałej starowiny i cały dom napełniła piskiem. Tedy starowinka zamknęła się w swem wiecznem osamotnieniu i płakała w kąciku, mówiąc do siebie: „Ach! dla nas nieszczęśliwych starych niewiast przeminął już czas podobania się — nawet niewiniątkom — i odrazę budzimy w dzieciach, które chcemy kochać!“
III.
CONFITEOR ARTYSTY.
J przejmujące są schyłki dni jesiennych! Ach! przejmujące aż do bólu! rozkoszne wrażenia, których nieokreślność nie wyklucza bynajmniej wysokiego napięcia; nie ma kolca ostrzejszego nad kolec Nieskończoności. Co za rozkosz napawać wzrok widokiem bezmiaru nieba i morza! Samotność, milczenie, niezrównana czystość błękitu! drobny żagiel trzepocący na horyzoncie i który swoją małością i odosobnieniem przypomina mi moje własne, nieuleczalne istnienie, — melodya jednostajna tłumu, wszystko to myśli przezemnie, albo ja myślę przez to wszystko (gdyż w majestacie marzenia moje „ja“ rychło się gubi!); wszystko to myśli, mówię, ale muzykalnie, malowniczo, bez dociekań, bez syllogismów, bez wywodów. W każdym razie te myśli, czy wychodzą ze mnie, czy z rzeczy się wydobywają, stają się wkrótce nadto intensywne. Energia w rozkoszy sprawia niesmak i bezpośrednie cierpienie. Moje nadto napięte nerwy wydają już tylko wibracye zgrzytliwe i bolesne. I teraz przeraża mnie nieba głębokość i jego przeźroczystość mnie przygnębia. Wzdrygam się przed martwotą morza i niezmiennością widoku... Ach! czyż trzeba wiecznie cierpieć, czy też wiecznie uciekać przed pięknem? Przyrodo, czarodziejko bezlitosna, rywalko zawsze zwycięska, ostaw mię w pokoju! Nie wódź na pokuszenie mych żądz i mej dumy! Badanie piękna to zapasy, w których artysta krzyczy z trwogi nim zostanie pokonany.
IV.
ŻARTOWNIŚ.
B to rozblask Nowego Roku: zamęt błota i śniegu, rozjeżdżanego przez tysiące karet, iskrzący się zabawkami i cukierkami, mrowiący się chciwością i rozpaczą, szał urzędowy wielkiego miasta, zdolny zamącić mózg najodporniejszego samotnika. Wśród tego zgiełku i hałasu dreptał żywo osioł, popędzany przez jakiegoś draba, uzbrojonego biczem. Gdy osioł miał zawrócić na skręcie chodnika, jakiś piękny pan urękawiczony, wylakierowany, straszliwie ukrawacony, uwięziony w nowiuteńkim garniturze, skłonił się ceremonialnie przed poczciwem bydlęciem i rzekł, zdejmując kapelusz: „Życzę ci dobrego i szczęśliwego Nowego Roku!“ poczem zwrócił się do jakichś z miną zarozumiałą, jakby żądał, by swojem uznaniem wzmogli . Osioł nie widział tego pięknego żartownisia i pobiegł żarliwie, gdzie go wołał obowiązek. Mnie zaś nagle zdjęła taka bezmierna wściekłość na tego cudownego głupca, w którym snadź streścił się cały dowcip Francyi.
V.
DWOISTY POKÓJ.
P podobny snowi, pokój zaiste duchowy, w którym atmosfera zastygła jest lekko zabarwiona różem i błękitem. Tu dusza nurza się w kąpieli lenistwa, przepojonej wonią żalu i pożądania. — Jest to coś mglistego, niebieskawego i różowawego: marzenie rozkoszy w półmroku. Sprzęty biorą kształty wydłużone, przeciągłe, omdlałe. Sprzęty zdają się marzyć; chciałoby się rzec, że są obdarzone życiem somnabulicznem, jak minerały i rośliny. Materye mówią swym językiem niemym, jak kwiaty, jak nieba, jak zachodzące słońca. Na ścianach nie ma nic, coby raziło zmysł artystyczny. Wobec marzenia czystego, odczucia niepodzielnego, sztuka określona, sztuka pozytywna jest bluźnierstwem. Tutaj wszystko potrzebną jasność i rozkoszny mrok harmonii. Nieujęta zła woń najwyszukańszego doboru, z którą się miesza leciuchna wilgoć, unosi się w tej atmosferze, gdzie duch w sen się kołysze wrażeniami cieplarni. Mgła muślinu pada obficie przed oknami i przed łóżkiem; rozlewa się w śnieżnych kaskadach. Na tem łóżku spoczywa Bóstwo, królowa marzeń. Ale skąd się ona tu wzięła? Kto ją przyprowadził? Co za moc magiczna posadziła ją na tym tronie marzeń i rozkoszy? Mniejsza o to! Otóż jest! Ja ją poznałem. Otóż zaprawdę oczy jej, których płomień przeszywa zmierzch; te subtelne i straszliwe źrenice poznałem po zatrważającej zdolności rzucania uroków. One przyciągają, one pokonują, one pochłaniają wzrok nierozważnego, który się w nie