Listy i impresje więzienne
OSCAR WILDE
DE PROFUNDIS
LISTY I IMPRESJE WIĘZIENNE
W PRZEKŁADZIE
R. CENTNERSZWEROWEJ
„VITA NUOVA“
SPÓŁKA WYDAWNICZA W WARSZAWIE
SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI
HULEWICZ I PASZKOWSKI KRUCZA 42
1922
OKŁADKĘ ZDOBIŁ EDWARD GŁOWACKI
ODBITO 3500 EGZEMPLARZY W DRUKARNI
WACŁAWA PIEKARNIAKA W WARSZAWIE
Listy i impresje więzienne
OSCAR WILDE
DE PROFUNDIS
LISTY I IMPRESJE WIĘZIENNE
W PRZEKŁADZIE
R. CENTNERSZWEROWEJ
„VITA NUOVA“
SPÓŁKA WYDAWNICZA W WARSZAWIE
SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI
HULEWICZ I PASZKOWSKI KRUCZA 42
1922
OKŁADKĘ ZDOBIŁ EDWARD GŁOWACKI
ODBITO 3500 EGZEMPLARZY W DRUKARNI
WACŁAWA PIEKARNIAKA W WARSZAWIE
SZKIC BIOGRAFICZNY.
Znaczna część osobistego życia Wilde’a ściśle jest związana z rozwojem i istotą jego twórczości, a zwłaszcza z utworem tak bezpośrednio szczerym jak „De Profundis“. Uważam też za konieczne poprzedzić przekład jego treściwą chociażby notatką biograficzną, której szczegóły zaczerpnięte są z pracy o Wildzie Artura Ransome’a, objektywnego, choć nazbyt może surowego, biografa jego i krytyka. Oscar Fingal O’Flahertie Wills Wilde urodził się 16 października 1854 r. w Dublinie. Ojciec jego, William Wilde, znany i ceniony lekarz-okulista, człowiek o umyśle niezmiernie ruchliwym, kochający życie i użycie, nobilitowany został za zasługi osobiste w 1864 r. Matka Oscara Wilde’a była również jednostką wybitną, literatką, tworzącą przeważnie pod wpływem greckich i łacińskich klasyków, w których była szczególnie rozmiłowana i których czytała w oryginale. Jako młoda dziewczyna pisywała pod pseudonimem „Speranza“ do dzienników rewolucyjnych, podżegając Irlandczyków do buntu, do wzięcia szturmem zamku Dublińskiego. Folklorystyka, której z zapałem oddawali się oboje rodzice Wilde’a, duży wywarła wpływ na rozwój jego umysłu, zwiedzał bowiem zawsze wraz z nimi stare zamki i ruiny, nasłuchując się mnóstwa podań i opowieści, których tradycja wiernie przechowywana była wśród okolicznej ludności. Jako chłopak 11-o letni oddany został do Royal School w Enniskillen, gdzie jednak nie wyróżniał się szczególnie, — tępy był zwłaszcza do matematyki. Natomiast dużo czytał i, wstąpiwszy w 1873 do Trinity College uniwersytetu Dublińskiego, już po roku dostał złoty medal za gruntowną znajomość języka greckiego. W dwa lata później otrzymał najwyższe również wyróżnienie w Oksfordzie za studja klasyczne, które pogłębił bardziej jeszcze, dzięki odbytej po ukończeniu uniwersytetu podróży do Włoch i Grecji. Podróż ta ostatecznie ustaliła stosunek jego do sztuki. Po ukończeniu Oksfordu osiedlił się w Londynie, gdzie w ciągu bardzo krótkiego czasu zwrócił na siebie uwagę fantastycznym ubierania się i gwałtownemi napaściami na brzydotę zwykłego stroju męskiego. Popularność jego rosła tak szybko, że, w trzy lata po osiedleniu się jego w Londynie, pomieszczać zaczęło pismo humorystyczne „Punch“ karykatury jego postaci. Sława jego oryginalności, utożsamiająca go z całym ówczesnym ruchem estetycznym, do czego przyczyniło się przedewszystkiem ogłoszenie drukiem w 1881 pierwszego tomu jego poezji p. t. „Poems“, wydanych na białym welinie ze złotemi ornamentacjami i rozkupionych szybko w pięciu edycjach, zwróciła na niego uwagę powszechną tak dalece, że zaproszono go na szereg odczytów literackich do Ameryki. W New-Yorku wystawiono też w tym czasie pierwsze jego utwory dramatyczne: „Vera“ i „Księżna Padwy“, które jednak nie zapowiadały późniejszego mistrza paradoksów i świetnego stylisty. Powróciwszy w 1884 do Anglji, poślubił Konstancję Marję Lloyd, bardzo zamożną osobę, której majątek oraz jego własne znaczne zarobki pozwoliły mu prowadzić życie wygodne w pięknym domu w Chelsea, gdzie mieszkał do 1895 r. W okresie tym twórczość jego artystyczna i działalność literacka szczególnie były płodne: był kierownikiem pisma „The Woman’s World“ (Świat kobiecy) i współpracownikiem Nineteenth Century (XIX w.), w którym drukował poszczególne szkice estetyczno-krytyczne, zebrane później w tomie p.t. „Intentions“ (Zamierzenia). W tym samym też czasie (od 1886 do 1891 r.) ogłosił drukiem najsłynniejsze swoje prace, mianowicie — idąc w chronologicznym porządku ich wydania — Tom Nowel: Zbrodnia Lorda Artura Savile’a, Duch z Kenterwilu, Sfinks bez sekretu i Modelowy Miljoner; Tom Bajek pod ogólnym tytułem: „Szczęśliwy Książe“; oddzielnie w Magazine“: „Portret p. W. H.“ i wreszcie w 1891 najświetniejsze swoje dzieło: „Portret Dorjana Gray’a“, do którego słynna, piękna przedmowa oddzielnie wydrukowana została w Fortnightly Review, gdzie też w tym samym roku ukazała się mniej znana praca Wilde’a „Dusza człowieka w ustroju socjalistycznym”. Od roku 1890 przebywał Wilde przeważnie w Paryżu, gdzie, zachęcony szczególnie przez Sarę Bernard, zaczął tworzyć wyłącznie dla sceny. Pierwszym jego utworem dramatycznym z tego okresu była, napisana w języku francuskim, „Salome“, zrazu zakazana przez cenzurę francuską i wystawiona po raz pierwszy dopiero w 1896 w paryskim teatrze L’Oeuvre. W Anglji wystawiono ją dopiero w kilka lat po śmierci autora, kiedy zdołała ona już objechać wszystkie sceny Europy i Ameryki. Na scenach angielskich ukazały się (w porządku chronologicznym) pomiędzy r. 1892 — 1895 komedje: „Wachlarz Lady Windermere”, „Kobieta bez znaczenia“, „Mąż idealny“ i Importance Of Being Earnest”. („Należy być poważnym“, albo: „Należy być Ernestem“ — grana na polskich scenach p. t. „Brat marnotrawny“). Sztuki dramatyczne, który dały Wilde’owi tak rozgłośną na obu półkulach sławę, stały się