Read here

Donkiszot żydowski

Klemens Junosza · 1899 · Free in the US

70,630 words · about 4 h 57 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1899 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Donkiszot_żydowski&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1899
Length
70,630 words · about 4 h 57 min
Sections
15 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (15)

Continue:

Szkic z literatury żargonowej żydowskiej

Tanie wydawnictwo dzieł

Klemensa Junoszy.

'

DONKISZOT ŻYDOWSKI

SZKIC

Z LITERATURY ŻARGONOWEJ ŻYDOWSKIEJ.

'

SKŁAD GŁÓWNY

w księgarni St. J. Zaleskiego i S-ki, Szpitalna 5.

Wstęp • I • II • III • IV • V

VI • VII • VIII • IX • X • XI • XII

Дозволено Цензурою

Варшава, Сентября 22 дня 1898 года.

Druk Tow. Kom. St. J. Zaleski & Co., Złota 3.

Szkic z literatury żargonowej żydowskiej

Tanie wydawnictwo dzieł

Klemensa Junoszy.

'

DONKISZOT ŻYDOWSKI

SZKIC

Z LITERATURY ŻARGONOWEJ ŻYDOWSKIEJ.

'

SKŁAD GŁÓWNY

w księgarni St. J. Zaleskiego i S-ki, Szpitalna 5.

Дозволено Цензурою

Варшава, Сентября 22 дня 1898 года.

Druk Tow. Kom. St. J. Zaleski & Co., Złota 3.

Praca niniejsza wymaga kilku słów objaśnienia, które właśnie mam zamiar podać, w sposób najtreściwszy. Żydzi są w tem szczęśliwszem od wielu narodów, położeniu, że u nich każdy człowiek, biedny czy bogaty, wyrobnik, czy też krociami obracający kupiec, musi umieć czytać. Tradycya, obyczaje, obowiązki religijne wreszcie, wymagają od nich umiejętności czytania, a w sferze konserwatywnej „uczoność“ i „biegłość w piśmie“ uważane są za najcenniejszy przymiot człowieka. Nieraz zastanawiałem się nad tem, co nasi, polscy żydzi czytają? co się znajduje w tym stosie ksiąg, jaki u każdego z nich znaleźć można? Czy są to tylko księgi święte i Talmud? czyli też i dzieła innej, świeckiej treści? Dziś mam już na to pytanie odpowiedź. Żydzi posiadają dwie literatury i dwa odrębne, zupełnie niepodobne do siebie, języki. Pierwsza literatura to hebrajska — druga żargonowa. Myli się ten, kto język hebrajski do umarłych zalicza, żyje on i rozwija się ciągle. Pięcioksiąg Mojżesza, księgi Starego Testamentu wogóle, Talmud, prace uczonych żydów średniowiecznych, olbrzymia literatura rabiniczna, wreszcie przekłady znakomitych dzieł spółczesnych z dziedziny nauk ścisłych — oraz poezya — świadczą, że język ten, od czasów przedmojżeszowych jeszcze aż do dni naszych, ciągle jest na usługach myśli i ducha ludzkiego. Hebrajska jednak literatura, jest literaturą wyższą, dostępną tylko dla ludzi więcej wykształconych, władających „mową świętą“ jak ją żydzi zowią, językiem pięcioksięgu i proroków. Massa hebrajskiego języka nie zna, i dla niej też istnieje inne piśmiennictwo, to jest literatura żargonu. Jestto w ścisłem znaczeniu tego wyrazu literatura ludowa. Do niezbyt dawnych jeszcze czasów, książki żargonowe miały charakter wyłącznie religijny. Drukowano w nich modlitwy dla kobiet, przekłady częściej w praktyce stosowanych przepisów Talmudu i wogóle to tylko, co z wyznaniem, formami i obrzędami religijnemi miało jakiś związek. Dopiero przed laty czterdziestoma mniej więcej, światlejsi żydzi, pragnąc wprowadzić pierwiastki cywilizacyjne do życia zacofanych swych braci — zaczęli pisać w żargonie i stworzyli literaturę dość już obszerną, literaturę, w której można znaleźć prace istotnie godne uwagi. Postanowiłem już oddawna zapoznać się z tem mianowicie piśmiennictwem, co mi się do pewnego stopnia udało — i oto właśnie przedstawiam czytelnikom pierwsze owoce pracy na tem polu. Książki żargonowe drukowane są literami hebrajskiemi, w języku, który jest zaprawdę osobliwą lingwistyczną miksturą. Bez ustalonych form, bez gramatyki i składni prawidłowej, z tysiącami najrozmaitszych naleciałości, jest on tak dalece dowolnym, że każdy autor prawie inaczej go używa. Zkąd się wziął ten „język“ osobliwszy, nie tu miejsce rozbierać szczegółowo. , przywędrowawszy do nas przed ośmioma wiekami z Niemiec, przynieśli z sobą i mowę niemiecką, która już była widać domowym ich językiem. Samo ich życie, skrępowane, ograniczone na każdym niemal kroku różnemi przepisami religijnemi, dorzuciło do niemczyzny wiele wyrazów hebrajskich i wogóle oryentalnych, w które obfituje Talmud, a nareszcie, stosunki z rdzenną ludnością krajową, stały się powodem, że do żargonu weszły wyrazy czysto słowiańskiego pochodzenia. Można sobie wyobrazić zatem, jaki dziwoląg językowy wytworzyć się musiał w takich okolicznościach! Pewna partya żydów postępowych walczy przeciwko żargonowi, usiłuje go wytępić i skłonić żydów do używania mowy krajowej, inna zaś chce właśnie, przez rozpowszechnianie książek w żargonie — cywilizować massę. Wytępić żargon, myśl piękna; lecz łatwiej ją wypowiedzieć aniżeli wykonać, gdyż bądź co bądź, żargon jest językiem żyjącym i używanym przez setki tysięcy ludzi, i wiele zapewne wody upłynie zanim go żydzi porzucą. Literatura żargonowa, o tyle o ile krzewi dobre zasady i uczciwe myśli, ma racyę bytu — i prędzej osiągnie cel zamierzony, aniżeli najpiękniejsze książki i broszury polskie, których żyd-konserwatysta nie bierze do ręki. Wychodząc z tego stanowiska nie godzi się potępiać autorów piszących w żargonie, gdyż kierują nimi dobre pobudki. Autorowie żargonowi rekrutują się przeważnie z pośród żydów litewskich, książki zaś drukowane w tym idyomie wychodzą głównie w Wilnie, Berdyczowie, Odessie, w niektórych miastach galicyjskich i potrosze w Warszawie. Na ilość jest ich wiele, co do jakości zaś, to jest wartości ich wewnętrznej, dużo można powiedzieć. Niektóre z nich pisane są przez ludzi obdarzonych rzeczywistym talentem, obserwatorów doskonałych, znających życie żydowskie gruntownie i myślących głęboko. Odznaczają się satyrą ostrą, zjadliwą, gryzącą, satyrą czysto żydowską. Nie chcąc przeciążać zbytecznie tego i tak już przydługiego wstępu, objaśnić muszę jeszcze powód, który mnie skłonił do zaznajomienia się z tą literaturą. Przedewszystkiem, szło mi o bliższe poznanie żydów, ich życia religijnego, domowego, sposobu wychowania i kształcenia dzieci — ich przesądów i zabobonów. Mieszkając na jednej ziemi, powinniśmy znać się bliżej koniecznie — a czyż się znamy? Bynajmniej. Społeczeństwo nasze zna faktora, kupca, rzemieślnika, lichwiarza — ale żyda nie zna. Nie zna go takim, jakim on jest w domu, w szkole, w towarzystwie swych współbraci, w bóżnicy. Żyd z chrześcijaninem spotyka się na targu, w kramie swoim, i tam tylko wogóle, gdzie idzie o jakiś interes. Interes się kończy i żyd znika w swojem domowem zaciszu, które od chrześciańskiego społeczeństwa oddziela mur chiński, wznoszony przez wieki. Religia, język, przesądy oddzieliły od siebie te dwie warstwy ludności, a oddzieliły w ten sposób, że z poza owego muru żyd doskonale widzi chrześcianina, zna na wskróś jego życie domowe, jego słabości i wady, a sam zupełnie jest przez swego sąsiada nieznany. Otóż znajomość literatury żydowskiej, która w wielu razach, z fotograficzną dokładnością maluje domowe życie izraelitów, ich zalety i wady, występki i cnoty, uchylić może do pewnego stopnia zasłonę — i dać poznać nie kupca, nie handlarza, nie faktora, lecz... żyda. Wiadoma to rzecz, że chrześciańską a żydowską ludnością kraju nie ma wielkiej sympatyi, że jak z jednej, tak i z drugiej strony są nieporozumienia, są wzajemne pretensye i niechęci — poznajmy się więc bliżej, a może łatwiej przyjdziemy do ładu i harmonii, tak pożądanej dla dobra ogólnego. Książki żydowskie drukowane są u nas, czytane przez ludzi, z którymi łączą nas ciągłe i nieustanne stosunki — a jednak my tych książek zupełnie nie znamy... Nasza sfera inteligentna więcej ma wyobrażenia o literaturze hiszpańskiej, a nawet i chińskiej, aniżeli o tem co czytają żydzi, obok nas, na jednej ziemi, mieszkający. Ztąd też i piśmiennictwo ich wolne jest od wszelkiej krytyki i nie liczy się zupełnie z opinią chrześciańskiej ludności. To był drugi wzgląd, który mnie skłonił do studyowania żargonu. Zdaje mi się, że w tych kilku słowach wyjaśniłem dostatecznie cel niniejszej pracy. Z dalszego jej ciągu przekona się czytelnik, że literatura żydowska wprowadza nas w świat nowy, zupełnie nam nieznany (pomimo tak blizkiego sąsiedztwa), że ona ukaże nam żydów i życie ich domowe w prawdzie, że wiele mylnych mniemań obali, a natomiast, odsłoni wiele stron dotychczas dla nas niepochwytnych.