wpatrzy. Często się w nie wgłębiałem, w te czarne gwiazdy, co zmuszają do ciekawości i podziwu. Jakiemuż przyjaznemu demonowi mam do zawdzięczenia, że jestem w tem otoczeniu tajemnicy, milczenia, pokoju i woni? O błogości! to co nazywamy powszechnie życiem, nawet w nadmiarze szczęścia, nie ma nic wspólnego z tem życiem najwyższem, które teraz poznaję i którem się rozkoszuję z minuty na minutę, z sekundy na sekundę! Nie! nie ma już minut, nie ma już sekund. Czas zniknął; Wieczność panuje, wieczność rozkoszy! W tem nagle zabrzmiało u drzwi uderzenie straszliwe, ciężkie — i zdało mi się, jakoby w śnie piekielnym, iż ktoś mnie wali w brzuch motyką. A potem Widmo weszło. To woźny sądowy przychodzi mnie męczyć w imieniu prawa; podła nałożnica przychodzi krzyczeć o litość i dodać ohydę swego życia do boleści mojego; lub też smyk redaktora, który się upomina o dalszy ciąg rękopisu. Pokój rajski, Bóstwo, królowa marzeń, Sylfida, jak mówił wielki Réné, całe to czarnoksięstwo znikło za uderzeniem, którem Widmo zakołatało. Zgroza! przypominam sobie! przypominam. Tak, ta licha izba, ten przybytek wieczystej nudy — to jest moje. Oto głupie meble zaprószone, poobtrącane, kominek bez płomienia i żużla, upstrzony plwocinami; smutne okna, na których deszcz wyznaczył bruzdy w prochu; rękopisy przekreślane i niezupełne; kalendarz, w którym ołówek zaznaczył złowrogie daty! A tę woń z innego świata, którą się z wrażliwością wyrafinowaną, niestety! zastąpił smrodliwy zapach tytoniu zmieszany z jakąś wstrętną pleśnią. Oddycha się tutaj wonią starzyzny i spustoszenia. W tym ciasnym, a tak bardzo wstrętnym świecie, jeden tylko przedmiot znany mi się uśmiecha: flaszeczka laudanum; dawna i straszna przyjaciółka; jak wszystkie przyjaciółki, niestety! szczodra w pieszczotach i zdradzie. O tak! Czas wrócił; czas panuje jako władzca teraz i wraz z wstrętnym starcem powrócił jego demoniczny orszak Wspomnień, Żalów, Spazmów, Bojaźni, Udręczeń, Zmór, Złości i Newrozy. Zapewniam was, że sekundy teraz znaczą się uroczyście i silnie, i każda wyglądając z zegara mówi: „Ja jestem Życie, nieznośne, nieubłagane Życie!“ W życiu ludzkiem jest tylko jedna sekunda, której posłannictwem oznajmić dobrą nowinę, dobrą nowinę, która każdemu sprawia niewytłumaczoną trwogę. Tak! Czas panuje; objął napowrót brutalne samowładztwo. I popycha mnie, jak gdybym był wołem, podwójnym ościeniem: „A nuże, zawłoko! poć się, niewolniku! Żyj, potępieńcze!“
VI.
KAŻDY MA SWOJĄ ZMORĘ.
P wielkiem szarem niebem, na wielkiej piaszczystej równinie, bez drogi, bez trawnika, bez ostu, bez pokrzywy, spotkałem kilku ludzi, którzy szli zgarbieni. Każdy z nich dźwigał na grzbiecie ogromną Zmorę, ciężką jak wór mąki, lub węgla, albo jak tornister rzymskiego piechura. Ale to potworne zwierzę nie było martwym ciężarem; przeciwnie, owijało i dusiło człowieka elastycznymi i potężnymi mięśniami; wpijało się dwoma wielkimi pazurami w pierś swojego wierzchowca; a jego bajeczna głowa sterczała nad czołem człowieka, podobnie jak te straszliwe przyłbice, któremi starożytni wojownicy starali się zatrwożyć nieprzyjaciela. Zaczepiłem jednego z tych ludzi i spytałem gdzie idą? Odpowiedział mi, że tego ani on, ani żaden z nich nie wie; ale widocznie idą dokądś, gdyż każdego z nich prze naprzód jakaś nieprzezwyciężona siła. Rzecz godna uwagi: żaden z tych podróżnych nie wydawał się zgniewanym na to dzikie zwierzę, uwieszone na jego szyji i przyczepione do jego grzbietu; owszem, rzec by można, uważał je niejako za cząstkę samego siebie. Wszystkie te twarze zmęczone i surowe nie wyrażały bynajmniej rozpaczy; pod przygnębiającą kopułą nieba, brnąc w prochu ziemi tak pustej jak to niebo, szli z wyrazem zrezygnowania tych, co są skazani na wieczną nadzieję. I przeszedł orszak koło mnie, i zatonął w atmosferze widnokręgu w miejscu, gdzie powierzchnia planety zaokrągla się i usuwa ciekawości ludzkiego wzroku. Przez kilka chwil wysilałem się, by zrozumieć tę tajemnicę; ale wnet niepokonana Obojętność spadła na mnie, i byłem nią więcej przytłoczony, niż ci ludzie duszącemi Zmorami.