poniekąd źródłem największej tragedji jego życia. Olbrzymie powodzenie materjalne, jakie mu zapewniło wystawianie jego sztuk na tylu scenach, dało mu możność otaczania się niesłychanym przepychem, prowadzenia niezmiernie rozrzutnego, pełnego uciech, życia, do jakiego zawsze zdradzał skłonności. Zrujnowało go to materjalnie i moralnie, skupiając dokoła niego ludzi małej wartości, którzy nietylko wyzyskiwali go pieniężnie, ale wciągali go do życia hulaszczego, do wszelkiego rodzaju orgji. Powodzenie jego sztuk i sława jego ekstrawagancji skierowała na niego uwagę tak czujnej w Anglji opinji publicznej. Wyrafinowanie jego estetyczne, jego dandyzm, niezmierna subtelność i wytworność jego upodobań, które pierwotnie zjednywały mu w kołach arystokratycznych i literacko-artystycznych stanowisko wyroczni dobrego smaku i mody, stały się z czasem podstawą plotek i oszczerstw, jakie zaczęły krążyć o nim. Przyznać wszakże należy, że plotki te miały pewną realną podstawę. Występek, o którym Katullus i jego epoka mówią otwarcie, były przyczyną jego katastrofy, zrozumiałej zwłaszcza w kraju o obyczajach tak obłudnie purytańskich. We wczesnej młodości lubił Wilde towarzystwo kobiet, później wszakże, w wieku męskiej jego dojrzałości, przestały go one zupełnie pociągać. Może nawet jednym z powodów ogromnej jego u kobiet popularności była jego absolutna obojętność dla nich. Usiłowano tłómaczyć to rozmaicie. Wyrażano nawet przypuszczenie, że w swojem umiłowaniu klasycznej starożytności dochodził Wilde aż do zapomnienia, iż nie żyje w tamtej epoce. Bogactwo pozwalało mu zadawalniać wszelkie zachcianki; jeśli więc nie zrodziło, w każdym razie przygotowało i umożliwiło warunki, które były powodem całej tej strasznej dla niego w skutkach swoich sprawy. Wilde sam poniekąd sprowokował ją wytoczeniem markizowi de Queensberry procesu o dyfamację. Nietylko jednak nie wygrał tego procesu, ale w wyniku jego został zaaresztowany (w 1895 r.) pod zarzutem zbrodni przeciw moralności. Brak zgody wśród sędziów spowodował uwolnienie Wilde’a za kaucją. Zamiast jednakże wyjechać z Anglji, nie czekając na powtórne sprawy — jak mu radzili przyjaciele i na co liczyli może nawet sędziowie — pozostał i stawił się na ponowne wezwanie władz, które tym razem — pod wpływem obciążających zeznań jednego z jego przyjaciół — uznały go za winnego zarzuconego mu przestępstwa i skazały go na dwa lata więzienia, obostrzonego ciężkiemi robotami. Jedyny utwór, napisany przez Wilde’a podczas tej dwuletniej męki jego, właściwie w ostatnich jej miesiącach, „De Profundis“ — wymownem, nieskończenie tragicznem, a zarazem głęboko psychologicznem jest świadectwem wpływu, jaki wywarł na poetę katastrofalny ten przełom w jego życiu, to nagłe przejście nowoczesnego Petronjusza od życia pełnego wykwintu, zadawalniającego najwyszukańsze, najwybredniejsze wymagania jego estetyczne — do strasznych warunków zamknięcia w domu karnym, w otoczeniu pospolitych przestępców i zbrodniarzy, z koniecznością wykonywania najgrubszych robót, żywienia się budzącą w nim wstręt strawą, sypiania na gołych deskach prycz więziennych, a nadewszystko z świadomością upadku społecznego, który nietylko odsunął od niego najbliższych, żonę nawet, ale pozbawił go własnych jego dzieci. „De Profundis“ — to spowiedź szczera, to odsłonięcie najskrytszych tajników serca poety którego silny duch wyszedł zwycięsko z walk z przeciwnościami, narzuconemi mu z zewnątrz, — napisane zostało w formie długiego listu, składającego się z 80-ciu stron bardzo ścisłego pisma, na 20 arkuszach folio, i skierowanego pierwotnie nie do Roberta Ross’a, ale do innego przyjaciela, do tego samego, któremu Wilde przypisywał w znacznej mierze swoje nieszczęście. Po namyśle jednakże cofnął pierwotny projekt i posłał list Ross’owi z dołączeniem wskazówek co do ogłoszenia go drukiem. Z powierzonego sobie w ten sposób zadania wywiązał się Ross w pięć lat dopiero po śmierci Wilde’a, ogłosiwszy tylko jednak urywki całości, wybrane i zestawione przez niego z wielkim taktem i zręcznością i poprzedzone przedmową, podaną we wstępie do niniejszego przekładu. Po odzyskaniu wolności (w maju 1897 r.) opuścił Wilde Anglję i zamieszkał w Berneval-sur-Mer pod Dieppe, gdzie też rozpoczął niebawem pisanie swojej przepięknej „Ballady o więzieniu w Reading“, którą ukończył w Neapolu i wydał w 1898 pod przybranym imieniem i nazwiskiem Sebastjana Melmotha, pod którem ukrywał się od czasu wyjścia z więzienia. „Ballada“ była łabędzim śpiewem poety. Po jej napisaniu nie już zdolny do żadnego twórczego. Poprawiał jeszcze dawne swoje utwory sceniczne przed oddaniem ich do druku i pomagał francuskiemu tłomaczowi Ballady, panu Henry D. Davray, w jego przyswojeniu literaturze francuskiej tego poematu, — sam już jednak nie tworzył. Ostatnie dwa lata życia umiliły mu podróże do Włoch i do Szwajcarji. W maju 1900 r. powrócił do Paryża, na stałe, jak zamierzał. tu jednak wiele drzwi zamkniętych przed sobą. Zbyt dumny, aby pukać do innych, które okazałyby się może gościnniejszemi, spędzał przeważnie czas w kawiarniach, w otoczeniu młodych poetów, studentów i nieodstępnego Ross’a. Umysł jego nie zatracił swojej dawnej żywości i lotności, pożądanym był też wielce towarzyszem dla młodzieży. Późną jesienią zapadł ciężko na zdrowiu. Lekarze stwierdzili chorobę mózgową, spowodowaną dawnem hulaszczem życiem londyńskiem. W d. 30 listopada 1900 r. umarł Wilde w Paryżu, pochowany d. 3 grudnia na cmentarzu Bagneux. W 9 lat później, 20 lipca 1909, przeniesiono prochy jego na cmentarz Père-Lachaise.