І.

Utwór, który w streszczeniu zamierzam szanownym czytelnikom przedstawić, wyszedł z pod pióra p. Abramowicza, najzdolniejszego i najpopularniejszego autora żargonowego. W oryginale nosi on tytuł: „Kicur massoejs beniamin haszliszi, dos hajst di nsyjo oder a rajzebeszrajbung fun benjamin dem driten: wos er is ejf zajne nsyejs fargangen het, wajt, asz unter di hori hejszech, un hot sich genug onge sehen un ongehert hiduszim szejne zachen, wos zej zajnin arojs gegeben geworin in ałe sziweim łoszejnes un hajnt ajch in unser łoszejn, fun „Mendeli mejcher sforim“. Znaczy to po polsku; „Krótki opis podróży Beniamina III-go czyli opisanie podróży Benjamina III, który w wędrówkach swoich zaszedł het! daleko, aż po pod „góry “ i dosyć się tam napatrzył i nasłuchał cudownie pięknych rzeczy, co było już wydane (opisane) we wszystkich siedmdziesięcu językach, a obecnie w naszym języku, przez „Mendla sprzedającego książki“ (pseudonim Abramowicza). Teraz kilka słów o autorze książki. Urodził się on na Litwie. Obdarzony wysokiemi zdolnościami, robił nadzwyczajne postępy w języku hebrajskim i, mając zaledwie lat szesnaście, używał opinii człowieka bardzo biegłego w naukach judaistycznych. Materyalne jego położenie nie było godnem zazdrości; niedostatek i bieda silnie dawały mu się we znaki. Miał on przytem krewną „agunę“, to jest opuszczoną przez męża i pozostawioną z małem dzieckiem bez żadnych środków do życia. W tym czasie zaszła okoliczność, która wywarła na dalsze losy Abramowicza wpływ stanowczy. Do miasteczka przybył ze stron dalekich, z Podola czy Ukrainy, żyd obcy, rudy, o przebiegłych oczach. Przyjechał wasągiem, opatrzonym w budę płócienną, jedną lichą szkapiną i zaczął się rozglądać po miasteczku. W krótkim czasie poznał wybornie tamtejsze stosunki i wnet , że na „uczonym bachorze“ i na owej biednej „agunie“ może zrobić dobry interes... przyszła mu bowiem do głowy nader oryginalna kombinacya. Zabrał biedną kobietę z dzieckiem na swój wasąg i przyrzekł wozić ją dotąd, dopóki zbiegłego jej męża nie odnajdzie, lub też nie dostanie dowodu jego śmierci, coby pozwoliło jej wstąpić w powtórne związki małżeńskie; młodemu Abramowiczowi zaś przyrzekał świetną przyszłość. Zgodzono się na propozycyę sprytnego „bałaguły“ i ciężki wasąg wlókł się powoli... po błotach i piaskach, od miasteczka, do miasteczka, od wioski do wioski. Była to bardzo trudna podróż. Kobieta z dzieckiem siedziała na furze, młody zaś człowiek z furmanem szedł pieszo i gdzie było większe błoto, lub piasek głęboki, pomagał kulawej szkapie ciągnąć wóz. Bałaguła tymczasem wyzyskiwał swych pasażerów, a spekulacya jaką na nich urządzał była dość oryginalna. Gdy przybyli do jakiego miasteczka, natychmiast udawał się do rabina i, przedstawiwszy mu rozpaczliwe położenie nieszczęśliwej kobiety, otrzymywał od niego pozwolenie zbierania na jej rzecz składek. Żydzi powiadają o sobie że są „rachmonisbni rachmonis“, to jest „miłosierni synowie miłosiernych“, składali więc groszaki na rzecz nieszczęsnej „aguny“ a te, ma się rozumieć, tonęły w kieszeni bałaguły. Na Abramowicza sprytny żydek miał inne widoki. Wiedząc, jak „uczoność“ popłaca u żydów, wiedząc, że najbogatszy obywatel i kupiec odda chętnie swą córkę za biednego, lecz biegłego w Talmudzie młodzieńca, „bałaguła“ postanowił Abramowicza ożenić, przyczem sam, występując w roli „szadchona“ (swata) mógłby coś zarobić. Przybywszy więc do miasteczka, prowadził młodego człowieka do „bejshamidraszu“ (dom modlitwy), gdzie Abramowicz wzbudzał podziw znajomością hebrajszczyzny i Talmudu. Partye trafiały się: niejeden właściciel domu, albo kupiec chciał się poszczycić „uczonym zięciem“ i gotów był dać nawet duży posag, byle tylko tak obiecującego człowieka mieć w swojej rodzinie. Pokusy te jednak nie odnosiły pożądanego skutku; Abramowicz toczył zwycięzkie spory w bóżnicy, rozwiązywał trudne zagadnienia, wzbudzał podziw, ale... żenić się nie chciał. Cała elokwencya „szadchona“ była nadaremną i mąż ów, wyczerpawszy miasteczka na rzecz nieszczęśliwej „aguny“, zaprzęgał kulawą szkapę do wasągu, zabierał swoje ofiary, i wlókł się z niemi po błotach i piaskach, na południe, pocieszając się nadzieją, że może, w dalszej wędrówce uda mu się „uczonego bachura“ ożenić. Długo trwała ta ciężka i utrudniająca wędrówka, aż wreszcie znudziła ona młodego człowieka, który zerwał też stosunki z przebiegłym „bałagułą“ i osiadł, jak się zdaje, w Berdyczowie. Zabrawszy znajomość z pewnym nauczycielem, za jego pośrednictwem i pomocą, Abramowicz