VII.
BŁAZEN I WENERA.
C za cudowny dzień! Ogromny park omdlewa pod palącem okiem słońca, jak młodość pod wpływem Miłości. Powszednia ekstaza rzeczy nie objawia się żadnym szelestem; wody nawet są jakoby uśpione. Różna zupełnie jest ta orgia milcząca od hałaśliwych biesiad ludzkich. Zda się, że światło ciągle wzrastające użycza coraz nowych błysków przedmiotom, że kwiaty podniecone płoną żądzą dorównania żywością barw błękitowi nieba, że upał, czyniąc wonie widocznemi, unosi je ku gwieździe dnia jak ofiary. Jednak spostrzegłem jedną zasmuconą istotę pośród tej ogólnej radości. U stóp kolosalnej Wenery, jeden z tych sztucznych szaleńców, jeden z dobrowolnych błaznów, mających obowiązek rozśmieszać królów, gdy Zgryzota lub Nuda ich napada, odziany w kostyum śmieszny i rażący, ubrany na głowie w rogi i dzwoneczki, przytulony do stopni pomnika, podnosi oczy pełne łez ku nieśmiertelnej Bogini. A oczy mówią: „Jestem upośledzony i samotny wśród ludzi, próżen miłości i przyjaźni, niższy zaiste pod tym względem od najpodlejszego zwierzęcia. A jednak i ja jestem stworzony, by czuć i rozumieć nieśmiertelną Piękność! O! Bogini! zmiłuj się nad moim smutkiem i szaleństwem!“ Ale nieubłagana Wenera patrzy oczyma z marmuru w dal nieokreślną.
VIII.
PIES I FLAKON.
M śliczny piesku, mój dobry piesku, moja droga ciuciu, do mnie, chodź powąchać świetne perfumy, które kupiłem u najlepszego w mieście perfumiarza“. Piesek kiwając ogonem, co oznacza u tych biednych istot zdaje mi się coś w rodzaju uśmiechu i zadowolenia, zbliża się i przytyka ciekawie wilgotny nosek do otwartego flakonu; i nagle cofa się z przestrachem i szczeka na mnie jakby z wyrzutem. „Ach! nędzna sobako, gdybym ci dał paczkę gnoju, węszyłbyś go z rozkoszą, a może i pożarł. A tak, i ty nawet niegodny towarzyszu mojego smutnego życia, podobny jesteś do tłumu, któremu nie trzeba nigdy dawać delikatnych wonności, bo go rozjątrzają, ale śmiecie starannie wybrane“.
IX.
ZŁY SZKLARZ.
S natury czysto myślące i zupełnie niezdolne do czynu, które jednak z popędu tajemnego i nieznanego, działają czasem z popędliwością, której się sami po sobie nie spodziewali. Naprzykład taki, który z obawy znalezienia u stróża smutnej wiadomości, wałęsa się tchórzliwie przed drzwiami, nie śmiejąc wejść, taki co nosi dwa tygodnie nieotwarty list przy sobie, lub taki, który zdobywa się na zrobienie kroku, od roku już potrzebnego, dopiero przy końcu szóstego miesiąca, tacy ludzie czują się nieraz jak strzała z łuku gwałtownie rzuceni do czynu przez siłę jakąś nieodpartą. Moralista i lekarz, którzy utrzymują, że wszystko wiedzą, nie umieją wytłumaczyć, skąd się bierze w tych leniwych i obleśnych duszach nagle ta szalona energia, i jak niezdolne do spełnienia i najpotrzebniejszych rzeczy, znajdują, w jednej chwili odwagę zbytnią do wykonania czynów niedorzecznych, a często nawet najniebezpieczniejszych. Jeden z moich przyjaciół, najnieszkodliwszy marzyciel jaki może być, podpalił raz las, by się przekonać, mówił, czy ogień chwyta tak łatwo, jak to utrzymują ogólnie. Dziesięć razy z rzędu doświadczenie chybiło; ale jedenasty udało się aż zanadto. Inny znowu zapali cygaro obok beczki z prochem, aby