Mowa Dr. Władysława Niegolewskiego posła na sejm niemiecki powiedziana w środę 20 stycznia 1875 r. w Berlinie na posiedzeniu sejmu niemieckiego
Bieda
Narodu Polskiego
i Polskiego Języka.
Dr. Władysława Niegolewskiego
posła na sejm niemiecki
powiedziana w środę 20 stycznia 1875 r.
w Berlinie
na posiedzeniu sejmu niemieckiego
wydana przez
Redakcyą Orędownika.
POZNAŃ 1875.
Nakładem Dr. Romana Szymańskiego.
W drukarni J. Leitgebra.
„Obecna polityka wiedzie nas Polaków z jednej strony do umysłowego ogłupienia, z drugiéj strony do moralnego zdziczenia.“ Z mowy posła dr. Niegolewskiego d. 20. 1. 1875.
Jeślibym cię zapomniał o kraino święta, Niech moja swéj nauki ręka zapamięta! Niechaj mi język uschnie, kiedy cię przepomnę, Kiedy cię na początku wesela nio wspomnę.
Pomnij wszechmocny Panie, co nam wyrządzali Edomczycy, jako w nasz ciężki dzień wołali: Zgubcie ten zły naród, ogniem miasto spalcie, A ich mury do gruntu samego rozwalcie.
Ale i ty Babilon, strzeż dobrze swéj głowy, Bo już wisi upadek nad tobą gotowy; Szczęśliwy, ktoryé za nas odmierzy two winy A o skałę roztraci two nieszczęsno syny.
Z 137 Psalmu Izraela za czasu niewoli Babilońskiej.
SPIS TREŚCI
Mowa Dr. Władysława Niegolewskiego posła na sejm niemiecki powiedziana w środę 20 stycznia 1875 r. w Berlinie na posiedzeniu sejmu niemieckiego
Bieda
Narodu Polskiego
i Polskiego Języka.
Dr. Władysława Niegolewskiego
posła na sejm niemiecki
powiedziana w środę 20 stycznia 1875 r.
w Berlinie
na posiedzeniu sejmu niemieckiego
wydana przez
Redakcyą Orędownika.
POZNAŃ 1875.
Nakładem Dr. Romana Szymańskiego.
W drukarni J. Leitgebra.
„Obecna polityka wiedzie nas Polaków z jednej strony do umysłowego ogłupienia, z drugiéj strony do moralnego zdziczenia.“ Z mowy posła dr. Niegolewskiego d. 20. 1. 1875.
Jeślibym cię zapomniał o kraino święta, Niech moja swéj nauki ręka zapamięta! Niechaj mi język uschnie, kiedy cię przepomnę, Kiedy cię na początku wesela nio wspomnę.
Pomnij wszechmocny Panie, co nam wyrządzali Edomczycy, jako w nasz ciężki dzień wołali: Zgubcie ten zły naród, ogniem miasto spalcie, A ich mury do gruntu samego rozwalcie.
Ale i ty Babilon, strzeż dobrze swéj głowy, Bo już wisi upadek nad tobą gotowy; Szczęśliwy, ktoryé za nas odmierzy two winy A o skałę roztraci two nieszczęsno syny.
Z 137 Psalmu Izraela za czasu niewoli Babilońskiej.
Do ludzi dobréj woli!
yło to w czerwcu roku 1873, kiedy ówczesny prezes Koła Polskiego, p. dr. Henryk Szuman, zdawał sprawę z czynności poselskich na wielkiéj sali Bazarowéj wobec kilkotysięcznéj rzeszy wyborców z miasta i z prowincyi. Głowa stała przy głowie, ścisk i gorąco były wielkie, mimo to wszyscy z wielkiem natężeniem przysłuchiwali się słowom mówcy. Obok mnie stał młody człowiek, wyglądający na czeladnika rzemieślniczego, który dobył pugilaresu, oparł go na ramieniu sąsiada i kreślił jakieś figury, jak gdyby chciał słowa mówcy przenieść na papier i zachować je sobie na pamiątkę. Ciekawością wiedziony, zajrzałem mu w pugilares, ale jego litery wyglądały mi jak egipskie hieroglify, ledwo jakieś podobieństwo do głosek można było tu i owdzie między niemi odkryć, ale o wyrazach całych ani myśl. Zdziwiony tem nie mało, zapytałem z cicha: Czy Pan spisujesz słowa mówcy? — Spojrzał na mnie, kiwnął głową i kreślił daléj; — nie chcąc mu więc przeszkadzać, pozostawiłem go w spokoju. Kiedy ówczesny prezes Koła skończył swą przeszło godzinną mowę, zabrałem głos, by mu w imieniu zebranych podziękować za to i dorzucić kilka słów, jakie jest moje zapatrywanie na obronę zagrożonej narodowości naszéj. Po hucznych okrzykach na cześć mówcy-posła, na cześć całego Koła Polskiego, wiec rozwiązano, tłum o tysiącach głów ruszył się jak Wisła z nawpół stopniałą krą, zamieszany gwar rozległ się pod wysokie sklepienie i cała masa zaczęła się walić z sali na schody, z schód na ulicę. Co się z moim towarzyszem stało, nie wiem, ale, kiedym z ostatnimi wychodził z sali, ujął mię ktoś silnie za rękę. Był to mój towarzysz, który jeszcze w drugiem ręku trzymał pugilares z swemi hieroglifami. Nimem zdołał do niego przemówić, on pierwszy zaczął mi się wynurzać, jakie potężne wrażenie wywarł na nim wiec, którego nigdy nigdzie nie widział, nie o nim od nikogo nie słyszał, ilu się rzeczy dowiedział o ucisku naszego narodu. „Gdybym był na jakiem wielkiem nabożeństwie uroczystém — mówił nie byłbym z niego wrócił tyle uradowany, co dziś z wieca“. Z dalszéj rozmowy dowiedziałem się, że pochodzi z za Opalenicy i przed kilku dniami dopiero przybył do Poznania, że o wyborach nic nie wiedział, o posłach nic nie słyszał, o rozporządzeniach przeciw językowi polskiemu nikt mu nic nie mówił, — mówiono mu tylko, że z ks. Arcybiskupem ma być źle. Na wiecu onym po raz pierwszy drgnęło mu serce poczuciem narodowém. O