zapoznał się z literaturą i naukami nieżydowskiemi, co przy pracy i wrodzonych zdolnościach, poszło mu dość łatwo. Abramowicz pisał wiele w języku hebrajskim, którym, jak nadmieniliśmy, włada świetnie, od do czasu zaś, puszczał w świat książki żargonowe, w których złożył dowody niezaprzeczonego talentu i głębokiej obserwacyi. Można śmiało powiedzieć, że gdyby ten człowiek pisał w jakimkolwiek, chociaż trochę znanym i dostępnym języku, używałby wielkiego rozgłosu, ale hebrajszczyznę zna mało kto — żargon zaś tylko zamknięta w sobie klassa żydów... ztąd też o Abramowiczu, poza sferą dla której on pisze — nikt nie wie. W pracach swoich, Abramowicz biczem zjadliwej satyry chłoszcze bogatych żydów, gospodarzy gmin, którzy przy rozkładzie specyalnych podatków i ciężarów popełniają krzyczące nadużycia, natomiast staje zawsze po stronie biednych i uciśnionych. Abramowicz odzywa się żartobliwie o mądrości cadyków i fanatyzmie hassydów, drwi z zabobonów i przesądów, lecz nigdy nie powstaje przeciw religii. Poglądy jego są jasne, trzeźwe; obrazowanie zaś niekiedy aż nazbyt realistyczne, ale prawdziwe. Czasem puszcza wodze fantazyi i, pod alegoryami, przedstawia różne kwestye i zagadnienia społeczne, jak np. w powieści „Di klacze“ (szkapa), w której maluje całą kwestyę żydowską. Obecnie, o ile mi wiadomo, Abramowicz, człowiek jeszcze w sile wieku będący, zamieszkuje w Odessie. Z Berdyczowa, gdzie przebywał poprzednio, wykurzyła go potęga możnych żydowskiego świata, którzy nie mogli mu darować, że wszystkie ich podłości i ucisk, jaki wywierają na swych ubogich współbraci, opisał malowniczo w dziełku p. t. „Di takse oder Sztot baałtowos“ („Taksa, czyli dobroczyńcy miasta“). Berdyczowskim macherom i krezusom nie na rękę był taki prawdomówny człowiek, wygryźli go też z miasta bardzo prostym, ale skutecznym sposobem, gdyż podobno zapomocą fałszywej denuncyacyi. Tak niesie przynajmniej fama, bardzo do prawdy podobna. Ale idźmyż nareszcie do naszego „Donkiszota“ i zamknijmy już wstępy przeciągające się może zbyt długo. Objaśnienia, które złożyłem na początku, były jednak koniecznemi, mając albowiem do czynienia z przedmiotem nowym zupełnie, bez komentarzy nie sposób dojść do ładu. „Podróże Beniamina“ są bardzo podobne do przygód walecznego rycerza z Manszy i jego wiernego giermka Sanszo Pansy, i można przypuszczać, że autor skreślił je po przeczytaniu arcydzieła Cerwantesa. Naturalnie, Beniamin nie może mieć do Donkiszota najmniejszego podobieństwa w szczegółach, lecz tło ogólne obu tych utworów jest prawie jednakie. Rycerz z Manszy, pod wpływem romansów, które nieustannie pochłaniał, przywdziewa zbroję łataną, dosiada Rossynanta i idzie poświęcać życie w obronie nieszczęśliwych i pokrzywdzonych, których nikt wszelako nie krzywdzi; — natrafia na urojone przeszkody, walczy z niewidzialnymi wrogami, wszędzie widzi zaczarowane księżniczki, potężnych rycerzy i olbrzymów. Powód, który skłonił Beniamina III-go do przedsięwzięcia wielkiej podróży, jest również czysto idealny. Pod wpływem nieustannego czytania różnych książek, podających najfałszywsze informacye geograficzne, a zarazem niewyczerpaną kopalnię legend, Beniamina ogarnia dziwna i nieprzeparta chęć powędrowania daleko... daleko... dotarcia do grobu patryarchów, do ruin świątyni Salomona, do ziemi Świętej gdzie rosną „tajteł i boksen“ (daktyle i chleb świętojański). Ale ziemia święta nie jest jeszcze ostatecznym kresem podróży Beniamina... o, nie! On chce iść dalej... dalej! przez pustynię, do rzeki Sambatyi, tej straszliwej rzeki, przez którą przejść nie sposób, gdyż przez sześć dni w tygodniu wyrzuca ona z siebie gorejące kamienie, burzy się, gotuje i kipi, a odpoczywa zaś tylko w szabas, w którym to dniu, żyd prawowierny podróżować nie może. Beniamin chce dotrzeć aż do „gór ciemności“, gór, przez które nawet tak często w żydowskich książkach wspominany bohater „Aleksander mugden“ (Aleksander macedoński) nie mógł na orle przefrunąć... Beniamin jednak tam dotrze; dotrze, nie zważając na niebezpieczeństwa i trudy, na pustynie, wśród których ryczą straszne bestye „Pipernoter“, „Lindenworim“... na pustynie, gdzie na życie podróżnego czyha zaczajony „gazłen“ (rozbójnik), lub też „tejger“ (turek) gotów zawsze porządnego człowieka zabrać do niedoli i sprzedać go jakiej pogańskiej księżniczce, która w usposobieniu romantycznem przewyższa może Putyfarową Zulejkę... Straszne niebezpieczeństwa podróży, lecz cel jej jakiż idealny! jaki ponętny. Po za „górami ciemności“ są żydzi