Przekład niniejszy dokonany został z pierwotnego oryginalnego wydania w tej postaci, w jakiej podał je do druku, jedynie upoważniony do tego przez poetę, Robert Ross. Tom XI kompletnego (w tomach) wydania dzieł Oscara Wilde’a (nakładem firmy Methuen w Londynie), obejmuje z dołączeniem miejsc, celowo opuszczonych przez Ross’a. Pragnąc, aby polscy czytelnicy mogli zdać sobie sprawę z intencji pierwotnego wydawcy dzieła, a zarazem nie chcąc ich pozbawiać owych brakujących kartek, dodajemy je w przypiskach, których numeracja odnosi się do odpowiednich miejsc w tekście.
PRZEDMOWA.
Rękopis o którym wiedziano, że jest w mojem posiadaniu, ponieważ autor wspominał o jego istnieniu wielu innym przyjaciołom swoim, wzbudzał przez długi czas wielkie zaciekawienie. Książka ta nie wymaga ani długiego wstępu, ani wyjaśnień. Winienem jedynie zaznaczyć, że przyjaciel mój pisał ją w ciągu ostatnich miesięcy pobytu swojego w więzieniu, że był to jedyny utwór, napisany przez niego w Reading, a zarazem ostatni napisany prozą. (Pomysł napisania powstał dopiero po odzyskaniu przez Wilde’a wolności). Przesyłając mi pewne wskazówki, dotyczące ogłoszenia drukiem, pisał Oscar Wilde: „Nie bronię mojego postępowania. Wyjaśniam je. Są też w tym liście pewne miejsca, dotyczące mojego umysłowego rozwoju podczas pobytu w więzieniu oraz nieuniknionej ewolucji, jaka dokonała się w moim charakterze i duchowym moim stosunku do życia. Chcę też, abyście: ty i inni, którzy nie opuścili mnie i pozostali wierni waszym uczuciom dla mnie, wiedzieli dokładnie, w jakim stanie duszy i w jaki sposób spodziewam się stanąć w obec świata. Rozumiem dobrze, że, pod pewnym względem, zamienię w dniu mojego uwolnienia jedno więzienie na drugie; chwilami też wydaje mi się, że świat cały nie jest większy od mojej celi i, tak samo jak ona, pełen grozy dla mnie. Wierzę jednak, że Bóg stworzył z początku osobny świat dla każdego poszczególnego człowieka, i że w świecie tym, który jest w nas samych, powinnibyśmy starać się żyć. W każdym razie, te części mojego listu będziesz czytał z mniejszym bólem aniżeli inne. Zbytecznem byłoby, rozumie się, podkreślać, jak płynie wciąż myśl moja, myśl wszystkich nas, i jak nieuchwytnie lotną jest treść naszych odczuwań. Mimo to, widzę możliwość celu, do którego mógłbym się wznieść za pośrednictwem sztuki. Życie w więzieniu sprawia, że widzi się świat i ludzi takimi, jakimi są w . To jest właśnie powód, dla którego kamienieje się w więzieniu. Ułudy życia w ruchu zwodzą tych, którzy żyją na swobodzie. Wirując wraz z życiem, przyczyniają się oni do jego nierealności. My, którzy jesteśmy nieruchomi, widzimy zarazem i wiemy..... „Nie wiemy czy pismo to wpłynie dodatnio czy ujemnie na ciasne natury i suchotnicze umysły; — mnie zrobiło ono dobrze. „Oczyściłem łono moje ze szkodliwej treści“. Nie mam chyba potrzeby przypominać ci, że wypowiadanie się jest dla artysty najwyższą i jedyną możliwością życia. Żyjemy wypowiadaniem się. Za żadną z bardzo wielu rzeczy, za które wdzięczność naczelnikowi więzienia, nie jestem mu tak głęboko zobowiązany, jak za prawo otwartego pisania do Ciebie tak długich listów, jak sam tylko chcę. W ciągu dwóch niemal lat nagromadził się we mnie rosnący wciąż ciężar goryczy, którego znacznej części pozbyłem się teraz. Za murem więziennym stoi kilka czarnych, pokrytych sadzą drzew, na których teraz właśnie pękają jaskrawo-zielone pąki. Wiem dobrze, co przeżywają obecnie te drzewa: wypowiadają się.“.... Mam nadzieję, że książka, która żywo i boleśnie oddaje wpływ społecznego upadku i uwięzienia na tak wysoce intelektualną i artystyczną naturę, ukaże wielu czytelnikom odmienne duchowe oblicze tego dowcipnego, zachwycającego pisarza.