kilka kroków od nas stał drugi młody człowiek, widocznie jego dobry znajomy. Podałem mu rękę, pytałem, z któréj okolicy, jak się nazywa, ale on na to ani słowa, i tylko jego towarzysz za niego odpowiadał; — pytałem go, jak mu się mowa posła podobała, co go w niéj najwięcéj uderzyło, ale on, ciągle niemy, ani ust nie ruszył, tylko oko zaiskrzone i cała drgająca postawa świadczyły, że i on wyszedł z wieca do głębi wzruszony. Pożegnałem ich i na drodze przywodząc sobie w pamięci postacie z innych wieców, pomyślałem sobie: ci dwaj młodzi ludzie, to prawdziwy obraz ludu polskiego. To pogrobowcy, co wyszli na świat z łona już umierającéj matki. Żyją i przypadkiem dowiadują się, kto był ich matką, która już — w grobie. Czy połowa wyborców z owych sześciu tysięcy, które się zeszły na sprawozdanie posła dr. Szumana, wiedziała od nich więcéj o sprawach narodowych? Wszakże sam poseł dr. Szuman potwierdził tę grubą nieświadomość ludu naszego z jednéj, a obojętność i nieporadność klas wyższych z drugiéj strony, gdy swój wykład rozpoczął od elementarnych pojęć: co jest sejm, co jest Koło Polskie, jak się prawa stanowią, a więc od rzeczy, których już dawno w ciągu 25letniéj działalności naszéj reprezentacyi sejmowéj trzeba było ludu nauczyć! Pod wpływem tych wrażeń roiły mi się rozmaite myśli po głowie, jakichby tu jeszcze skutecznych użyć środków, ażeby ruszyć żywiéj agitacyą polityczną, prowadzoną u nas dotąd z niesłychaną ociężałością. I pomyślałem sobie: jak mi siły i czas pozwolą, to puszczę między zacną wiarę ludu polskiego kilka tysięcy pisemek politycznych, które u jednych uzupełnią to, czego się z pism czasowych i na wiecach dowiadują, drugim, co ani pism, ani wieców nie znają, a jednak gorące mają serce dla sprawy narodowéj, jedno i drugie zastąpią. Atoli nic łatwiejszego nad powzięcie dobrych zamiarów. Trudność leży w wykonaniu, a wykonanie zawisło nie zawsze od nas, ale od wielu innych okoliczności. Na jaki przedmiot zwrócić tu oczy, ażeby ogół polski żywo zainteresował, — zkąd go wziąść? — w jaki sposób go rozszerzyć, ażeby kurzem nie zachodził na półkach księgarskich, lub nie ginął w ręku mężów zaufania, pisarzów gospodarczych, ogrodników, kuchcików i może jeszcze ratajów, ale dostał się istotnie do rąk naszego mieszczaństwa, naszych gospodarzy wiejskich, a z ich rąk — do ich serc, do ich głów? Bawić się struganiém oświaty politycznej ludu polskiego na drewionku rozmaitych uczciwych pomysłów i programów, wydało mi się próżném marnotrawieniem czasu, dla tego, nie wyrzekając się powziętéj myśli, dybałem na sposobną porę. I nawinęła się wreszcie. I otoż podaję Wam do rąk, polscy mieszczanie i gospodarze, o, którą powiedział w sejmie niemieckim, stając w a. Znajdziecie w niéj jakiemi nawiedziły ostatnie trzy lata nasz Kościół i naszą polską mowę w zaborze pruskim. Mowa ta przedstawi Wam nie tylko zupełny, obraz smutnego położenia naszego, ale także, ważne stanowisko naszych posłów, jak oni mężnie stają w obronie tego, co dla każdego Polaka najdroższem w świecie być winno. Szczęśliwiéj dobrać przedmiotu, jaki Wam w niniejszém pisemku podaję, bodaj czy się kiedykolwiek uda, dla tego też Was zaraz gorąco zachęcam, ażebyście pisemko to roznieśli w tysiącach po strzechach Waszych. Jakże to bolesnem być musi temu, który czuć umie, że dotąd nie tylko Niemcy w sejmach, ale nawet lada pisarek przy jakiem gazeciątku niemieckiém, natrząsa się z ludu polskiego, że jemu Kościół, mowa polska, są obojętne, że o to spierają się tylko na sejmach posłowie polscy, ale lud polski o posłów nie pyta i nic go z niemi nie wiąże. Jeżeli Niemcy chcą przez to powiedzieć, że lud polski gotów porzucić sprawę narodową i posłów polskich odstąpić, to kłamią; jeżeli jednak chcą powiedzieć, że lud polski często nie wie i nie rozumie, co posłowie musi na sejmach robią i o co się dopominają, to poniekąd mają wielką prawdę. Przez 25 lat, jak Konstytucya pruska istnieje nie starano się u nas wcale, ani skrzętnie ani szczerze, o podniesienie ludu polskiego w sprawach publicznych. Jak w przeszłym wieku lud odrabiał robociznę na gruntach pańskich, i mało kto pytał, co je, czem się przyodziewa i jak mieszka; tak i teraz aż do ostatnich dni odrabia lud polski robociznę przy wyborach i mało kto pyta, co on przy tem myśli, co czuje. Nasza dotychczasowa agitacya polityczna jest z gruntu fałszywą, powiedziałbym więcéj szkodliwą jak pożyteczną, bo wychodzi tylko na chwilowe podrzaźnienie umysłów, ale nie na ich zbudowanie i umocnienie wewnętrznego przekonania. W ciągu ostatnich trzech lat, w których nas tyle nieszczęść publicznych dotknęło, mogliśmy śmiało i łatwo wciągnąć ogół ludu polskiego w sprawy publiczne, a zrobiliśmy tyle, co nic. Kiedyś, gdy ogół ludu polskiego przyjdzie do jaśniejszego pojmowania