z dziesięciu pokoleń zaginionych w wędrówkach i tułactwie. Oni tam żyją, handlują i dobrze im się powodzi, a oprócz nich, są tam jeszcze najpiękniejsi żydzi „a rojte judełach, bni Mejszełe abejne“ (czerwone żydki, synowie proroka naszego Mojżesza). Wprawdzie piśmienne z owych czasów zabytki nie wspominają wcale, że Mojżesz miał dzieci — ale to nie dowód... dzieci są, i, dla odróżnienia od innych pokoleń, mają kolor ciała czerwony. Beniamin zwycięży przeszkody i dotrze aż do nich, zobaczy czerwonych żydków i potomków dziesięciu zaginionych pokoleń. Jakaż to będzie uciecha, jaka radość, gdy on, biedny polski żydek, stanie przed niemi... — Gewałt! gewałt! zawołają wszyscy, podziwiajmy i patrzmy! Przyszedł do nas Beniamin, Beniamin III-ci aż... z Tuniejadówki! Witajmy go, witajmy, ugośćmy jak brata, pytajmy co słychać w Tuniejadówce, jak idą interesa? Beniamin powróci później do rodzinnego miasteczka, powróci jako wielki podróżnik i opowiadać będzie o , jakie widział tam daleko, u gór ciemności — o czerwonych żydkach, o wszystkiem co księgi opisują... Donkiszot dla swojej idei rzuca tylko marne szlacheckie gospodarstwo, starą gospodynię i siostrzenicę, Beniamin zaś porzuca żonę i dzieci, pozostawia je na pastwę losu, a sam pójdzie, gdyż czuje w sobie powołanie do spełnienia czynów bohaterskich. Dla Donkiszota wzorem są średniowieczni rycerze, słynni z poświęceń, cnót i męztwa — Beniaminowi zaś świeci jak gwiazda przewodnia „Aleksander mugden“ i jego nieustraszone męztwo. Pierwsza wyprawa rycerza z Manszy spełzła, jak wiadomo, na niczem... i Beniamina też, z pierwszej niefortunnej wyprawy, zmęczonego, słabego, wystraszonego okropnie, przywiózł do miasteczka chłop, na wozie skrzypiącym, ciągnionym przez dwa woły... Znalazł bohatera zemdlonego w lesie, ułożył na workach kartofli i dostawił na łono rodziny w stanie pożałowania godnym... Donkiszot przyszedł do wniosku, że przyzwoity i szanujący się rycerz nie może się obejść bez wiernego giermka, — podobnie też pomyślał Beniamin. Postanowił koniecznie wyszukać sobie towarzysza podróży, któryby dzielił z nim dobre i złe losy, pomagał znosić uczestniczył we wspólnych radościach. Rycerz z Manszy znalazł perłę giermków w opasłym, ale sprytnym Sanszo Pansie; nasz zaś znakomity podróżnik odkrył nie perłę, lecz czystej wody brylant w osobie niepozornego żydka, zwanego w miasteczku „Senderił di judene“ (Sender — żydówka). Ten typ męża „kobiety w jarmułce“, czyli po naszemu mówiąc „małżonka pod pantoflem“, jest niesłychanie komiczny. Senderił nienapróżno nosi przydomek „di judene“ (żydówka); musi on albowiem skrobać kartofle, myć garnki, siekać cebulę i rybki na szabas, pilnować dzieci, jednem słowem, robić to wszystko, co wchodzi w zakres atrybucyj kobiecych. Żona jest w domu samowładną panią i wydaje rozkazy, potulny zaś małżonek słucha, gdyż w razie opozycyi — traci natychmiast część rzadkiej bródki, lub też dostaje siniaków pod oczami. Być bardzo może, iż dzięki takiej sytuacyi, szanowny Senderił wyrobił w sobie bardzo cenne przymioty, to jest: zabiegliwość i praktyczność. Zresztą, posiada on charakter zadziwiająco zgodny i z zasady nikomu nie przeczy. — „Chcesz tak, odpowiada zwykle, niech tak, mam się też o co kłopotać“?! Dzięki tej zgodności usposobienia, Senderił przystał odrazu na propozycyę wędrówki nad brzegi Sambaty. — „Chcesz abym szedł do Sambatyi, niech będzie do Sambatyi — mam się też o co kłopotać“?! Jeżeli Szanso Panso był perłą giermków, to Senderił, jako „szamesz“ (sługa) rebe Beniamina, był czystej wody brylantem. Beniamin bujał myślą w obłokach, marzył o celu podróży, o czerwonych żydkach — Senderił natomiast, całą swoją inteligencyę wysilał na to wyłącznie, ażeby torba podróżna zawsze była pełną. Dzięki tej zabiegliwości, wędrowcy nie cierpieli głodu i mogli urzeczywistniać potrosze swe wielkie zamiary. Cervantes w swoim Donkiszocie cytuje częstokroć wyjątki z fikcyjnego rękopismu, który autor arabski Cyd Hamid Bennengeli miał pozostawić po sobie; Abramowicz trzyma się także podobnej metody, powołując się na rzekomy Beniamina. Wogóle, rycerz z Manszy i wielki podróżnik Beniamin mają wiele rysów . Obadwaj śmieszni, lecz i sympatyczni zarazem, poświęcają się idei, która im, niby ćwiek ostry, w głowach utkwiła. Niema dla nich przeszkód, nie ma niebezpieczeństw — jest tylko cel, który im świeci jak gwiazda przewodnia. Dążą też do niego jak ćmy do światła — opalają sobie skrzydła i padają w błoto, z którego ich zwykle dłoń praktycznego giermka wydobywa.