DE PROFUNDIS
...Cierpienie jest jedną bardzo długą chwilą. Nie możemy dzielić go na okresy. Możemy jedynie zapamiętać rozmaite jego fazy i notować chroniczne ich nawroty. Dla nas czas nawet nie bieży naprzód. Stoi w miejscu. Zdaje się krążyć nieustannie dokoła tego samego wciąż ośrodka bólu. Ubezwładniająca ta nieruchomość życia, którego każdy moment ustanowiony jest podług niezmiennie stałego wzoru, tak, że jemy i pijemy, kładziemy się spać i modlimy się, a przynajmniej klękamy do modlitwy, podług niezłomnych przepisów żelaznej formułki; — ten bezruch, sprawiający, że każdy przeraźliwy dzień bliźniaczo, w najdrobniejszych szczegółach, podobny jest do wszystkich innych dni, — zdaje się udzielać tym nawet siłom zewnętrznym, których istotą jest nieustanna zmiana. O porze zasiewu i żniwach, o żeńcach, pochylonych nad dojrzałem zbożem i o tych, co obrywają kiście gron winnych, a potem z nich moszcz; o trawie, bielejącej mirjadami płatków kwiatowych lub usianej strąconym owocem, — o wszystkiem tem nie wiemy nic i nie możemy nic wiedzieć. Dla nas jedna tylko istnieje pora — pora bólu i udręki. Słońce nawet i księżyc odebrano nam, zda się. Na dworze, po za murami, dzień może być błękitny i złoty, ale światło, sączące się przez zmatowiałe i kurzem okryte szyby zakratowanego okienka, pod którem siedzę, jest szare i skąpe. W celi panuje stale mrok, i mroczno też jest zawsze w sercu więźnia. Bezruch panuje zarówno w sferze myśli, jak w sferze czasu. To, o czem wy wszyscy dawno już zapomnieliście, lub łatwo możecie zapomnieć, zaprząta myśl moją teraz i będzie ją znów zaprzątało jutro. Pamiętaj o tem, a zrozumiesz w części chociażby, dla czego piszę i dla czego piszę w ten sposób.... ....W tydzień później przewieziono mnie tutaj. Minęły jeszcze trzy miesiące — umiera moja matka. Nikt nie wie, jak ją kochałem i czciłem. Śmierć jej była dla mnie czemś strasznem; ale ja, niegdyś mistrz słowa, nie znajduję wyrazów na wypowiedzenie bólu mojego i mojej sromoty. Ona i ojciec mój przekazali mi nazwisko, czczone i szanowane dzięki nim nietylko w literaturze, sztuce, i nauce, lecz również i w historji mojej ojczyzny, w dziejach narodowego jej rozwoju. Dzięki mnie stało się ono gminnem przezwiskiem w ustach gminnych ludzi. Wytarzałem je w błocie. Wydałem je na łup prostactwu, aby uczyniło je prostaczem, — i wrogom, aby mogli przeistoczyć je w synonim obłędu. Co przecierpiałem wówczas i co wciąż jeszcze cierpię, niezdolne jest opisać żadne pióro i nie przyjmie tego żaden papier. Żona moja, zawsze taka dobra i względna dla mnie, nie chciała, abym dowiedział się o tym fakcie z obojętnych ust, i, choć sama chora, nie zawahała się odbyć długą podróż z Genui do Anglji, aby osobiście udzielić mi wiadomości o nieskończenie bolesnej, niepowetowanej mojej stracie. Echa współczucia dochodziły mnie ze strony wszystkich, którzy, chociaż nie znali mnie osobiście, dowiedziawszy się o nowem, okrutnem mojem nieszczęściu, napisali z prośbą, aby mi zakomunikowano ich wyrazy współczucia.... Mija jeszcze trzy miesiące. Kalendarz, przybity na zewnętrznych drzwiach mojej celi i notujący moje całodzienne sprawowanie i dokonaną pracę, — z mojem nazwiskiem i wyrokiem, wypisanemi u góry, — mówi mi, że mamy maj.... ....Powodzenie, szczęście i pomyślność mogą mieć gminne pozory i pospolitą treść, ale smutek jest najsubtelniejszą, najwrażliwszą ze wszystkich rzeczy ziemskich. Nie istnieje w całym świecie myśli poruszenie, które nie wywołałoby przerażającego i doskonałego zarazem wtóru smutku. Cieniuchne listeczki drgającego malarskiego złota, notujące kierunek sił, których oko nie może dojrzeć, grube są w porównaniu z jego subtelnością. Jest to rama, która krwawi za lada dotknięciem dłoni, o ile nie jest nią dłoń miłości; a nawet i wówczas krwawi ona, ale już nie z bólu. Gdzie panuje troska, tam jest miejsce uświęcone. Przyjdzie czas, kiedy ludzie zrozumieją, co to znaczy. Życie będzie dla nich zamkniętą księgą, dopóki nie zdołają tego zrozumieć. R — — i natury takie jak on, rozumieją to. Kiedy sprowadzono mnie, w towarzystwie dwóch policjantów, z więzienia do sądu, czekał już R — — w długim kurytarzu, aby — wobec całego tłumu, który oniemiał na widok tak miłosiernego, a tak pełnego prostoty gestu, — módz uroczyście zdjąć kapelusz na moje powitanie w chwili, kiedy mijałem go, z głową opuszczoną i rękami zakutemi w kajdany. Ludzie szli do nieba za drobniejsze od tego uczynki. W takim nastroju ducha, z sercem pełnem takiej miłości, klękali święci, aby obmywać nogi nędzarzom i pochylali się, aby składać pocałunek na twarzach trędowatych. Nie wspomniałem mu nigdy ani jednem słowem o tem, co zrobił. Nie wiem nawet aż do dnia dzisiejszego, czy świadom jest, że zauważyłem jego czyn. Nie jest to w skarbnicy mojego serca. Chowam tam rzecz, za którą można wyrażać zdawkową wdzięczność zdawkowemi słowami. Kryję ją jak dług tajemny, o którym miło mi myśleć, że nigdy nie