spraw publicznych, gdy serce jego zadrgnie tak żywem poczuciem narodowem, jak u owego rzemieślnika młodego z pod Opalenicy, wydobędzie się z duszy jego ciężka skarga na tych, którzy się uważają za jego przewodników a czynią wszystko, żeby go w ciemnocie i politycznem niedołęstwie utrzymać. Wtedy lud polski wołać będzie, jak wołał żołnierz francuzki, łzami zalany pod niezdobytemi murami Metzu: Czemuście nas w ogień nie prowadzili, póki był czas! Ażeby serce ludu polskiego tem rychléj i tem żywiéj drgnęło poczuciem narodowém, w tym celu podaję Wam polscy rzemieślnicy i gospodarze wiejscy z niemieckich sejmowych zapisków na język polski prostém i przystępném słowem przełożoną mowę posła dr. o. Rozszerzajcie ją między sobą skrzętnie i czytajcie ją pilnie i opowiadajcie ją chętnie innym ciekawym. ą, bo dopóki Wam tylko księża i panowie będą podawali pisma za darmo i z łaski, dopóty nie spadnie z Was skorupa politycznego niedołęztwa, w którą Was wieki jak żółwia zamknęły. Przyjmujcie z wdzięcznością i bratniem zaufaniem wszystko, co Wani bratnia ręka duchowieństwa i panów celem podniesienia Was w oświacie podaje, ale wiedzcie przy tem: że jeśli sami nad sobą pracować nie będziecie, wszystko pójdzie na nic. Wyższe stany mogą Wam drogi przygotowywać, otaczać Was troskliwém okiem, udzielać Wam rad i wskazówek, ale za Was czuć, myśleć, pełnić obowiązków narodowych nie mogą. To Wy sami czynić musicie! Ażeby rozpowszechnienie mowy sejmowéj posła dr. o na wszystkie strony naszéj ziemi polskiéj jak najdaléj sięgnąć mogło, zwracam się tu głównie do i, poczęści znanych mi znazwiska z licznych korespondencyi, które przeszły przez ręce moje podczas czteroletniego wydawnictwa pisma mojego i dzielę się z nimi kilkoma spostrzeżeniami. Popęd do czytania jest u ludu polskiego w ogóle jeszcze słaby i to tak: gdzie jest jeszcze polskość tęga, liczna, tam mniéj czytają, gdzie zaś jest słabsza, niemczyzną zagrożona, oblana, tam duch, jeśli jest, jest w każdym razie żywszy. Tu i tam oczywiście zachodzą wyjątki. W Prusiech Zachodnich, na Warmii, na Górnym Szląsku znaleziesz gospodarza, młynarza, chałupnika, górnika a nawet trzeźwego robotnika, który kupi książek, to dla siebie, to dla dzieci, za talara, za 5, za 10, a nawet za 30 tal. na rok. Znaleziesz organistę, gościnnego, który będzie namawiał po wsi i okolicy i zbierze po 2 złp. na 18 Żywotów Najświętszéj Maryi Panny księdza Busingera. W W. Księstwie nie tyle podobnych przykładów, a od Zbąszynia, Międzyrzecza, Czarnkowa, Chodzieży, to jakby tam tylko w grobach Polacy spali, a żywych już nie było. I to spostrzeżenie zrobiłem, że gospodarze wiejscy chętniéj poświęcą grosz na książkę polską, jak nasze mieszczaństwo. Niejednę już książkę sprzedała Ekspedyeya „Orędownika“, ale nie przypominam sobie, ażeby jaki zamożniejszy mieszczanin zamówił sobie co z książek np. pana J. Chociszewskiego dla swego syna lub dla swéj córeczki. Pod tym względem mieszczaństwo polskie nisko — bardzo nisko stoi. Nie łatwa to więc sprawa rozszerzać między ludem polskim pisemka i to jeszcze politycznéj treści, a tu właśnie o to chodzi, żeby się do jego rąk dostały. Ale nie od razu Kraków zbudowano, więc czyńmy przynajmniéj to, co czynić możemy. Dla tego też zwracam się głównie do ludzi dobréj woli zajmijcie się całem sercem rozpowszechnianiem mowy posła dr. o. Zwracajcie się przedewszystkiem do ludzi chętnych, podawajcie ją tym, co mają serce i chcą czytać, a nie turbujcie się wiele z tymi, którzy mają na to i mogliby kupić, a lekceważą sobie pismo polskie. Bo przy agitacyi politycznéj musimy się o to starać, ażeby ci, którzy są chętnego serca, ą. Jak się tych zastęp między ludem polskim zwiększy, pozyskamy więcéj samodzielnych pracowników, pod których wpływem z czasem obojętność drugich stopnieje. By ułatwić i pracę rozpowszechnienia mowy posła dr. postawiłem cenę jak najniższą i to jeden srebrny grosz za egzemplarz, który zakupujący dostanie pod opaską o do domu. Przy większych zakupach otrzyma się:
za | 10 | sgr. | | … | 12 | egzemplarzy,
„ | 20 | „ | … | 25 | „
„ | 30 | „ | … | 50 | „
Osobom, któreby się chciały zająć rozprzedażą na własną rękę, odstępuje przy zamówieniu najmniéj 30 egzemplarzy takowe za pół ceny. z! Takie ceny ustanawiam na W. Księstwo Poznańskie, Prusy Zachodnie i Szląsk. Na ą, na powiat i w prowincyi pomorskiéj, przesyłać będę darmo każdemu, kto się zgłosi, egzemplarzów tyle, ile zażąda, także o do domu. Kto będzie chciał zapłacić, niech przyśle, co chce. Przyśle 10 sgr., otrzyma 10 egzemplarzy, będzie sobie życzył za 10 sgr. 50 egzemplarzy, odbierze, 50; przyśle 1 sgr., otrzyma zań 1, 10, 50 egzemplarzy. Pieniądze należy przesyłać w markach pocztowych pod adr.: Ekspedycya Orędownika w Poznaniu — lub: Expedition des Orędownik — Posen.