II.

Przedmowa do „Podróży Beniamina“ jest charakterystyczną. Parodyuje ona napuszone wstępy do dzieł niektórych pisarzy żydowskich — i zawiera w sobie znaczną dozę satyry. Posłuchajmy jej: „Rzecze wam Mendeli mejcher sforim, rzecze Mendel sprzedający książki: niech uwielbionym będzie Stwórca, który ustanowił bieg planet na niebie wysoko i chód stworzeń na ziemi nisko! Nawet najmarniejsza trawka nie wyrośnie, dopóki nie przyjdzie anioł, nie uderzy jej i nie rzeknie: — Rośnij! wychodź z ziemi! Cóż dopiero, gdy na świat ma przyjść człowiek a tem więcej, fajn człowiek (fajne menszełe) piękny żydek! Wówczas zbiega się sto partyj aniołów, które uderzają go i mówią naprzykład tak: Chajkiełe tajere nszome! (Chajkiełe! duszo najdroższa) wychodź, pożycz pieniędzy ile tylko możesz — idź, idź, nabierz u niemców towaru wiele chcesz... Podnoś się, rośnij Chajkiełe! wyłaź z błota... Idź, idź, duszo, w cichości i usuń wszystkie towary z twego kramu... a wierzycielom...; albo: Wychodź, wychodź, Icuniu! idź do twego puryca (obywatela) donoś mu trochę na tego, trochę na owego, na kogo chcesz — i myśl o sobie... Albo też aniołowie powiadają: „Rośnijcie; mnóżcie się, kapcany, (biedni) w miasteczku, jak trawa, jak pokrzywa.! idźcie, idźcie, dzieci żydowskie i włóczcie się (szlept sich) po domach... Idźcie, gospodarze, właściciele domów (baali-batim) idźcie do łaźni, wszak nie macie nic do roboty... lecz nie o tem zamierzałem mówić. Przed rokiem, wszystkie gazety angielskie i niemieckie były pełne opisów cudownej podróży, jaką Beniamin, polski żydek, odbył w stronach wschodu. No! no! mówili ludzie zdumieni, jakto? żyd? polski żyd, bez broni i maszyn, tylko z torbą na plecach, z tałesem i tefilim pod pachą, dotarł do takich miejsc, do których sławni podróżnicy dojść nie mogli! Rzecz to wyższa nad wszelkie pojęcie! W każdym razie, fakt się stał i świat zawdzięcza Beniaminowi cudowne odkrycia, które zmieniły zupełnie fizyognomię kart geograficznych. Beniamin zasłużył w zupełności na medal, jaki udzieliło mu Towarzystwo geograficzne londyńskie. Żydowskie gazety pochwyciły ten fakt obydwoma rękami i miały o czem pisać przez całe lato. Wyliczyły one przy tej sposobności wszystkich uczonych, od pierwszego człowieka aż do naszych czasów, ażeby dowieść tym sposobem, jakim rozumnym narodem są żydzi! Ułożono też spis podróżników wszystkich epok, od Beniamina I-go, który żył 700 lat temu, i, ażeby wywyższyć zasługi naszego teraźniejszego Beniamina, jak to jest we zwyczaju u żydów, zmieszano z błotem wszystkich innych podróżnych. Wszyscy oni, mówiono, są to po prostu włóczęgi (a proste szleper), nie mają o niczem pojęcia, włóczyli się oni tylko od domu do domu, jak żebracy, i wyglądają jak małpy (zi hoben a ponim wi di małpes), wobec teraźniejszego Beniamina, wobec Beniamina III-go, istotnego i prawdziwego podróżnika. O nim i książkach, traktujących o jego podróżach, mówiono zazwyczaj, że jeszcze żydzi nie mieli tak wonnego kadzidła!... Uwielbiony i dyamentami obsypany powinien być ten, kto podróże Beniamina, opisane już we wszystkich obcych językach, przełoży na „mowę świętą“. Słuszna jest bowiem, aby i żydzi patoki, płynącej z żydowskiego ula i ażeby uczuli jasność w oczach swoich. Otóż ja, Mendeli, dla użytku żydów, podejmuję pracę wedle mojej możności — i, zanim autorowie żydowscy, których najmniejszy palec większy jest od przepasania bioder moich, przebudzą się i wydadzą książki o podróżach Beniamina w „mowie świętej“, ja tymczasem sprobuję dać chociaż króciutki ich opis w języku żydowskim (ojf prost judisz). Opasałem biodra moje jak bohater i, chociaż jestem stary i słaby, chcę jednak ukazać te skarby dzieciom Izraela. Uczułem albowiem, jakoby uderzenie i głos: „obudź się, Mendeli! rusz się, Mendeli, wynijdź z pod pieca! nabierz wonnej myrry ze skarbów Beniamina i zrób z niej dla swych braci potrawę (potrawes) według ich upodobania! Z pomocą Bożą, jam tę potrawkę sporządził i stawiam ją przed wami. Esst rabejsim! (jedźcie, panowie) i niech wam idzie na pożytek...