widzieć, aby wiedzieć, aby kusić przeznaczenie, aby się zmusić do pokazania odwagi, aby udawać zucha, aby poznać przyjemność trwogi, dla niczego, przez kaprys, dla zabicia czasu. To jest rodzaj energii, który tryska z nudy i marzycielstwa; a ci, u których się tak jaskrawo ujawnia, są w ogólności, jak już mówiłem, ze wszystkich istot najniedołężniejsi i najwięksi marzyciele. Inny, nieśmiały tak dalece, że spuszcza oczy przed wzrokiem ludzi, tak dalece, że musi zebrać całą swoją biedną wolę, by wejść do kawiarni lub przejść obok biura teatru, którego kontrolorzy zdają mu się przyodziani w majestat Minosa, Eaka i Radamantha, przyskoczy gwałtownie i chwyci za szyję staruszka przechodzącego mimo niego i uściska go z zapałem przed zdziwionym tłumem. Dlaczego? Gdyż..., gdyż ta fizyognomia była mu nieprzezwyciężenie sympatyczna? Może; ale słuszniejsza przypuścić, że on sam nie wie dlaczego. Ja sam byłem nieraz ofiarą tych przesileń i tych uniesień, które nam każą wierzyć, że duchy złośliwe w nas wchodzą i zmuszają nas do wykonania mimo wiedzy ich najniedorzeczniejszych zachcianek. Pewnego ranka obudziłem się zadąsany, smutny, znużony gnuśnością i usposobiony, jak mi się zdawało, do zrobienia czegoś wielkiego; i otworzyłem niestety okno! (Zważcie proszę, że zmysł do oszukiwania, które u pewnych osób nie jest wynikiem namysłu ani rozumowania, lecz przypadkowego natchnienia, zależy wiele, bodaj ze względu na żywość żądzy, od tego usposobienia, hysterycznego podług lekarzy, satanicznego podług tych, co myślą trochę lepiej od lekarzy, które nas popycha nieodparcie do mnóstwa czynów niebezpiecznych, albo niestosownych). Pierwszą osobą, którą zobaczyłem na ulicy, był szklarz, którego krzyk przenikliwy i niemiły doszedł aż do mnie przez ciężką i brudną atmosferę paryską. Nie umiałbym zresztą powiedzieć, czemu naraz uczułem nienawiść nagłą i nieubłaganą na widok tego biednego człowieka. — „Hej! hej!“ zawołałem go, by przyszedł na górę. Tymczasem myślałem nie bez pewnej uciechy o tem, że pokój mój jest na szóstem piętrze a schody są bardzo wązkie, a więc ten człowiek będzie musiał niemało trudów ponieść przy wchodzeniu i zawadzić w kilku miejscach na skrętach schodów kruchym kramikiem. Wreszcie wszedł; obejrzałem ciekawie wszystkie jego szkła i powiedziałem mu: „Jakto! nie macie szkieł kolorowych? szkieł czerwonych, różowych, niebieskich, szyb magicznych, szyb rajskich? Jakiż ty jesteś bezwstydny! śmiesz się wałęsać po dzielnicach ubogich i nie masz nawet szyb, przez które się widzi życie w piękności!“ I pchnąłem go żywo ku schodom, na których się potykał, mrucząc. Poszedłem na balkon, wziąłem mały wazonik i gdy ten człowiek ukazał się w drzwiach, spuściłem prostopadle ten pocisk na tylny brzeg jego noszów; a on przewracając się pod ciosem, zmiażdżył grzbietem cały swój mizerny, przenośny majątek, który wydał dźwięk donośny, jak gdyby pałac kryształowy został strzaskany piorunem. I pijany wściekłością krzyczałem dziko: „Życie w piękności! życie w piękności!“ Te żarty nerwowe są zgubne i trzeba je nieraz drogo okupić. Ale mniejsza o wieczne potępienie, gdy się znajdzie w jednej sekundzie nieskończoność uciechy!
X.
O PIERWSZEJ PRZEDEDNIEM.