Mowa
Dr. Władysława Niegolewskiego,
posła na sejm niemiecki.
Działo się w środę dnia 20 stycznia 1875 r. w sejmie niemieckim w Berlinie. Na porządku obrad postawiono wniosek Koła Polskiego, złożony przez posłów polskich u laski marszałkowskiéj a poparty podpisami przez Niemców katolików, czyli tak zwane katolickie centrum. We wniosku dopominali się posłowie polscy: Kiedy marszałek sejmu wniosek odczytał i pod obrady oddał, zabrał pierwszy głos, według zwyczaju sejmowego, pan i, prezes Koła Polskiego, jako wnioskodawca, powołując się na rękojmie, jakie dają naszym prawom narodowym traktaty międzynarodowe, obietnice monarchów pruskich i pruska Konstytucya, i wyrzucając Niemcom, że się znęcają nad nami, jak gdyby dzikie ludy afrykańskie, które szukają sobie ofiar między ludźmi. Nie podobała się Niemcom ani mowa jego, ani wniosek i jeden z nich, z nazwiska dr. s, zażądał, ażeby wniosek skreślić z porządku obrad i wcale nie mówić o nim w sejmie. Wtedy marszałek pytał sejmu: co myślą o tem, czy chcą mówić o wniosku Polaków, czy go też chcą zrzucić z porządku obrad? I tu znowu obyczajem sejmowym dał głos dwom posłom, którzy za sejm cały mieli wypowiedzieć, co z polskim wnioskiem zrobić. Z grona przeciwników naszych podniósł się pan e, lantrat z Babimostu, i niby jako znawca naszych potrzeb nic nie wiedział, żeby się Polakom krzywda pod rządem pruskim działa, i żądał, jak pan dr. s radził, by nie mówić o wniosku polskim. Po jego mowie marszałek sejmu udzielił głosu drugiego panu dr. Władysławowi u, który wstąpił na trybunę i wciągnąwszy powietrza w piersi, zagrzany duchem narodowym, tak mówił:
Wysoki Sejmie!
Nie pojmuję, jak mówca poprzedni, p. Unruhe z Babimostu, który sam powiada, że pochodzi z Księstwa i jest z jego stósunkami obeznany, mógł przemawiać za tem, ażeby nam nie było wolno poskarzyć się na krzywdy nasze i żądać ich usunienia. Czyżby nie miał wiedzieć, żem tu z tego miej- sca niejednokrotnie wykazywał, że obecna polityka rządu pruskiego wiedzie nas z jednej strony do a a z drugiej strony do o? Zaprawdę, F. Unrule powinien wprzódy zapytać nas o dowody, aby sejm osądził, czy prawdą jest, co twierdzimy, czy też nie. Aleć urzędnicy w naszem W. Księstwie, od najwyższego począwszy aż do najniższego, silą się na to, ażeby przesyłać o nas do Berlina fałszywe i z umysłu nakręcane wiadomości.
(oho! — wołają.)
Nie wierzycie, a tak jest, Mości Panowie, nie raz tu wykazywałem, że tam, gdzie nie było żadnego powodu do prześladowania niewinnych, to sobie powody takie wymyślali i to nieraz w sposób karygodny i nieuczciwy, wtrącali ludzi nawet do cuchthauzu, podżegając ich wprzódy, żeby z urzędnikami zaczynali. A wszystko działo się dla tego, ażeby się nazywało, że wielkie zasługi położyli przez to około państwa i żeby potem łatwiejszym sposobem tłuściejsze podostawali posady w urzędach. Przez sam szacunek dla Wysokiego Sejmu i dla mojej osoby — gdy p. Unruhe zbywa tylko słówkami nasze krzywdy twierdzi nawet, że ich nie ma, — winienem dowieść, że albo p. Unruhe nie wie, co się w jego lantraturze dzieje, albo też....