będę w stanie go spłacić. Zabalsamowana jest, aby zachować mogła swoją słodycz, myrrą i nardem wielu łez. Ilekroć wiedza zdawała mi się bezcelową, filozofja — bezpłodną, a oklepane frazesy tych, którzy usiłowali mnie pocieszać, stawały się jak pył i popiół w moich ustach, otwierała mi pamięć o tym drobnym, pełnym czaru, niemym akcie miłosierdzia dostęp do wszystkich źródeł litości: ukwiecała różami pustynię, wprawiała serce moje, w pośród goryczy mojej samotności, w harmonijne ze zranionem, złamanem, wielkiem sercem świata. Wówczas jedynie, kiedy ludzie zdolni będą ocenić, nietylko jak pięknym był gest R—‘a, ale dla czego tak wielkie miał on dla mnie znaczenie i zawsze mieć je będzie, — wówczas może zrozumieją jak i w jakim nastroju mogliby zbliżyć się do mnie. ...Ubodzy są mądrzy; są lepsi, miłosierniejsi i wrażliwsi, aniżeli my. W oczach ich więzienie jest tragedją w życiu człowieka, nieszczęściem, fatalnym wypadkiem, czemś, co zasługuje na współczucie innych ludzi. O człowieku, będącym w więzieniu, mówią po prostu, że: „wydarzyło mu się nieszczęście“. W wyrażeniu tem, stale przez nich używanem, tkwi cała mądrość miłości. Zupełnie inaczej dzieje się u ludzi naszej sfery. Dla nas więzienie czyni z człowieka parjasa. Ja, i tacy jak ja, nie mają niemal prawa do powietrza i do słońca. Obecność nasza zatruwa innym ich przyjemności. Jesteśmy niepożądani, kiedy ukazujemy się ponownie. Nie dla nas już oglądanie blasków księżycowych. Nawet dzieci nasze zostają nam odebrane. Zerwane są słodkie te więzy, łączące nas z ludzkością. Skazani jesteśmy na samotność wówczas, kiedy synowie nasi żyją jeszcze. Społeczeństwo odmawia nam jedynej rzeczy, która mogłaby uleczyć nas i podtrzymać, koić balsamem skrwawione nasze serca i wlewać spokój do dusz naszych.... Zmuszony jestem powiedzieć sobie otwarcie, że ja sam zrujnowałem moje życie, i że życie żadnego człowieka — wielkiego zarówno jak małego — nie może być zrujnowane, o ile nie uczyni on tego sam, własną ręką. Doszedłem do tego przekonania i gotów jestem bronić go. Próbuję tak twierdzić, chociaż nie wszyscy może przyznają mi to. Niemiłosiernie oskarżam samego siebie. Okrutnem było to, co świat mi wyrządził; nieporównanie okrutniejszem wszakże, co wyrządziłem sobie ja sam. Byłem człowiekiem, który pozostawał w symbolicznym stosunku do sztuki i kultury mojego wieku. Byłem świadom tego już w zaraniu mojego wieku męskiego i zmusiłem moich współczesnych do uznania tego w następstwie. Niewielu zajmowało za życia podobne stanowisko i niewielu ludziom przyznawano takie prawo do niego. Zazwyczaj rozpatrywana jest rzecz ta, o ile wogóle dyskutuje się nad nią, przez historyków lub krytyków na długo po śmierci danego osobnika i przeminięciu jego epoki. Mój los był inny. Czułem to sam i innych, aby to czuli. Byron był postacią symboliczną; uosabiał on namiętności swojej epoki oraz przesyt, jakiego doznawała ona z powodu nadużywania tych namiętności. Pomiędzy mną a moją epoką zachodził związek inny: szlachetniejszy, trwalszy, dotyczący głębszych zagadnień życia i mający szersze cele na względzie. Bogowie obdarzyli mnie wszystkiem niemal.... Dałem się jednak zwabić na lep bezmyślnych, zmysłowych rozkoszy. Bawiła mnie rola „flaneur‘a“, dandysa, wyroczni mody. Otaczałem się naturami bardziej przyziemnemi i pośledniejszemi umysłami. Stałem się marnotrawcą własnego talentu i dziwną znajdowałem rozkosz w marnowaniu wiekuistej młodości. Znużony szybowaniem na wyżynach, zeszedłem dobrowolnie do nizin, w pogoni za nowemi wrażeniami. Czem paradoks był dla mnie w sferze myśli, tem stała się przewrotność w sferze namiętności. Żądza stała się wreszcie chorobą, szałem, a może jednem i drugiem zarazem. Zobojętniałem na życie innych. Czerpałem rozkosz, gdzie mi to dogadzało i szedłem dalej. Zapomniałem, że każdy drobny czyn codzienny kształci lub zniekształca charakter, że więc to, co robiło się w ukryciu czterech ścian, trzeba będzie we właściwym czasie obwołać głośno z dachu domu. Przestałem być panem samego siebie. Przestałem być sternikiem własnej duszy, i nie wiedziałem o tem. Dałem się opanować żądzy uciech. Skończyłem na straszliwej hańbie. Teraz pozostaje mi jedno tylko — bezwzględna pokora. Byłem w więzieniu przez dwa lata prawie. Owładnęła mną zrazu dzika rozpacz, poddanie się smutkowi, którego widok sam wzbudzał litość: straszna, bezsilna wściekłość, gorycz i pogarda, głośno szlochający ból, cierpienie, nie mogące wydobyć głosu, — niemy smutek. Przeszedłem przez wszelkie możliwe stadja cierpienia. Lepiej od samego Wordsworth‘a rozumiałem, co chciał wyrazić, mówiąc:
Jakkolwiek jednak cieszyła mnie chwilami myśl, że cierpienia moje mają trwać wiecznie, nie mogłem pogodzić się z tem, aby pozostały one bez znaczenia dla mnie. Teraz wszakże znajduję, ukryte głęboko na dnie mojej istoty, coś, co mi mówi, że każda rzecz na świecie ma swoje znaczenie, tembardziej ma je cierpienie. Tem czemś, ukrytem w głębi mojej istoty, jak skarb w ziemi, jest — Pokora. Jest to ostatnie, co mi pozostało, i najlepsze: ostatnie odkrycie, do jakiego doszedłem, punkt wyjścia nowego rozwoju. Wydobyłem je sam, z głębi własnej mojej istoty, i dla tego wiem, że przyszło w porę. Nie mogło przyjść ani wcześniej, ani później. Gdyby ktoś inny powiedział mi o niem, odrzuciłbym jego słowa. Gdyby przyniesiono mi je z zewnątrz, odmówiłbym przyjęcia. Że zaś ja sam do tego doszedłem, chcę je utrzymać. Muszę tak uczynić. Pokora jest jedyną rzeczą, która ma w sobie pierwiastki życia, nowego życia, mojej Ze wszystkich rzeczy na świecie jest ona najdziwniejszą. Nie można jej zdobyć inaczej, jak tylko przez wyrzeczenie się wszystkiego, co się posiada. Jedynie po utraceniu wszystkiego wiemy, żeśmy ją posiedli. Teraz, kiedy zdałem sobie sprawę, że jest ona we mnie, widzę jasno, co powinienem uczynić, co muszę uczynić. Wypowiadając podobne zdanie, nie mam potrzeby zaznaczać, że nie myślę o żadnym zewnętrznym nakazie czy sankcji. Nie uznaję ich. Jestem teraz daleko większym indywidualistą, aniżeli byłem kiedykolwiek. Wszystko, co nie jest wytworem duszy własnej, wydaje mi się pozbawionem najdrobniejszej wartości. Szukam sposobu stwierdzenia własnej jaźni. Jest to jedyne, o czem myślę. A pierwszą rzeczą, jaką mam do zrobienia, jest — wyzbycie się wszelkiego uczucia goryczy do świata. Jestem zupełnie bez grosza, i zupełnie bezdomny. Są jednakże gorsze od tego rzeczy. Jestem zupełnie szczery, mówiąc, że wolałbym chodzić od domu do domu, żebrząc o kawałek chleba, aniżeli wyjść z więzienia z goryczą w sercu. Gdybym nie dostał nic w pałacach bogaczów, dostałbym coś w chacie ubogiego. Ci, którzy posiadają dużo, są często chciwi; ci, którzy mają mało, zawsze się dzielą. Nie robiłoby mi zupełnie różnicy spać na chłodnej trawie w lesie, a z nastaniem zimy szukać przytułku w ciepłym stogu siana lub pod dachem stodoły, — bylebym miał miłość w sercu. Zewnętrzne warunki życia utraciły teraz dla mnie wszelkie znaczenie. Świadczy to, do jakich wyżyn indywidualizmu doszedłem, — raczej dochodzę, gdyż droga jest długa, a „gdziekolwiek stąpnę, natrafiam na ciernie“. Wiem, rozumie się, że nie wypadnie mi żebrać na gościńcu, i że, jeśli miałbym kiedyś spędzić noc na chłodnej trawie, to chyba, aby pisać sonety do księżyca. Gdy wyjdę z więzienia, R — — będzie już czekał na mnie ciężkich, żelazem obitych, wrót, jako symbol nietylko jego własnego przywiązania do mnie, ale przywiązania wielu innych jeszcze, po za nim. Sądzę, że będę miał w każdym razie dość pieniędzy na przeżycie ośmnastu miesięcy mniej więcej; jeśli więc nie będę mógł pisać pięknych książek, będę przynajmniej mógł czytać piękne książki. Czy istnieje większa rozkosz? A zresztą, mam nadzieję odzyskać moją zdolność tworzenia. Gdyby jednak było inaczej: gdyby nie pozostał mi na świecie ani jeden przyjaciel; gdyby ani jedne drzwi nie miały otworzyć się przedemną miłosiernie; gdybym był zmuszony pogodzić się z sakwą i łachmanami nędzarza; — dopóki nie byłoby we mnie żalu do świata, zawziętości i goryczy, mógłbym stanąć wobec życia z większym spokojem i ufnością, aniżeli uczyniłbym to, strojny w piękne szaty i cienką bieliznę, ale z duszą, zatrutą nienawiścią. I napewno nie napotkam trudności na mojej drodze. Kto naprawdę pożąda miłości, znajdzie ją, czekającą na niego. Zbytecznem będzie chyba dodawać, że zadanie moje nie kończy się na tem. Byłoby to względnie łatwe, gdyby tak być miało. Czeka mnie daleko większa praca. Muszę wdrapywać się na daleko bardziej strome wyżyny, przechodzić przez daleko ciemniejsze doliny. A wszystko to muszę wydobyć z głębin własnej istoty. Ani religja, ani moralność, ani rozum nie są w stanie mi pomódz. Moralność nie jest mi pomocną. Jestem wrodzoną przekorą. Jestem jednym z tych, którzy są stworzeni do wyjątków, a nie do praw. Uważając jednak, że niema nic złego w tem, co człowiek czyni, widzę, że jest coś złego w tem, czem się człowiek staje. Dobrze jest dojść do takiego przeświadczenia. Religja też mi nie pomaga. Gdy inni wierzą w rzeczy niewidzialne, ja wierzę w to tylko, co widzę i czego się dotykam. Moje bóstwa przebywają w świątyniach, wzniesionych ręką ludzką; wiara moja doskonali się i uzupełnia w granicach faktycznych doświadczeń; zanadto może uzupełnia się, bowiem, na wzór wielu lub wszystkich, którzy szukają nieba na ziemi, znalazłem na niej nietylko piękno nieba, ale zarazem grozę piekła. Kiedy myślę o religji, czuję, że dobrze byłoby utworzyć rodzaj zakonu dla tych, którzy Możnaby go nazwać Bractwem Niewierzących. Na ołtarzu, na którym ani jedno nie płonie światło, kapłan, w którego sercu pokój nie gości, odprawiałby mszę, mając w ręku chleb niepoświęcony i pusty kielich do wina. Wszystko, co ma być prawdziwem, musi się stać religją. Agnostycyzm powinienby mieć swój rytuał tak samo, jak wiara. Posiał on swoich męczenników, powinienby zyskać swoich świętych