N jestem sam! Nie słychać już nic prócz słabego turkotu kilku zapóźnionych i znużonych doróżek. Będziemy mieli kilka godzin ciszy, jeżeli nie wypoczynku. Nareszcie skończyła się tyrania ludzkiego oblicza, i jeśli cierpieć będę, to już tylko przez siebie samego. Nareszcie! oto wolno mi wytchnąć, nurzając się w ciemnościach! Przedewszystkiem zamek na dwa spusty. Zdaje mi się, że to obrócenie klucza wzmoże mą samotność i utwierdzi zapory, które mnie od świata dzielą obecnie. Paskudne życie! Paskudne miasto! Przebiegnijmy w myśli cały dzień: widziało się z kilku literatami, z których jeden pytał, czy można do Rosyi zajechać drogą lądową (zapewne wyobrażał sobie, że Rosya jest wyspą); dysputowało się walecznie z redaktorem , który na każdy zarzut odpowiadał: „Tutaj jest stronnictwo porządnych ludzi“, dając tem do zrozumienia, że wszystkie inne dzienniki są redagowane przez samych nicponiów; pozdrowiło się ze dwadzieścia osób, z tego piętnaście nieznanych zupełnie; rozdało się tę samą ilość uścisków ręki, nie zwracając na to uwagi, że trzeba było kupić rękawiczki; poszło się dla zabicia czasu podczas ulewy do komedyantki, która prosiła aby jej narysować kostyum Wenustry; umizgało się do dyrektora teatru, który powiedział na odchodnem: „Możeby dobrze było, gdyby się pan udał do Z...; to jest najcięższy, najgłupszy i najsławniejszy ze wszystkich moich autorów; z nim może dojdziesz pan końca. Zobacz się pan z nim, a potem zobaczymy“; chełpiło się (dlaczego?) kilkoma brzydkimi, w istocie nigdy nie popełnionymi czynami, a wypierało się tchórzliwie innych niecnych postępków, z ochotą popełnionych, występków z fanfaronady, zbrodni wobec opinii ludzkiej; odmówiło się przyjacielowi łatwej przysługi, i dało się piśmienną rekomendacyę skończonemu łotrowi; uf! czy na tem koniec? Niezadowolony ze wszystkich i niezadowolony ze siebie pragnąłbym w milczeniu i nocy oczyścić się i zasłużyć trochę na lepsze wyobrażenie o samym sobie. Dusze tych, które kochałem, dusze tych, które opiewałem, pokrzepcie mnie, wspomóżcie mnie, oddalcie odemnie kłamstwo i trujące wyziewy świata; a Ty, Panie mój, Boże! użycz mi łaski, bym mógł napisać kilka ładnych wierszy, które by mi dowiodły, że nie jestem ostatnim między ludźmi, że nie jestem niższy od tych, którymi gardzę.
XI.
DZIKA KOBIETA I WYPIESZCZONA DAMA.
Z, moja kochana, męczysz mnie bez miary i litości; gdyby kto słyszał twoje westchnienia, powiedziałby, że cierpisz więcej niż sześćdziesięcioletnie zbieraczki kłósków i stare żebraczki, które zbierają skórki z chleba przed drzwiami gospody. Gdyby przynajmniej twoje westchnienia były oznaką wyrzutów sumienia, robiły by ci jakiś zaszczyt; ale one wyrażają tylko sytość wygody i nadmiar spoczynku. A dalej rozwlekasz się ustawicznie w niepotrzebnych słowach: „Kochaj mnie bardzo! ja tego tak potrzebuję! Pociesz mnie teraz — popieść mnie znowu!“ Czekaj! spróbuję cię uleczyć; może znajdziemy środek za dwa soldy, na kiermaszu, nie idąc bardzo daleko. Przypatrzmy się dobrze, proszę cię, tej mocnej klatce żelaznej, w której rzuca się wyjąc jak potępiony, wstrząsając prętami jak orangutan zrozpaczony wygnaniem, naśladując świetnie koliste skoki tygrysa, lub ciężkie drepcenie białego niedźwiedzia, ten potwór kosmaty, którego kształty są trochę podobne do twoich. Ten potwór jest jednem z tych zwierząt, do których się mówi powszechnie „mój aniele!“ to znaczy kobietą. Drugi potwór, ten co krzyczy na całe gardło, z pałką w ręku, jest jej mężem. Zamknął swoją prawowitą małżonkę jak zwierzę i pokazuje ją w dnie jarmarczne po przedmieściach, rozumie się za pozwoleniem władzy. Uważaj dobrze! Patrz z jaką ona żarłocznością (może nawet nieudaną!) rozdziera żywe króliki i wrzeszczący drób, który jej rzuca dozorca. „Hola! powiedział, nie trzeba zjadać całego zapasu w jednym dniu“; i po tem mądrem słowie wyrywa jej okrutnie zdobycz, której wnętrzności zmotane wiszą jeszcze przyczepione do zębów tego dzikiego zwierza... kobiety — chciałem rzec. Hej-że! porządny raz pałką dla uspokojenia, bo oto błyska straszliwemi oczyma z chciwością za wydartem pożywieniem. Wielki Boże! ta pałka nie jest od zabawki; czy odgłos ciała, mimo przyprawionych kudłów? To też ślepia aż ze łba jej wyłażą i ryczy teraz naturalniej. Od wściekłości iskrzy się aż cała jak żelazo na kowadle. Takie są małżeńskie zwyczaje tego dwojga potomków Adama i Ewy, tych dzieł Twoich rąk, o mój Boże! Ta kobieta jest niezaprzeczenie nieszczęśliwa, chociaż przy tem wszystkiem, może łechcące rozkosze sławy nie są jej obce. Są nieszczęścia, którym trudniej zaradzić — i więcej niepowetowane. Ale ona w świecie, w który rzucona została, nie mogła nigdy myśleć, że kobieta zasługuje na inny los. A teraz pomówmy o sobie, drogi klejnocie! Widząc piekła, których świat jest pełen, cóż chcesz abym myślał o twojem ładnem piekiełku, ty, co przeciągasz się tylko na tkaninach tak delikatnych, jak twoja skóra, co jesz tylko gotowane mięso, z którego zręczny służący stara się wykroić najlepsze kawałki dla ciebie? I co mogą znaczyć dla mnie wszystkie te drobne westchnienia, któremi wzbiera twoja wonna pierś, tęga kokietko? I cała ta przesada wzięta z książek, i ta niezmordowana melancholia, zdolna raczej natchnąć widza każdem innem uczuciem, niż litością? W istocie, przychodzi mi czasem ochota dać ci poznać, co to jest prawdziwe nieszczęście. Widząc cię tak, ty delikatna piękności, z nogami w błocie a z oczyma wzniesionemi mglisto ku niebu, jak gdybyś wyczekiwała stamtąd jakiego królewicza, rzec by się chciało zaiste: młoda żaba wzywająca ideału. Jeżeli pogardzasz szczurkiem (którym ja teraz jestem, jak wiesz dobrze), to strzeż się niedźwiedzia, który cię porwie, zgryzie i zabije dla swej przyjemności! jestem poetą, nie jestem tak zaślepiony, jakbyś sobie ty tego życzyła, i jeżeli mnie będziesz męczyć za często swojemi wytwornemi płaksami, będę się z tobą obchodził jak z kobietą dziką, albo wyrzucę cię przez okno, jak próżną
XII.