(oho! — wesołość)
Tu marszałek przerywa mówcy i przymawia mu, że zaczepia osobę pana Unruhe, a na to zezwolić nie może. Kiedy tak, to rozpoczynam od urzędników. Znaną to jest rzeczą, że z gorączkową nienawiścią niemczą i przekręcają swywolnic nazwy polskich osad, nio zważając wcale, jakie przez to następuje zamieszanie w księgach hipotecznych i w wszelkich innych dokumentach. Co więcej trapią ludzi, gdy nie przyjmują listów od urzędów z poprzekręcanemi i poniemczonemi nazwami, których w księgach hipotecznych nie ma. Tak Wysoki Sejmie, mogę dowody stawić, żo za to skazano niejednego na grzywny i to na grzywny wielkie; — ja sam musiałem zapłacić za to ciężki pieniądz. Sądzę, że takie przekręcanie nazw osad polskich na niemieckie nie tylko nadweręża nasze prawa narodowe, ale wystawia nas nadto na wielkie straty materyalne a nawet majątkowe. A żaden rząd przecież nie ma prawa do tak dowolnego przekręcania utartych nazw wsi i miast. Ale nietylko nazwy osad, ale i imiona, nazwiska familijne, zmieniają i niemczą dowolnie. Prezes rejencyjny w Poznaniu, p. Wegnern, instrukcyą z dnia 13 września 1874 r., zakazał urzędnikom stanu cywilnego spisywać protokoły po polsku, a w razie gwałtownej potrzeby, gdyby się już bez tłomacza obejść nie mogło, zakazał w protokole umieszczać, że był tłomacz potrzebny i kto nim był. Na cóż to takie rozporządzenie wydano? Oczywiście nie dla czego innego, jedno dla tego, ażeby dowolnie zmieniać polskie, nazwiska, tępić je i w ten sposób doprowadzić w kraju do najdzikszych bałamuctw. Ponieważ p. Unruhe twierdzi, że nic nie wie o prześladowaniu języka polskiego, pozwolę, sobie przeto Wysokiemu Sejmowi przedłożyć kilka metryk i to z parafii Zduńskiej, wystawionych oczywiście po niemiecku. W jednej przezwano matkę z domu ą dowolnie k. W drugiej ten sam urzędnik stanu cywilnego, który dobrze po polsku umie, nazwał pewną go- spodynią ą — e, bo „jaskułka“ nazywa się po niemiecku „schwalbe.“
(śmieją się)
Mości Panowie śmiejecie się, dla nas zaś jestto rzecz za nadto bolesna, aby nam się na śmiech zbierać miało. Któż to wszystko sprowadził na nas? To rząd pruski — powtarzami raz jeszcze — który wydał rozporządzenie i pozwolił urzędnikom stanu. cywilnego broić kłamstwa i fałszerstwa. Tak jest, Mości Panowie, a nie inaczej, i jożeli chcecie, to Wam dostawię całe stósy podobnych akt stanu cywilnego, gdzie nie ma ani jednego nazwiska polskiego dobrze, zapisanego, i to jedynie w tym celu, aby później, przy nadarzonej sposobności, tych, co używają prawdziwych swoich nazwisk, pociągnąć do odpowiedzialności, do kary, boć wtedy będzie im można z rejestrów stanu cywilnego udowodnić, że nie urzędnicy, ale oni pofałszowali swe nazwiska, że nie nazwisko „Schwalbe“, ale nazwisko, „Jaskulska“ jest zmyślonem. Przecież jużeśmy takio rzeczy w W. Księstwie Poznańskiem przeżyli. Przymuszają nawet ludzi, ażeby swe imiona po niemiecku podpisywali, choć w dotychczasowych metrykach kościelnych są podpisani po polsku. Z tego poznajecie Panowie, że u nas nie przebierają wcale w środkach niemczenia. Wysoki Sejmie! Z umysłu odsłaniam te falszerstwa i podaję je do publicznoj wiadomości i ciekawy jestem, czy prokurator wystąpi przeciw temu urzędnikowi stanu cywilnego z skargą o fałszerstwo imion i nazwisk, na co jest kara w paragrafach 348 i 271 prawa karnego. Z pewnością mu to ani na myśl nie przyjdzie. W taki to sposób obchodzą się z nami na każdem polu. Prawo o stowarzyszeniach nie zabrania przystępować nauczycielom i urzędnikom do towarzystw. U nas jednakowoż przyszło do tego, że zakazano nauczycielom należeć do Towarzystw śpiewu i to rozporządzeniem rejencyjnem z dnia 18 marca 1872 r. podpisanem przez p. Wegnerna, skutkiem czego upadły w W. Księstwie wszystkie stowarzyszenia śpiewu, znane pod nazwą „Harmonia“, bo nauczyciele nie mogli ich podtrzymywać. Zakazano równie należeć nauczycielom do Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu, które że się troskliwie zajmuje tylko starożytnościami i nauką, to się o tem najlepiej dowiedzieć możecie od p. profesora Virchowa, bo przed kilku miesiącami przybył do Poznania oglądać jego zbiory i nie mógł się ich dość nachwalić. Do tego przyszło nawet, że rozwiązują polskie czytelnie, jak w Wodzisławiu na Górnym Szlązku, za to, żo członkowie na posiedzeniach rozmawiali po polsku. Za to samo rozwiązano w Szpandawie Towarzystwo polskich robotników i rozbito im polską czytelnię. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wzrosła u nas dość znacznie w ostatnich czasach liczba polskich nauczycieli i urzędników. Nie można im było zarzucić, ażeby sumiennie nie pełnili obowiązków swego urzędu. Żeby ich z urzędów po usuwać, cóż więc rząd pruski robi? — poczyna ich bez wszelkiego powodu prześladować. Doczekali się oni tego, że ich bez najmniejszego cienia nawet zarzutu, żeby się źle prowadzili, albo nie posiadali odpowiednich zdolności, wyrwano z koła familijnego, z stron rodzinnych i przerzucono w obce kraje — a są to wszyscy mężowie doświadczeni i wytrawni opiekunowie uczącéj się młodzieży, jak zasłużony radzca szkolny, p. dr. Milewski, i tylu innych nauczycieli i profesorów. O zaprawdę, Wysoki Sejmie, nie na to mężowie ci poświęcali się głębokim naukom, nie na to poszli do służby rządowéj, ażeby po długich latach mozolnéj pracy i pięknych zasług znosić tortury i utrapienie wygnania. Oczywiście pozyskano przez to otwartą drogę dla nauczycieli posprowadzanych z najrozmaitszych stron, pałających żądzą niemczenia dzieci naszych, którym dziś wolno robić, co im się podoba, bo nie potrzebują się obawiać żadnego śledztwa. A kiedy tak jednym wolno robić z nami, co im się podoba, z drugiéj strony wbrew prawu widocznemu aresztują obywateli osiadłych, jak np. brata mego, Kazimierza Niegolewskiego z Włościejewek, Józefa hr. Mielżyńskiego z Iwna i innych, bez najmniejszéj przyczyny, z pominięciem i lekceważeniem konstytucyi i praw, które w państwie pruskiem każdemu obywatelowi wolność osobistą poręczają. Jak wiadomo, uwięziono brata mego dla tego, że wydać nie chciał pieniędzy kościelnych, które były własnością członków parafii i u niego na schowanie złożone zostały. Do pieniędzy tych sam Konsystorz Arcybiskupi nie rościł prawa nigdy w świecie. Należało tu więc oddać sprawę do sądu, aby tenże orzekł, kto teraz ma prawo do pieniędzy. Ale więzić kogo za to, trzymać w więzieniu i nie stawiać go nawet przed sądem jego własnego powiatu, żeby mógł wykazać swoją niewinność, to jest poprostu napaścią, dokonaną wbrew wszelkiemu prawu! Przechodzę teraz do y. Mości Panowie znacie waszego wielkiego ministra Steina, który Wam Prusy odbudował, gdy je Napoleon pod Jeną pogruchotał. Duch jego unosi się dziś zapewne nad skrwawionemi polami Królowego Grodu i Sedanu, gdzic oręż wasz tak szczęśliwe odniósł zwycięztwa. Męża tego z pewnością wszyscy szanujecie, bo go szanować musicie, a cóż on powiedział, kiedy wowym czasie, po zaborze kraju naszego, Rejencya poznańska zawijała rękawy, żeby nas niemczyć? Oto wyszydził Rejencyą poznańską. Wydał on wtedy do niéj taki roskrypt: „Pragniecie rozkrzewienia języka niemieckiego w ziemiach polskich? Odpowiedzcie więc sobie wprzódy: czego chcecie? Chodzić wam może: albo o rozszerzenie między ludnością polską takiéj znajomości języka niemieckiego, ażeby się mogła z Niemcami w państwie pruskiem porozumieć; albo też o powolne tępienie mowy polskiéj, żeby ludność polską z gruntu zniemczyć. Pierwszego rząd pragnie i to się też da osięgnąć. Drugie jest rzeczą niepodobną i tego sobie też rząd pruski nie życzy. Żeby Polacy byli dobrymi poddanymi pruskimi, wystarczy im jaka taka, znajomość języka niemieckiego, gdzie im tego potrzeba, a nie ma potrzeby, żeby swój język ojczysty zaniedbywali lub go się nawet wypierali. Rząd pruski, starając się ludność polską wynarodowić, minie się z celem, a doprowadzi Polaków do tego, czego sobie nie życzy. Religia i język są największą świętością każdego narodu, stanowi jego wewnętrzną istotę, — więc ich nie tykać. Można i dobrze jest znać wiele języków, ale podnieść się w oświacie może tak jednostka jak naród tylko przez język ojczysty. Odbierać narodowi prawo swobodnego używania swego języka ojczystego, tępić takowy i narzucać mu obcy, byłoby to najprzewrotniejszym środkiem, a cóż dopiero w obec języka polskiego, samodzielnego, tak bogatego, tak wyrobionego. Interes rządu pruskiego powinien poprzestać na tem, żo język niemiecki będzie wprowadzony do szkół polskich jako przedmiot naukowy, aby dzieci po wyjściu ze szkół nabrały w nim pewnéj biegłości.“ Tak mówił pruski minister, Stein, na początku tego wieku, a cóż robią dzisiejsi ministrowie pruscy? Był czas, i to niedawno temu, kiedy w niższych klasach wyższych zakładów naukowych tylko w języku polskim wykładano i dopiero zwolna przybierano język niemiecki w nauce do pomocy, kiedy uczniowie byli dostatecznie przysposobieni do jego zrozumienia. Nagle w ostatnich latach zaczęto język polski jako wykładowy wyrzucać ze szkół wyższych. W gimnazyach bezwyznaniowych, przed kilku laty założonych, jako i w protestanekich, nie wykładają wcale po polsku; wyparto go nawet jako przedmiot nauki, i kto się chce w nim uczyć, ten to musi robić po za szkołą. W Poznaniu zniesiono w roku 1873 w Szkole realnéj wszystkie oddziały polskie, w których wykładano wszystko po polsku. W gimnazyach