“ Z przedmowy powyższej, którą właśnie w streszczeniu podałem, już się czytelnik przekonać może, iż Abramowicz nie schlebia wcale żydom i nie chce maskować ich wad. Jest on przedewszystkiem satyrykiem, a świetnie włada ostrą bronią sarkazmu i ironii. Zaraz w pierwszym rozdziale, poczerpniętym jakoby z pamiętników samego Beniamina, jest opis miasteczka Tuniejadówki, ojczystego grodu wielkiego podróżnika. Opis ten, to prawie fotografia wszystkich żydowskich miasteczek w prowincyonalnych zakątkach. Tuniejadówka, w której Beniamin ujrzał światło dzienne, w której wzrósł, wychował się, w której pojął za małżonkę Zełdę, leży w zapadłym kącie kraju, zdaleka od pocztowego traktu, odcięta prawie zupełnie od świata. Jeżeli zdarzy się, że przyjedzie do owej mieściny jakiś człowiek obcy, wtenczas otwierają się wszystkie drzwi i okna a cała ludność ogląda przybysza ciekawemi oczami... Przez otwarte okna jeden zadaje wiele więcej niż „cztery pytania“ (fier kaszejs). — Zkąd on się tu wziął? Co on myśli? Przecież nie przyjechałby tak sobie? Coś w tem musi być?! Wyrastają różne hypotezy. Wnet też znajdą się jacyś dowcipnisie (baali hamcoejs) i na ten temat tworzą koncepta, czasem niebardzo piękne. Mężczyźni, śmiejąc się nieznacznie, gładzą brody; stare kobiety łają żartownisiów ze złością i ze śmiechem zarazem, a młode mężatki rzucają wejrzenia z pod spuszczonych powiek i maskują uśmiech, który im się wymyka na usta... Bardzo obrazowo porównywa Abramowicz te rozmowy do bryły śniegowej, która toczy się od domu do domu, nabiera na siebie coraz nowe warstwy, grubieje, rośnie, aż nareszcie, doszedłszy do maksymalnych rozmiarów, wtacza się do „bejshamidraszu“... pod piec. Proszę nie sądzić jednak, że ów piec, jest zwyczajnym piecem, służącym do ogrzewania temperatury w domu modlitwy. Nie, ten piec to wielce szanowny mebel. Pod nim stoi ława, na której zasiadają bardzo poważni i bogobojni obywatele. Jest to miejsce, do którego zataczają się wszelkie rozmowy i plotki, sprawy domowe mieszkańców miasteczka, polityka dotycząca „Stambułu“, „tejger“ (turka), „kiren“ (Cyrusa). Tu roztrząsane są także finanse: jest mowa o Rotszyldzie, bogatych „purycach“ (obywatelach ziemskich) i o innych bogaczach. Tu pantoflowa poczta przynosi wieści o nowych prawach przeciw żydom; tu mówi się szeroko o „czerwonych Na ławie, pod piecem, zasiada specyalny komitet, złożony z „pięknych, leciwych żydków“ (fun szejne betogte juden), którzy przesiadują tu cały dzień aż do późnej nocy, wyrzekłszy się ognisk domowych, żon i dzieci. Mężowie ci zajmują się sprawami powszechnemi darmo, tak sobie, gdyż za pracę swą nie biorą nawet „złamanego halerza“ (cubrochene heler)... Decyzye tego komitetu (wraz z jego członkami) przychodzą do wyższej instancyi, do... łaźni, na najwyższą ławkę, i tam częstokroć ulegają zmianie lub kasacyi. Tam zbiera się całkowity komplet (a połne sobranie), złożony z właścicieli domów i innych szanownych notablów. W owem zgromadzeniu zapada decyzya ostateczna, tak, że gdyby nawet przyszli wszyscy królowie dawnego wschodu i zachodu i stanęli głowami na ziemi, a nogami do góry, nie mogliby już zmienić decyzyi... Raz, na takiem posiedzeniu, „turek“ o mało że nie został ciężko pokrzywdzony, tam, na najwyższej ławce, w łaźni żydowskiej, i Bóg wie coby się z nim stało, gdyby nie wpływ kilku solidnych obywateli, którzy podtrzymali jego silnie zachwiane interesa. Raz Rotszyld stracił tam na jakiejś operacyi dziesięć czy piętnaście milionów — ale w parę tygodni później, Pan Bóg dopomógł... członkowie komitetu byli w dobrym humorze, na najwyższej ławce łaziennej było przyjemnie, ciepło — więc też Rotszyld zarobił tego dnia więcej niż „sto pięćdziesiąt milionów rubli“!! Mieszkańcy pięknego miasta Tuniejadówki są to wielcy biedacy (sztarke dałfonim), jednak należy im oddać tę sprawiedliwość, że biedacy weseli (lustige kapconim) i dziwnie ufni w miłosierdzie Boże. Gdyby nagle zapytano mieszkańca Tuniejadówki, zkąd czerpie środki do życia? osłupiałby zrazu i odrzekł dopiero po długim namyśle: — Jakto? z czego ja żyję? z czego żyję? Czyż nie ma Boga, który nie opuszcza żadnego ze swych stworzeń? Daje on nam teraz, będzie dawał i dalej... — Ale cóż ty robisz? czy masz w ręku jakie rzemiosło, lub w ogóle sposób do życia? — Chwalić Boga, mam... bardzo ładny głos, śpiewam trochę przy nabożeństwie... Jestem także „a mejheł“ (umiejący wykonywać obrzędowy akt przymierza, któremu żydzi poddają nowonarodzonych synów)... przytem jestem wyborny „maceredler“, jedyny w świecie! Czasem skojarzę małżeństwo, to także coś znaczy... mam swoje własne miejsce w bóżnicy... Prócz tego, ale niech to między nami zostanie, trzymam maleńki szynk, który daje się trochę doić... Kozę też mam, ta (byle jej tylko nie urzekli) doi się bardzo dobrze... mam też niedaleko ztąd bogatego krewnego... to, na ciężkie czasy, można i jego trochę doić; no... a oprócz tego wszystkiego, „ist Got a tate“ jest Bóg-ojciec i ludzie miłosierni...! Nietrzeba więc grzeszyć... nietrzeba żądać za dużo... Należy też, na pochwałę mieszkańców Tuniejadówki, powiedzieć, że nie są w wydatkach na garderobę i niewybredni w jedzeniu. Jeżeli naprzykład, „szabasowa kapota“ jest rozerwana w kilku miejscach, podarta, zabłocona u dołu i niezupełnie czysta, to nic dla nich nie znaczy; byle tylko była atłasowa i świeciła się! Że przez nią, jak przez wielkie rzeszoto, widać miejscami gołe ciało, to cóż ? kto się będzie temu przyglądał? Przecież każdy mieszkaniec Tuniejadówki ma dziurawe pięty w pończochach, a czy kto dziwi się temu, czy przygląda się piętom?! Z jakiej więc zasady, pięty mają mieć lepsze prawa aniżeli inne części ciała? Czyż nie są one także mięsem ludzkiem?? Kawałek chleba ze szczypiorem (byle go tylko mieć) stanowi już bardzo dobry obiad!... Cóż dopiero mówić o bułce i o mięsie gotowanem (a rosołflajsz) w piątek! Kogo stać na to, ten ma „królewskie jedzenie!