TŁUMY.
N każdemu dano nurzać się w mnóstwie: sztuką jest bawić się tłumem — i ten tylko może sobie urządzić kosztem rodzaju ludzkiego hulatykę życiową, komu jakaś wróżka w kołysce już zaszczepiła skłonność do udawania i maskarady, wstręt do stałego miejsca pobytu i namiętność podróżowania. Tłum, samotność: słowa dla poety czynnego i płodnego równoznaczne i zamienne. Kto nie umie zaludnić swej samotności, tem mniej będzie umiał być samotnym w gwarnym tłumie. Poeta cieszy się tym niezrównanym przywilejem, że może być do woli sam sobą i drugim. Jak te dusze błądzące, co szukają ciała, tak on wchodzi, gdy chce, w każdą osobistość. Dla niego samego wszystko stoi otworem; i jeżeli niektóre miejsca zdają mu się zamknięte, to dlatego, że w jego oczach nie są warte trudu, by je zwiedzić. Samotnik wałęsający się i zamyślony dziwnie się upaja tą powszechną komunią. Ten, co się z tłumem łatwo zaślubia, odczuwa rozkoszne dreszcze, których będzie wieczyście pozbawiony egoista, zamknięty jak skrzynia, i leniwiec, zaskorupiały jak miękczak. Przyjmuje on za swoje wszystkie dole, wszystkie radości i wszystkie nędze, które okoliczności mu nasuwają. To, co ludzie nazywają miłością, jest bardzo małe, bardzo ograniczone i bardzo słabe, w porównaniu do tej niewymownej orgii, tej świętej prostytucyi duszy, która się oddaje cała ze swą poezyą i czułością nieoczekiwanemu, co się ukazuje, nieznanemu, co przechodzi. Dobrze jest pouczyć czasem szczęśliwców tego świata, chociażby tylko dla upokorzenia chwilowego ich głupiej dumy, że są szczęścia wyższe, rozleglejsze i więcej wyrafinowane. Założyciele kolonii, duszpasterze, kapłani, misjonarze wygnani na końcu świata, wiedzą coś bezwątpienia o tych tajemniczych upojeniach; i na łonie licznej rodziny, która się stała ich Geniuszem, śmiać się mogą nieraz z tych, którzy ich żałują, że dola ich taka burzliwa i życie tak czyste.
XIII.
WDOWY.