katolickich w Ostrowie i w Poznaniu uwinięto się z tą robotą w ten sposób, że najprzód z kwarty wyrugowano język polski jako wykładowy i zaprowadzono niemiecki. Nie dość jeszcze na tem. W ciągu roku 1873 wyrzucono go z trzech niższych klas, z kwinty, seksty i septyny, i zaczęto naraz tylko w języku niemieckim udzielać naukę dzieciom polskim, które języka tego dotąd wcale nie znały i niczego w nim zrozumieć nie mogą. Pytam się tedy, Wysoki Sejmie, czy przy takiéj gospodarce mogą się dzieci nasze czegośkolwiek nauczyć? Zgoła niczego — przeciwnie i tego zapomną, czego się w domu nauczyły! W seminaryach nauczycielskich od 31 lipca 1873 religią i wszystkie inne przedmioty wykładają po niemiecku i tę samą politykę przenoszą na szkoły elementarne wiejskie i miejskie. Najczynniéj pracuje w tym kierunku nadburmistrz poznański, p. Kohleis. Zdaje się, jakoby z tego zrobił sobie zadanie życia, w ostatnim czasie zaś tem gorliwiéj się do tego dokładał, może dla tego, żeby zatrzeć wrażenie swéj mowy powiedzianéj w Izbie Panów, w któréj mu się zachciało, ażeby Prusy zabrały ziemie polskie aż po Warszawę a może i po Wilno, co się oczywiście podobać nie mogło, że się tak niewcześnie wydał z tem, czego wielu innych zdaje się pragnąć. Prześcignął on w swym szale niemczenia rząd, rejencyą, nawet ministra. W Poznaniu nie tylko zniósł w wyższych szkołach miejskich język polski, jako wykładowy, ale nawet nie pozostawił go jako przedmiot, któregoby uczniowie byli obowiązani się uczyć. Do szkółek prywatnych i zakładów żeńskich wszedł i z tych wyrugował język polski. Zmówiwszy się z p. Hielscherem, rektorem Szkoły Średniéj, chciał to samo zrobić i kazał zapytać rodziców Niemców: czy chcą, ażeby ich dzieci po polsku się uczyły? Odpowiedzi wypadły tak, że na 100 Niemców 75 odpowiedziało dobrze, chcemy, — a inni napisali na rewersie, który im przedłożono: tak jest i to prosimy, żeby gruntownie po polsku uczono. W Poznaniu szkolnictwo rujnuje się skutkiem tych zabiegów germanizatorskich. Istniejące dotąd szkoły u Panien Urszulanek, u Sióstr Miłosierdzia na Śródce, gdzie dzieci bezpłatnie pobierały naukę, zniesiono jednym zamachem, pióra. A Siostry Miłosierdzia, pochodzeniem Polki, pielęgnowały, Wysoki Sejmie, z narażeniem własnego życia rannych na polach krwawych bitew niemie- ckich, i dziś w nagrodę patrzeć muszą na to, jak dzieci ich ziomków narażone są na zdziczenie! Dnia 1 października 1873 r. zniesiono nawet alumnat przy gimnazyum katolickiem w Poznaniu, gdzie młodzież uboga ucząca się na przyszłych kapłanów, pobierała bezpłatnie stół, stancyą, opał, światło i książki. Zakład ten był założony za polskie pieniądze, bo za kary, które Polacy musieli płacić za to, że poszli się bić z Moskalem r. 1831. A cóż nam powiedzieć o naszych h? Co za opłakany ich stan! Tam doszło z czasem do tego, że nauczyciel wiejski dziś nie wie, jak ma sobie począć. Ma dzieciom niemczyznę wbijać w głowę i kłaść jak łyżką w gębę, ale dzieci nic nie rozumieją, więc dzieci tracą tylko czas na tem, że nauczą się namalowane na tablicach Winckelmanua zwierzęta ponazywać po niemiecku. Skoro szkołę opuszczą i tego zapomną, a umysł ich miasto się rozwinąć, tylko się skoślawił. Więc rodzice, mianowicie po wsiach, lamentują i skarzą się, że podatek płacić trzeba, że na wojnie krwi polskiej nie szczędzą — i za to teraz — niby w nagrodę — ich dzieci w szkołach ogłupiają: Na Kaszubach, nad brzegami Bałtyku, wydała Rejencya gdańska reskrypt 29 czerwca 1873 r. i zakazała uczyć polskie dzieci pisania polskiego. Jeżeli zaś jeszcze gdzie po polsku nauczają, to jeno tak, aby dzieci polskie język sobie zepsuły i po polsku nawet zapomniały. I tak mieliśmy w wyższych szkołach bardzo piękną polską książkę prof. Rymarkiewicza, ale ją z szkół wyrzucono i zaprowadzono w miejsce niej jakąś nędzną bazgraninę, jakiegoś „Przyjaciela Dzieci“, w którym język jest pokaleczony, skalany, wyrażenia bezmyślne, cygańskie. I w naszéj mowie mamy wielkich uczonych i sławnych wieszczów, co wierszem pisali, nie mniej sławnych od Waszych, ale w książce tej ani słowa nie ma o tak wielkich poetach, jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, o tak wielkich uczonych, jak Lelewel, Szajnocha, o tylu innych pięknych pisarzach. Wysoki Sejmie, wręcz muszę tu powiedzieć, ze zaprowadzenie takiego piśmidła, jak „Przyjaciel Dzieci“, to urągowisko dla naszej ukochanej mowy polskiej. Ale jakby i tego było jeszcze mało. Znany Wam jest, Mości Panowie, ów osławiony bisurman Kalif Omar, który, jak podanie niesie, kazał spalić wspaniały księgozbiór w Aleksandryi, mieście greckiém, koło roku 640 po narodzeniu Chrystusa. Zdaje się, że sława owego Kalifa