“ Lepszego nie ma nic na świecie! Oprócz sosu z ryby, gotują tu również „cymes“ z marchwi, lub z pasternaku. Spytaj się jednak o coś więcej, o coś jeszcze lepszego, to wyśmieją cię, wezmą poprostu za waryata... i powiedzą, że ich waryatami chcesz robić. Jeżeli chcesz powiedzieć , że jest na świecie lepsze jedzenie nad „rosołflajsz“ albo nad „cymes z pasternaku“, to powiedz mu lepiej, że krowa latała po powietrzu, siadła na dachu i zniosła jajko... Prędzej ci uwierzy. Czyż może być wierniejszy obraz życia małomiasteczkowych żydów? Nie kupców, nie handlarzy, ale tej całej falangi biedaków, nie mającej żadnego prawie ze światem chrześciańskim stosunku. Tylko ten, kto zna bliżej małe miasteczka, kto przypatrywał się im bacznie i śledził, ile tam ubóstwa, ile nędzy się mieści, może ocenić trafność obserwacyi Abramowicza. Autor ten pisze z przedziwnym, spokojnym humorem, w obrazach jego uderzają świetnie zestawione kontrasty niedostatku i nędzy żydowskiej z przeświadczeniem nędzarzy o ich urojonej świetności. Taki żydzina, który chodzi w obszarpanej, podartej, zabłoconej, lecz atłasowej kapocie; który żyje rzodkwią i cebulą, czuje się jednak wielką osobą w swoim światku; a jeżeli przytem ma jakiegoś pradziadka-cadyka na cmentarzu, jeśli, o tyle o ile przynajmniej, zgłębił Talmud i może prowadzić religijne dysputy, to już jest taki „“ (arystokrata), tak ceni godność swego rodu i godność własną, że w porównaniu z nim niczem lord angielski, mogący się wylegitymować z dwudziestu czterech pokoleń... Abramowicz, jako pisarz, jest malarzem rodzajowym, o realistycznym, ale szlachetnie pojętym, kierunku. Z poza tych łatanych kapot, brudnych domów, z poza rzodkwi, cebuli i pasternakowych cymesów, przebija się rzewne uczucie poety, któryby rad tę wyśmiewaną przez się sferę nędzarzy uszlachetnić, podnieść, przycisnąć do piersi. On śmieje się, ale cierpi; gryzie, lecz „gryzie sercem“. Wyższy pojęciami nad cały ów tłum, nad owych dyplomatów, krytykujących politykę Cyrusa i Aleksandra macedońskiego, nad uczonych, traktujących o „rzece Sambatyi“ i „Pipernoterze“, zwierzu nieistniejącym, usiłuje zniżyć się do tłumu, przemówić językiem zrozumiałym i dostępnym, i tą drogą wywrzeć na masę wpływ dodatni. Czemuż takich ludzi jest niewielu?... Wracamy do przedmiotu: Strączek świętojańskiego chleba w styczniu, to owoc, który ożywia duszę żydowską. Jedząc go, człowiek mniema, że jest w ziemi świętej, (in erec isroił) w ziemi Izraela. Niejeden żyd, spożywając ten płód wschodu, podnosi oczy do nieba, powtarzając z westchnieniem słowa modlitwy: „Do ziemi ojców naszych, doprowadź nas, Panie“, do prawdziwej ziemi naszych ojców, gdzie nawet kozy jedzą „di bokseren“!! (strączki świętojańskiego chleba). Przypadkiem przyniósł ktoś do Tuniejadówki daktyl. Zrobiło się natychmiast wielkie zbiegowisko, każdy cisnął się, aby obaczyć dziwo. Jeden z uczonych krzyknął: — przynieście „humesz“ (biblię) a pokażę wam że „daktyl“ stoi w „humesz“! Oto macie, jest najwyraźniej wyraz „tomor“ a to znaczy daktyl. Widzicie więc, co to jest daktyl!? on stoi w „humesz“!! a wiecie, gdzie daktyl rośnie? Oto w ziemi Izraela. Niejeden westchnął. Przypomnieli sobie groby patryarchów, ruiny świątyni... Jordan... — I ja też wzdychałem wraz z innymi, mówi w swoich pamiętnikach wielki podróżnik Beniamin, i już od tej pory nie miałem spokoju. Tego dnia, cała Tuniejadówka, jak długa i szeroka, udała się, naturalnie myślą, do Palestyny. W „bejshamidraszu“ pod piecem, szły ożywione dysputy z dziedziny polityki i spraw ogólno-miejskich. Do niedawno przybył nowy „prystaw“ i zaraz kilku żydkom kazał zdjąć jarmułki, jednemu oberżnął pejsy, dwóch ujął w nocy bez paszportów, innemu znowuż zagroził procesem za to, że koza popsuła i obgryzła dach słomiany na nowym budynku miejskim... Tedy specyalny komitet pod piecem miał dużo do roboty — a załatwiwszy to, co było na porządku dziennym, przeszedł do wyższej polityki i zadecydował stanowczo, że turcy muszą kiedyś ustąpić z widowni świata... Później, rozmowa przeszła do zaginionych