i codziennie chwalić Boga za to, że ukrył samego Siebie przed człowiekiem. Bez względu wszakże na to, czy ma to być wiara czy niewiara, nie może być w niej dla mnie nic zewnętrznego. Symbole jednej czy drugiej muszę sam stworzyć. Duchowem jest to tylko, co samo stwarza swoją formę. Jeśli nie znajdę klucza do tej wiary czy niewiary w duszy własnej, nigdy go nie znajdę; jeśli nie mam jej jeszcze w sobie, nie objawi mi się ona nigdy. Rozum nie pomaga mi. Mówi mi on, że prawa, na mocy których skazano mnie, są złemi i niesprawiedliwemi prawami, a system, który spowodował tyle cierpień moich, jest złym i niesprawiedliwym systemem. Otóż zadaniem mojem jest znaleźć sposób uczynienia tych praw i tego systemu dobremi i sprawiedliwemi dla mnie. Z moralnym rozwojem charakteru człowieka dzieje się zupełnie to samo, co ze Sztuką: zajmuje go w niej to tylko, czem dany przedmiot jest dla niego w danym momencie. Zadaniem mojem jest uczynić wszystko, co mnie spotyka, dobrem dla mnie. Twardą pryczę; wstręt budzące jadło; grube sznury, które drzeć na pakuły zdrętwiałemi z bólu palcami; najniższe posługi, jakiemi zaczynam i kończę dzień każdy; szorstkie, krzykliwe nawoływania, związane, zda się, ściśle z rutyną więzienną; potworną odzież, nadającą cierpieniu błazeński pozór; milczenie, samotność, hańbę; — wszystko to razem, i każdą rzecz z osobna, przeistoczyć muszę w przeżycie duchowe. Każde poniżenie cielesne muszę usiłować przetworzyć w czynnik moralny, doskonalący duszę moją. Chciałbym dojść do tego, aby módz powiedzieć z zupełną prostotą, bez żadnej przesady, że dzień, w którym ojciec mój wysłał mnie do Oksfordu, i dzień, w którym społeczeństwo wtrąciło mnie do więzienia, były dwoma wielkiemi punktami zwrotnemi w mojem życiu. Nie twierdzę, aby więzienie było najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać; zdanie takie miałoby posmak zbyt wielkiej goryczy w stosunku do mnie samego. Powiedziałbym raczej, albo chciałbym, aby o mnie mówiono, że byłem tak typowem dzieckiem mojego czasu, iż, w przewrotności mojej i w imię tej przewrotności, obracałem wszystko dobre w mojem życiu na złe i wszystko złe na dobre. Wszystko jednak, co ja, czy inni, o tem powiemy, małe ma znaczenie. Rzeczą ważną, rzeczą, stanowiącą obecne moje zadanie, którego muszę dokonać, o ile ta niewielka resztka dni moich, jakie mi żyć pozostało, nie ma być spaczoną, okaleczoną i zmarnowaną — jest, aby dusza moja wchłonęła w siebie to wszystko, co mi wyrządzono, aby stało się ono częścią składową mojej istoty, abym mógł przyjąć je bez skargi, obawy czy niechęci. Największym występkiem jest połowiczność i płytkość. Wszystko, co konsekwentnie przeprowadzone zostało do końca, jest słuszne. Kiedy wtrącono mnie do więzienia, radzili mi niektórzy, abym zapomniał, kim byłem. Była to fatalna rada. Pociechę udało mi się znaleźć jedynie dzięki uświadomieniu sobie, kim jestem. Teraz radzą mi inni, abym, po wyjściu stąd, starał się zapomnieć, że byłem kiedykolwiek w więzieniu. Wiem, że okazałoby się to niemniej fatalnem. Wynikiem tego byłoby nieustanne, nieznośne poczucie własnej hańby; a wszystko, co ma dla mnie tak samo wielkie znaczenie, jak dla innych: piękno słońca i księżyca; zmienne obrazy pór roku; dźwięki świtania i cisza wielkich nocy; szmer kropli deszczu, spadających po przez liście; widok rosy srebrzącej trawę; — wszystko to byłoby skalane dla mnie i utraciłoby swoją siłę kojącą i dającą radość. Żałować własnych doświadczeń życiowych — znaczy powstrzymać własny rozwój. Wyprzeć się własnych przeżyć — znaczy zadać kłam własnemu życiu. Jest to równoznaczne zaparciu się własnej duszy. Bowiem, jak ciało wchłania w siebie materie pospolite i nieczyste, na równi z uświęconemi przez kapłana czy objawienie, i przeistacza je w ruch lub siłę, w piękną grę mięśni, w budowę kształtnego ciała, w barwę i falistość włosów, w karmin ust, w blask oka; — tak samo posiada i dusza swoje funkcje odżywcze, i może przeistoczyć w szlachetne porywy myśli i napływy wzniosłych uczuć to, co samo przez się jest niskie, okrutne i upakarzające. Więcej nawet: może znaleźć w nich najdostojniejsze sposoby stwierdzania swojej istoty i często może objawić się w najdoskonalszej formie dzięki temu właśnie, co miało za zadanie rujnować i bezcześcić. Muszę otwarcie przyznawać się do faktu, że byłem zwyczajnym więźniem w zwykłem więzieniu i, jakkolwiek wydać się to może dziwnem, jedną z rzeczy, których będę musiał się nauczyć, będzie — nie wstydzić się tego. Muszę przyjąć to jako karę, jeśli zaś się tego, że byliśmy ukarani, nie było wogóle po co karać. Wiele jest, oczywiście, rzeczy takich, o których byłem przekonany, że ich nie popełniłem, skądinąd zaś dużo jest i takich, o których wiem, że je zrobiłem i znacznie jeszcze więcej takich, za które nie byłem nigdy pociągany do odpowiedzialności. Że zaś bogowie dziwni są i karzą nas tak samo za to, co jest w nas dobrego i ludzkiego, jak