nie pozwoliła zasnąć spokojnie naszym niemieckim kulturnikom, bo i oni niszczą polskie biblioteki a przynajmniej w szkołach w Poznaniu, w Śremie, w Inowrocławiu zakazują polskim uczniom wydawać polskie książki do czytania z szkólnych biblioteczek. W obronie owego Omara stanęli jednak uczeni, bo dociekli tego, że to nie on kazał bibliotekę spalić, ale naszych Omarów nikt z pewnością bronić nie będzie. I cóż się dzieje w naszych szkołach, gdy najlepszych nauczycieli polskich zwolna usuwają a na ich miejsce sprowadzają Niemców, którzy ani dzieci naszych nie rozumieją ani przez nie są rozumiani? Posprowadzani z świata Niemcy otaczają oto dzieci nasze taką miłością i łagodnością, że np. jeden z dyrygentów szkoły miejskiej w Poznaniu z złości, iż się nie może z dziećmi naszemi po niemiecku dogadać, wyzywa je „t“ (śmieciarze) „e“ (niby: plemię siarczane). Ale jak tego potrzeba, to się umieją dziećmi naszemi zastawiać. Podczas popisu w Szkole Obywatelskiej w Poznaniu, którym byli Naczelny Prezes i inni wysocy urzędnicy rejencyjni, mówiono nauczycielowi, ażeby przesłuchiwał uczni po kolei, jak siedzą. Ile razy przyszło zapytanie na ucznia polskiego, mówił zawsze nauczyciel: A więc patrzeli na to sami urzędnicy rejencyjni, że ich rozporządzenia tylko ogłupiają młodzież polską. I po cóż nasze dzieci chodzą do szkoły, kiedy się tam niczego nie nauczą. A teraz, Wysoki Sejmie, niech powiem, co się dzieje u nas w W. Księstwie Poznańskiem z w. Naukę religii udzielali nas w wszystkich wyższych szkołach księża, którzy otrzymali do tego wyraźne arcybiskupie pozwolenie. Naraz przychodzi rozkaz, by religii nczyli po niemiecku, a więc w mowie, której uczniowie wcale nie rozumieją. Ks. Arcybiskup zakazał tego księżom, więc znowu wydano rozkaz W szkołach, że religii ma uczyć pierwszy lepszy nauczyciel, którego zawezwią. Tak rozporządził p. dr. Geist, dyrektor Szkoły Realnej w Poznaniu, i zagroził zaraz nauczycielom zrzuceniem z urzędu, gdyby go nie słuchali. A żądał tego mianowicie od młodych nauczycieli, którzy jeszcze nie byli na posadach zatwierdzeni. Uczniom też zagroził wypędzeniem z szkół, gdyby nie chcieli chodzić na naukę religii do tego nauczycicla, którego on in wskaże. Wysoki Sejmie, jak świat długi i szeroki, nie napotka się nigdzie takiej nauki religii, ażeby dzieci przymuszano do pobierania nauki religii od nauczyciela, który jej udzielać nie chce i może tak dalece religii św. nie zna, żeby mógł jej uczyć. I przyszło też do tego, żo wypędzano za to nauczycieli, że wyganiano za to uczni, jak np. Bembenka, ucznia klasy V gimnazyum Wągrowieckiego, którego znam osobiście. Panowie kulturnicy dalej się jeszcze zapędzili, bo utrzymują, że teraz religia wcale niepotrzebna. Dla tego też powiedzieli sobie, że i prywatna nauka religii musi być zakazana — i zakazano jéj. Obywatel Wilkoński z Kustodyi skarzył się u Naczelnego Prezesa, iż mu nie pozwalają starać się o prywatną naukę religii dja syna. Naczelny Prezes odpowiedział, iż prywatnej nauki nie wolno pobierać w religii; chłopca oddał do szkoły publicznej, mieszać mu się do nauki nie wolno i — koniec na tem. W temże gimnazyum Gnieznieńskiém rozdano uczniom przy wyjeździe na ferye szczególne rewersy, ażeby się na nich rodzice podpisami zobowiązali, że nie każą synom swoim pobierać prywatnej nauki religii u księży w polskim języku, — inaczej synów z szkół wypędzą. I tego nie dość. Po wsiach zakazują proboszczom nauczać dzieci wiejskich religii nawet po za czasem szkólnym a więc i po za planem szkolnym. Landrat chodzieski wydał rozporządzenie do księdza Szala w Barcinie pod dniem 10 czerwca 1874 r., jako mu zakazuje pod karą 25 tal. udzielać dzieciom — powiadam — dzieciom wiejskim, nauki religii bądź to w domu — w domu jego własnym, bądź to w kościele. Z łaski wielkiej pozwolono mu tylko krótko przed pierwszą spowiedzią pouczać dzieci, co już ukończyły jedenasty rok życia, w artykułach wiary. Wszystko, com dotąd przytoczył, powinnoby być znane panu Unruhe z Babimostu, który się domagał, żeby o wniosku naszym nie mówić, a jeśli tego nie wiedział dotąd, to teraz pewnie nas Polaków poprze, aby wniosek nasz wysłuchano. Boć Panowie, trzebaby coś obmyślić, ażeby jakie takie stosunki u nas zaprowadzić. Prześladowanie, które nas teraz trapi, doprowadza wielu do największéj rozpaczy. Zważ Wysoki Sejmie, że zakazują nawet dzieciom naszym w wyższych szkołach uczęszczać na nabożeństwo. Królewska Rejeneya w Bydgoszczy wydała 13 grudnia 1872 r. reskrypt, że gimnazyastom w Wągrówen nie wolno uczęszczać do kościoła na nabożeństwo, u!
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Bieda Narodu Polskiego i Polskiego Języka.