dziesięciu pokoleń, do czerwonych żydków, którzy szczęśliwie i spokojnie żyją sobie w owych odległych stronach, w chwale, wielkości, w zaszczytach! Słuchając tych rozmów, Beniamin powziął nieodwołalną myśl odbycia wielkiej podróży do szczęśliwych krain. I patrzcie, pierwszą przyczyną powzięcia tak genialnej myśli był... zwyczajny daktyl! Dotychczas Beniamin siedział w swej Tuniejadówce, jak kurczę w jajku, lub jak robak w chrzanie — i myślał, że po za miasteczkiem świat się kończy. Słodszego i lepszego życia nie wyobrażał sobie. — Mniemałem, powiada w swej , że najbogatszym człowiekiem na święcie jest nasz arendarz, arendarz z Tuniejadówki... ach! bo miał on też skarby! skarby!... Dom z zabudowaniami, cztery pary mosiężnych lichtarzy! świecznik sześcioramienny z orłem, dwa miedziane garnki, pięć pokrywek, pułkę cynowych talerzy, prawie cały tuzin tombakowych łyżek, dwie srebrne czarki i lampki „chanukowe“, zegarek, cebulę w dwóch kopertach, dwie krowy, dwie szabasowe kapoty i wiele, wiele tym podobnych kosztowności!!! — Mniemałem również, twierdzi dalej Beniamin, że najuczeńszym człowiekiem na świecie jest Rebe Ajzyk Dowid, reb Aron Jejselis Sore Złates (Ajzyk Dawid, syn rebe Arona, zwanego Jejselis, od imienia jego żony, córki Sory-Złoty). Czyż to bagatela! powiadają o tym mędrcu, że podobno niegdyś, w młodości jeszcze, miał jakieś ideje o „tiszbejres“ (ułamkach). Ten człowiek mógłby był zostać ministrem, gdyby mu szczęście sprzyjało! — Któż, myślałem sobie, może mieć tak przyjemną i wzbudzającą szacunek fizyognomię i tak słodką wymowę, jak nasz Chajkieł Zajlike (jąkała). A któż może być takim „mumcho“ (majster swego fachu), takim wielkim lekarzem, mogącym niemal umarłych wskrzeszać, jak nasz cyrulik, który się nauczył doktorstwa od cygana, nauczonego znów przez mędrców egipskich. Słowem, życie w miasteczku wydawało się Beniaminowi bardzo pięknem i bardzo dobrem; wprawdzie on sam żył nędznie, dzieci jego chodziły obdarte — lecz i pierwsi rodzice w raju nie mieli świetnej garderoby — a jednak, nie wstydzili się swego negliżu... Cudowne opowieści o czerwonych żydkach wywarły na Beniaminie wpływ ogromny — wpływ taki, że mu miasteczko stało się ciasnem. Do tych stron odległych wyciągał on ręce, jak dziecko do księżyca. I pomyśleć tylko, że taką rewolucyę w owej wielkiej duszy wywołały: daktyl, prystaw, jarmułka, para pięknych pejsów, koza i dach słomiany!! że im głównie zawdzięczać należy to, iż świat uszczęśliwiony został przez tak znakomite podróże?! Nieraz widzimy, jak z drobnych na pozór przyczyn, tworzą się wielkie skutki, z małych rzeczy, wielkie rzeczy. Oto, naprzykład, takie głupstwo: chłop rzuca w ziemię ziarno żyta, lub pszenicy... z tego się rodzi więcej, młynarz to zmiele, gorzelnia przerobi. Bagatelka! jak również bagatelką jest, że niegdyś przed tysiącami lat, fenicyanin, bawiąc się piaskiem, odkrył sposób robienia szkła i zbudował pierwszy kieliszek... Drobne ziarna i piasek! jakież liche przyczyny! stworzyły one jednak olbrzymi skutek... propinacyę, przy której wyrośli i wznieśli się wielcy ludzie kahału (kohołe lajt) i znakomici „fajneberjes“ (piękne osoby)... Bardzo być może, iż w ciele Beniamina sobie siedlisko dusza jakiego wielkiego podróżnika, jakaś iskra, która za najlżejszym podmuchem wiatru miała wydać z siebie wielką jasność. Gdyby nie okoliczności, które pchnęły Beniamina w wielką podróż, kto wie, może ten mąż byłby tylko zwyczajnym woziwodą, lub co najwyżej, „bałagułą“... Od owego czasu wszakże, Beniamin utonął w księgach. Wczytywał się on w znakomite dzieła o wielkich podróżach Rab Barbarchona, dokonanych na oceanie i w pustyniach; później czytał księgę „Ełhod Hadoni“, księgę podróży Beniamina, który przed siedmioma wiekami, jeździł na koniec świata, księgę „O przymiotach Jerozolimy“ i księgę „Ceł ejłom“ (cień świata), w której, na siedmiu drobnych kartkach, znaleźć można wszystkie siedm mądrości, oraz opisanie całej ziemi i dziwnych stworzeń na niej żyjących. Te znakomite dzieła otworzyły mu oczy i uczyniły z niego zupełnie innego człowieka. Cudowne, zachwycające opowieści, zawarte w owych pismach, twierdzi Beniamin w jednej z ksiąg swoich, utkwiły mi głęboko w głowie i w sercu. O! gdybym chociaż setną część owych cudów mógł oglądać własnemi oczami! Ciągnie mnie coś do nich, wzywa, woła! W Tuniejadówce już mu zaczęło być ciasno, wielka bowiem dusza potrzebowała wielkich przestrzeni i chciała się koniecznie wyrwać, za jakąbądź cenę, na świat szerszy! Tak kurczę, które zaczyna czuć swoją siłę, uderzy dziobem w otaczającą je skorupę i — forsownie wydobywa się na świat jasny...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…