i za to, co jest złego i przewrotnego, muszę również pogodzić się z faktem, że jesteśmy karani zarówno za złe, jak i za dobre czyny. Nie wątpię, że jest to słuszne zupełnie, i że powinno tak być. Dopomaga nam to, albo też powinno dopomagać, do zdawania sobie sprawy z jednego i z drugiego bez zbytniej z tego powodu zarozumiałości. Jeśli więc nie będę się wstydził poniesionej kary, jak mam nadzieję czynić, będę mógł swobodnie myśleć, poruszać się i żyć. Wielu ludzi, po wypuszczeniu ich z więzienia, zabiera je z sobą na wolność i chowa je w głębi serca, jak ukrytą hańbę, i w końcu — niby biedne zatrute zwierzę — włazi do jakiejś nory i tam umiera. Straszne jest, że muszą oni tak postępować i niesłusznie, straszliwie niesłusznie jest ze strony społeczeństwa, że zniewala ich ono do podobnego postępowania. Społeczeństwo przyznaje sobie prawo wymierzania okrutnych kar na jednostki, ale i ono samo popełnia najwyższą zbrodnię płytkości, nie potrafi bowiem przeprowadzić czynu swojego konsekwentnie do końca. Kiedy ukarany przez nie człowiek odcierpi już swoją karę, pozostawia go ono w osamotnieniu; opuszcza go w tym właśnie momencie, kiedy rozpoczyna się najszczytniejszy jego obowiązek względem danej jednostki. Wstydzi się ono widocznie własnych czynów, unika więc tego, kogo ukarało, jak się unika wierzyciela, któremu nie można spłacić jego należności, albo też człowieka, któremu się wyrządziło niepowetowaną, niedającą się naprawić, krzywdę. Co do mnie, domagam się, aby wobec faktu, że odcierpiałem moją karę do końca, i społeczeństwo również w zupełności zdało sobie sprawę z tego, jaką nałożyło na mnie karę, — i aby w ten sposób nie było z obu stron ani rozgoryczenia, ani nienawiści. Wiem, naturalnie, że, pod pewnym względem, inaczej ułoży się wszystko dla mnie, niż dla innych; musi, z samej natury rzeczy, ułożyć się inaczej. Złodzieje i włóczęgi, biedacy, uwięzieni tutaj razem ze mną, są pod wieloma względami w lepszem, niż ja, . Uliczka w szarej mieścinie lub ścieżka w zielonem polu, które były świadkami ich grzechu, są tak małe, że chcąc znaleźć takich, którzy nic nie wiedzą o ich przestępstwie, nie mają dalszej do odbycia drogi nad tę, jaką ptak przefrunąć może pomiędzy zmierzchem a świtaniem. Dla mnie, natomiast, świat skurczył się do jednej piędzi i, dokądkolwiek pójdę, znajdę imię moje w śpiżu wyryte na skałach. Bowiem nie wyszedłem z mroków na światło chwilowej rozgłośności występku, ale z wyżyn wieczystej sławy runąłem w odmęt zniesławienia. Wydaje mi się też czasem, że służyć mogę za dowód — o ile wymaga to dowodów — że od sławy do zniesławienia krok tylko jest jeden — o ile nie mniej jeszcze, niż krok. Jednakże, w samym tym właśnie fakcie, że ludzie poznają mnie wszędzie, dokądkolwiek pójdę i będą wszystko wiedzieli o mojem życiu, dostrzegam coś dobrego dla mnie. Zmusi mnie to do stwierdzenia ponownie, i to w możliwie krótkim czasie — że jestem artystą. Jeśli potrafię stworzyć jedno chociażby piękne dzieło sztuki, pozbawić będę w stanie złośliwość jej jadu, tchórzostwo — jego wydrwiwań, i z korzeniem wyrwać będę mógł język wzgardzie. O ile życie jest, a jest nią napewno, zagadką dla mnie, i ja takąż samą jestem zagadką dla życia. Ludzie zająć muszą wobec mnie wyraźne stanowisko, i tem samem wydać wyrok zarówno na mnie, jak i na siebie samych. Zbytecznem byłoby chyba dodawać, że nie mówię o poszczególnych jednostkach. Jedynymi ludźmi, z którymi chciałbym teraz przestawać, są artyści i ci, którzy cierpieli: ludzie, którzy wiedzą, czem jest piękno i czem jest cierpienie; nikt inny nie interesuje mnie. Nie żądam też niczego od życia. We wszystkiem, o czem mówiłem, obchodzi mnie wyłącznie duchowy mój stosunek do całokształtu życia; czuję też, że jedną z pierwszych rzeczy, do których dążyć muszę w imię własnego doskonalenia się i z powodu własnej niedoskonałości, jest niewstydzenie się tego, że byłem karany. Następnie uczyć się muszę, jak być szczęśliwym. Kiedyś umiałem to, a przynajmniej myślałem, że umiem, intuicyjnie. W sercu mojem stale panowała niegdyś wiosna. Temperament mój pociągał mnie ku radości. Po brzegi wypełniłem życie moje używaniem, jak czarę wypełnia się po brzegi winem. Teraz biorę życie zupełnie inaczej; zapatruję się na nie z zupełnie innego stanowiska, i często niezmiernie trudno mi jest wprost wyobrazić sobie szczęście. Pamiętam, że w pierwszym kwartale mojego pobytu w Oksfordzie, czytając Pater’a (książkę, która wywarła dziwny taki wpływ na moje życie), znalazłem w niej ustęp, w którym autor mówi o tem, że Dante umieścił w głębokim kręgu Piekła tych, którzy dobrowolnie oddają się smutkowi. Poszedłem umyślnie do biblioteki uniwersyteckiej i odszukałem owo miejsce w gdzie mowa jest o tem, jak w głębinach, poniżej ponurych bagien, leżą ci, co „smutni niegdyś byli w słodkiem powietrzu“, a teraz powtarzają wciąż przez jęki:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of De Profundis.