V mówi, że w ogrodach publicznych są aleje nawiedzane głównie przez upadłą ambicyę, przez nieszczęśliwych wynalazców, przez niedoszłe sławy, przez złamane serca, przez wszystkie te dusze burzliwe i zamknięte, w których mruczą jeszcze ostatnie westchnienia burzy i które unikają zdaleka zuchwałego wzroku próżnujących i zadowolonych. Te cieniste ustronia są punktem zbornym dla złamanych życiem. To też poeta i filozof przedewszystkiem w te miejsca zwracają najchętniej chciwe domysły. Tam jest pewny pokarm. Gdyż, jeżeli jest miejsce, którego zwiedzaniem gardzą, jak zawsze przypuszczałem, to jest właśnie miejsce radości bogatych. To wyuzdanie w znikomości nie ma dla nich nic pociągającego. Przeciwnie, czują oni nieprzeparty pociąg ku wszystkiemu, co słabe, zniszczone, zasmucone, osierocone. Wprawne oko nie myli się w tem nigdy. W tych rysach surowych lub znękanych, w tych oczach zapadłych i zamglonych, albo świecących ostatnimi błyskami walki, w tych zmarszczkach głębokich i licznych; w chodzie powolnym i urywanym, odczytuje zaraz niezliczone legendy o zdradzonej miłości, o poświęceniu zapoznanem, o wysiłkach nie nagrodzonych, o głodzie i zimnie, znoszonem pokornie i w milczeniu. Czy zauważyliście kiedy na tych samotnych ławkach biedne wdowy? Czy to w żałobie, czy nie, łatwo je rozpoznać. Zresztą w żałobie ubogiego jest zawsze jakiś niedobór, brak harmonii, który jeszcze więcej serce rozdziera. Musi on skąpić swej boleści. Bogaty nosi ją w wielkim komplecie. Któraż z wdów jest smutniejsza i więcej zasmucająca: ta, co ciągnie za rękę malca, z którym nie może się podzielić myślami, czy ta, co jest zupełnie sama? Nie wiem... Zdarzyło mi się raz iść przez parę długich godzin za jedną nieszczęśliwą staruszką tego rodzaju: sztywna, wyprostowana, w małym szalu, miała w całej swojej istocie dumę niezachwianą. Widocznie była skazana przez zupełną samotność na przyzwyczajenia starego kawalera, i charakter męski tych obyczajów nadawał coś oryginalnie tajemniczego ich surowości. Nie wiem, w której nędznej kawiarni i w jaki sposób jadła ona śniadanie. Szedłem za nią aż do czytelni, i śledziłem długo, jak szukała w dziennikach ruchliwemi, niegdyś palonemi przez łzy oczyma, wiadomości ważnych i osobistych. W końcu jednego popołudnia pod uroczem niebem jesiennem, tem niebem, z którego zstępują tłumnie żale i wspomnienia, usiadła sobie na uboczu w ogrodzie, aby słuchać daleko od tłumu koncertu, którym muzyka pułkowa raczy ludność paryską. Jest to niewątpliwie mały zbytek tej staruszki niewinnej (albo tej staruszki oczyszczonej), dobrze zasłużone pocieszenie po tych dniach ciężkich, bez przyjaciela, bez rozmowy, bez radości, bez powiernika, którym Bóg kazał spadać na nią może już od lat! trzysta sześćdziesiąt pięć razy do roku. I jeszcze jedna: Nie mogę się nigdy powstrzymać, aby nie rzucić okiem, jeśli już nie sympatycznem wogóle, to przynajmniej ciekawem, na tłum nędzarzy, którzy się cisną dokoła ogrodzenia na publicznym koncercie. Orkiestra rzuca skróś nocy śpiewy uroczyste, tryumfalne albo rozkoszne. Suknie wloką się i błyszczą; spojrzenia się krzyżują; próżniacy znużeni bezczynnością drepcą, udając z niedbałością, że ich muzyka nie zajmuje. Tutaj tylko bogactwo, szczęście, nic, coby nie oddychało i nie upajało się beztroską i rozkoszą oddania się życiu; nic, z wyjątkiem tej zgrai tam, opartej o baryerę zewnętrzną i chwytającej darmo na wolę wiatrów rzucone strzępy muzyki i patrzącej na to błyszczące rozpromienione wnętrze. Jest zawsze rzeczą zastanawiającą to odbicie radości bogacza w głębi oka nędzarza. Ale owego dnia poprzez tłumy ubrane w bluzy bawełniane zobaczyłem istotę, której wytworność tworzyła rażący kontrast z całą trywialnością wokoło. Była to kobieta wysoka, wspaniała i tak szlachetna w całym wyglądzie, że nie przypominam sobie, abym widział podobną w całej kolekcyi minionych piękności arystokratycznych. Cała jej osoba tchnęła wonią wyniosłej cnoty. Twarz jej smutna i wychudła dostrajała się wybornie do ciężkiej żałoby, którą miała na sobie. Ona także, jak motłoch, do którego się wmięszała, a którego nie widziała, patrzyła na ten jasny świat głębokiem okiem i słuchała, wstrząsając lekko głową. Szczególne zjawisko! „Zaiste, — powiedziałem sobie, — ten niedostatek, jeśli to w ogóle jest niedostatek, nie powinienby chyba łączyć się z brudną oszczędnością; ta szlachetna twarz przekonywa mnie o tem. Dlaczego więc pozostaje dobrowolnie w miejscu, gdzie tworzy taką rażącą plamę?“ Ale przechodząc ciekawie koło niej, odgadłem przyczynę, zdaje mi się. Ta imponująca wdowa trzymała za rączkę dziecko, tak jak ona czarno ubrane; choć cena wstępu była bardzo nizka, ta cena wystarczała zapewne, aby opłacić jakąś potrzebę tej małej istotki, więcej nawet, zbytek, zabawkę. I powróci pieszo, rozmyślając i marząc sama, zawsze sama; gdyż dziecko jej swawolne, egoistyczne, niewyrozumiałe i niecierpliwe, i nie może nawet tak jak proste zwierzę, jak pies i kot, być powiernikiem w boleściach samotnych.
XIV.
STARY KUGLARZ.
T próżniaczy na wszystkie strony się rozlewał, rozciągał i skakał z uciechy. Była to jedna z tych uroczystości, na które długo już naprzód liczą kuglarze, linoskoczki, pokazywacze zwierząt i wędrowni kramarze, aby sobie wynagrodzić liche zarobki w ciągu roku. W tych dniach, zdaje mi się, zapomina ten ludek o wszystkiem, o boleści i pracy; staje się podobny dzieciom. Dla malców jestto dzień rekreacyi, dzień wyswobodzenia się od strachu szkoły na dwadzieścia cztery godzin. Dla dorosłych jestto rozejm, zawarty ze złoczynnemi potęgami życia, wypoczynek wśród zatargów i powszechnych zapasów. Nawet człowiek światowy i człowiek oddany pracy umysłowej z trudnością uchylają się od wpływu tej uciechy pospólstwa. oni mimowoli również tę atmosferę beztroski. Co do mnie, jako prawdziwy paryżanin, nie omieszkam nigdy zwiedzić wszystkich bud, które się wznoszą w tych uroczystych epokach. Robiły sobie w istocie straszną konkurencyę; piszczały, ryczały, wyły. Była to mieszanina krzyków, wystrzałów moździerzy i wybuchów rakiet. Dudki i gamonie wprawiali w konwulsyjne drgania twarze smagłe, stwardniałe od wiatru, deszczu i słońca — i rzucali z zaufaniem aktorów pewnych efektu, dowcipy i żarty o komizmie grubym i ciężkim, jak molierowski. Jarmarczni herkulesi, dumni ze swych potężnych muskułów, bez czoła i czaszki, jak orangutangi, pysznili się majestatycznie w szmatach świeżo na tę uroczystość wypranych. Baletnice, urocze jak boginie lub księżniczki, podrygiwały, podskakiwały przy świetle latarń, które zasypywało gwiazdkami ich spódniczki. Wszystko było światłem, kurzem, krzykiem, radością, zamętem; jedni wydawali, drudzy zarabiali, jedni i drudzy równie zadowoleni. Dzieci czepiały się sukni matki, aby dostać laseczkę cukru, albo też gramoliły się na plecy ojca, by lepiej widzieć kuglarza, jaśniejącego jak jaki bóg. I wszędzie unosiła się ponad wszystkimi innymi zapachami woń potu, która była niejako kadzidłem tej uroczystości. Na końcu, na samym końcu szeregu tych baraków, zoczyłem biednego kuglarza, który, jak gdyby wzgardzony i wygnany sam jeden z tych wszystkich świetności, zgarbiony, marny, wynędzniały, istna ruina człowieka, stał, opierając się o słup swej budy, budy mizerniejszej od szałasu najnędzniejszego dzikiego, i której smutek jeszcze bardziej występował w blasku dwóch kawałków płonącej i topiącej się świecy. Wokoło radość, zysk, rozpusta, wokoło pewność chleba na jutro, wokoło szalone rozhukanie sił żywotnych. Tutaj zupełna nędza, nędza przyodziana dla większej jeszcze okropności w śmieszne łachmany, których pstrokacizna była wyrazem raczej niedostatku, niż sztuki. On nie śmiał się, ten biedak! On nie płakał, nie tańczył, nie wywijał rękami, nie krzyczał; on nie śpiewał piosnki ni wesołej, ni bolesnej, on nie żebrał. Był niemy i nieruchomy. Poddał się, wyrzekł się już wszystkiego. Jego los był rozstrzygnięty. Ale jakimże głębokim, niezapomnianym wzrokiem wodził po tym tłumie i po tych światłach, których ruchoma fala zatrzymywała się o kilka kroków przed jego odstręczającą nędzą! Uczułem, że gardło moje ściska straszna dłoń spazmu, i zdało mi się, że spojrzenie moje ćmi się zbuntowanemi łzami, które spaść nie chcą. Co począć? Na cóż pytać nieszczęśliwego, jakie dziwa, jakie osobliwości ma do pokazania w tych cuchnących ciemnościach, za tą poszarpaną zasłoną? Nie śmiałem, prawdziwie; i choć powód mojej nieśmiałości może was rozśmieszyć, przyznam się, że obawiałem się go upokorzyć. W końcu postanowiłem położyć mimochodem jakiś pieniądz na jednej z tych desek, przypuszczając, że odgadnie myśl moją, gdy wtem odciągnął mnie daleko od niego silny przypływ ludzi, spowodowany nieznanem mi zamieszaniem. I wracając, opętany tem widmem, próbowałem zanalizować moją nagłą boleść i powiedziałem sobie: „Widziałem obraz starego literata, co przeżył pokolenie, któremu był świetnością i podziwem; starego poety bez przyjaciół, bez rodziny, bez dzieci, zeschniętego przez nędzę i ludzką niewdzięczność, do którego budy — łatwo zapominający świat wejść już nie chce!“
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Drobne poezye prozą.
